Tagi

Nie wiem w sumie, z jakiego powodu, takim śmiesznym, przekręconym mianem, nazywano piłkę nożną w grupie moich znajomych jakieś 30-40 lat temu, ale w taki właśnie sposób mówiliśmy o meczach,  w których grywał Iwan, Boniek, Młynarczyk, Żmuda, a Smolarek czarował piłkę w narożniku pola… był Mundial 78 i 82, było wspólne, koleżeńsko-sąsiedzkie oglądanie meczów reprezentacji.
Ale nie od tego się zaczęło.
Miłością do piłki nożnej zaraził mnie mój ojciec.
Pamiętam z dzieciństwa, jak wspominał coś o honorowym członkostwie w klubie Tarnovia i sędziowaniu, ale najmocniej utkwiły mi w pamięci mecze, na które zabierał mnie i siostrę.
Myślę, że mogło mieć to miejsce gdzieś pod koniec podstawówki.
Myślę także dzisiaj, że tata był dumny z dwóch niebrzydkich córek i cieszyło go, że ma okazję się z nimi „pokazać”.

A dla nas te niedzielne wyprawy z ojcem na mecz były dowodem pewnej „płciowej” nobilitacji – nie, że dziewczyny, tępe dzidy, do garów albo dziergać serwetki na drutach, tylko razem z prawdziwymi facetami z trybun wydzierać się „sędzia kalosz”.   😉
Tata jako pierwszy w kamienicy kupił ówczesne cudo techniki marki Szmaragd i wspólne, w trójkę, kibicowanie przed telewizorem stało się rodzinną tradycją  🙂
To dzięki niemu już jako smarkula doskonale wychwytywałam spalone (i oczywiście dokładnie wiedziałam, na czym polegają) i nigdy nie pomyliłam kornera z karnym   ;). Znałam, może pobieżnie, ale znałam – specyfikę gry każdej z drużyn, wiedziałam, jaką piłkę grają drużyny południowo-amerykańskie, jaką Anglicy a jaką Niemcy.
(Moją futbolową edukację uzupełnił wiele lat później mój syn, nieustannie poprawiając mój „ślizg” na „wślizg” i tłumacząc, na czym polega nakładka.)
Razem z tatą wrzeszczeliśmy więc te wszystkie kibicowskie „przerzut, przerzut na lewo!!!!”, „idziesz, sam idziesz!!!!”.    
No i oczywiście puszyłam się jak paw albo bardziej, kiedy tata, już po końcowym gwizdku, całkiem na poważne analizował z nami przebieg spotkania.
Szołtysik. Rogale Deyny. Wydatna broda Lubańskiego. Łysina Grzegorza Lato i wąsy Gadochy. Czupryna Szarmacha,Wielki Gorgoń, Kostka z nieodłączną czapeczką, potem Tomaszewski – do dziś pamiętam te nazwiska, te twarze i te historie.
Nie miałabym o tym pojęcia – gdyby nie mój ojciec.
I pewnie nie poszłabym nigdy na mecz między Orkanem Raba Wyżna z jakąś ekipą z Łososiny czy Kobylanki (a wybrałam się nań nie raz) i nie emocjonowałabym się wiele lat później tymi wszystkimi mistrzostwami czy choćby meczami Wisły.
Nie przyszłoby mi pewnie do głowy, by, gdy już nasi odpadną z rozgrywek, kibicować tej drużynie, która ma więcej długowłosych blondynów w swoim składzie.
Nie oszalałabym nigdy dla Juventusu  – ze szczególnym wskazaniem na tego oto zawodnika:

mmmm… te jego włosy w locie, emocjonalność, dzikie spojrzenie… ech, nic nic…   😉

I jestem zdania, że choć jestem babą, to jakąś-tam wiedzę w temacie posiadam, a tam gdzie mi jej brakuje – nadrabiam emocjami (zupełnie tak samo, jak w recenzjach muzycznych    😉  )
I może nie zawsze umiem dostrzec w zamieszaniu na boisku, czy zawodnicy grają staroświeckim 4-4-2 czy raczej 4-2-3-1, ale tak naprawdę niespecjalnie mnie to interesuje.
Tak jak w muzyce istotne są dla mnie przeżycia, emocje.
I dlatego roześmieję się w twarz każdemu, kto powie, że wczorajszy mecz Polaków był nudny.
Akurat.

Może, jako całość, występy naszych to nie jest jakaś perfekcyjna, wielowątkowa symfonia, nawet nie suita, może brakuje w nich finezyjnych chórków lirycznych sopranów zgrabnie wbudowanych w tło, może czasem główny temat ginie w lawinie obiegników i arpeggiów – ale z pewnością obfitują one w solidny perkusyjny łomot, mocny growl i zgrabne gitarowe solóweczki oraz budujące nastrój zmiany tempa, takie chwilowe zastopowania – po którym następuje wybuch.

A poważniej, co do wczoraj, zgadzam się z każdym słowem tej oto opinii:

I to tyle w kwestii bezładnej kopaniny, rozpaczliwej obrony Częstochowy i wygranej fuksem.
Nie mam zamiaru przekonywać wszystkich tych narzekaczy, których nic nigdy nie zadowoli w pełni.
Niech sobie marudzą, jeśli to lubią – spoko, ja się zajebiście cieszę ze zwycięstwa.
Bo dla mnie szklanka jest w połowie pełna 😉
Nawet w trzech czwartych 😉
I dziękuję za super emocje, kilka naprawdę cudownych akcji a wiele całkiem udanych.
Serce stanęło mi chyba z 15 razy.
Jak ktoś wczoraj napisał na fejsie: na 4 oglądających 6 zawałów i 11 palpitacji serca.
A podczas karnych to już w ogóle.

I na koniec, przekornie, trochę męskiej urody:

ciacho, c’nie?

😛

————