Tagi

 

https://www.facebook.com/events/1739914932959157/

No co ja Wam będę kurde ściemniać – niestety starość nie radość, siły już u mnie nie te, co kiedyś, chlip chlip, a ciało coraz mniej odporne na przeciwności losu w rodzaju pęcherze na stopach.
2 dni przed Rockoteką, uskrzydlona remisem z Niemiaszkami w piłce kopanej, umyśliłam sobie wracać do domu piechotą ze Schizo, gdzie nasza Silna Kobieca Reprezentacja z pełnym zaangażowaniem kibicowała naszym (dostałyśmy czerwoną kartkę od współoglądaczy za zrywanie się w emocjach z krzeseł, podskakiwanie i machanie rękami, czyli w konsekwencji zasłanianie ekranu; dobrze, że kartkę –  nie wpierdol, uff…).
No więc piechotą, trasa z okolic Ronda Mogilskiego na Ludwinów, okolice Matecznego.
Nie wiem, ile to kilometrów, ale nie w tym rzecz, noc była piękna, kropił wiosenny deszczyk, tylko kurde moje wypasione butki na platformie z obcasem, założone dodajmy na bosą stopę, niespecjalnie do takich survivali się nadają.

Założyłam je, bo je kocham, to raz; poza tym nie planowałam nocnych pieszych wycieczek, plan zrodził się spontanicznie i wydawał się super gdzieś do okolic Miodowej.
Tam dotarło do mnie, że coś z moimi stópkami nie tak i nie zrobię już ani kroku więcej.
Rozpaczliwe poszukiwanie taksówki godzinę po północy a dwie po meczu – znacie to z pewnością: wszystkie centrale radio-taxi milczą a ulice wypełnione są mocno zmęczonymi i zdesperowanymi kibicami. Mnie trafiła się jeszcze jakaś bosonoga panna, która zgubiła portfel z dokumentami i musi, po prostu musi tą taksówką, bo szuka, bo może jeszcze tam leży…
Ok, ok pół do drugiej, już w domu, odkleiłam botki od zakrwawionej stopy…
Jeden pęcherz wziął i pękł, inne później się zresorbowały, ale rana na małym palcu utrudnia mi założenie choćby kapcia, on też ocierając narusza świeży strupek.
Po mieszkaniu chodzę boso, wszystko wydaje się wygojone i git – jednak po każdym porannym prysznicu sytuacja się powtarza.
W sobotę, przed wyjściem, opatuliłam paluszek miękkim plasterkiem, ale zanim dotarłam do Apoteki zdążyłam poczuć, że boli, jednak ociera i boli.
Obiecałam więc sobie, że jakoś się doczołgam, kulturalnie posiedzę, piwko wypiję, ze znajomymi pogadam, pofocę – tak z boku i bez angażowania się i po godzince wrócę do domu.
Z powyższych planów udało mi się zrealizować jedynie ten tyczący wypicia piwa i pogaduszek – jednak o cichej elegancji starszej pani, co to boczkiem się przemyka, grzecznie i statecznie nie było mowy.
Ech, może następnym razem 😉

Gdzieś po godzinie w Apotece miało miejsce pierwsze rytualne wsadzanie łba pod kran z zimną wodą.
Potem jeszcze z 3 razy.
Nie pomagało tańczenie w magicznym zasięgu klimy czy wentylatora.

Kiedy Kochana Pani Edytka umieściła wielki wentylator nieco wyżej i zaczął on ogarniać swoim nadmuchem większą część parkietu – z mojej wyjściowej elegancji nie zostało wiele, a fryzura pod wpływem wilgoci malowniczo się spuszyła  😀

Wróciłam do domu po drugiej, obolała, upocona do granic, wymęczona jeszcze bardziej – i totalnie szczęśliwa 😀
Wielkie dzięki Beliś za pamięć i plasterki na łapkę  ❤
A Kasi Darkness za retro-prezent w postaci malowniczego durszlaka, którego prawie zapomniałam, ale zawróciłam już z progu, ach, ach – tym razem się udało  😉

😀

I jakaż urocza truskaweczka w durszlaku na bakier   ❤

——————————-

Powitajmy więc stałych bywalców:

——————————–

I ciepłe pozdro dla dawno nie widzianych ❤

którzy dali się skusić próbówkowej magii  🙂

i muzyce folk-metalowej i nie tylko, serwowanej przez nieocenionego Karmelka 

rany, jak fajnie było Was widzieć po długiej przerwie  ❤

i to tak zakochanych i szczęśliwych  ❤

A wszystkich witał ciepło bar z nowymi atrakcjami w płynie (Litovel i Obołoń –  pycha i mniam mniam  🙂   )

Oto Belit – jedna z tych, co uległa pokusie:

choć sama nie wiem, czy w tym prześlicznym przypadku nie mamy do czynienia bardziej z kusicielką, niż ze skuszoną   😉

Z ekranu spoglądał na parkiet ten oto szpilkogłowy facio:

inni, wprost z ekranu rzutnika, także kontrolowali taneczny rozwój sytuacji:

a na parkiecie temperatura podnosiła się i podnosiła   😉

od czasu do czasu dawała o sobie znać świetlna magia    😉

😀

te 3 fotki powyżej to chyba podczas „Warriors…”

jak miło, gdy do stałych wymiataczy parkietowych dołączają nowe gwiazdy  🙂

———————–

———————-

Pani Edytka w fotograficznej akcji:

a poniżej – w zupełnie innej   😀

I kolejna fotka pełna „świetlnej magii”  😉

————————-

jeszcze raz tym fleszem po oczach a się zdenerwuję….   😉

————————-

a ta Pani unikała oka obiektywu, jak mogła  😀
Jednak upór i cierpliwość profesjonalisty robią swoje, oto efekty:

———————————

Na zakończenie – stały punkt programu, czyli porcja Karmelków   ❤ ❤ ❤

————–

I jakby kto nie doczytał – było przesuper, za wszystko ogromniaste dzięki !!!!

A specjalne uściski dla Pani Edytki  :*

I dla Karmelka za świetny, folkowo-metalowy set   :*

———————————-

——————


PS.
I jak zwykle, prośba 🙂
Jeśli spodoba Ci się tu zamieszczone, a wykonane przeze mnie zdjęcie, tekst – albo jego fragment i chcesz je wykorzystać – na fejsie, swojej stronie, blogu itp, to dołącz plis link z adresem artykułu, z którego pochodzi, albo z adresem tego bloga. Natomiast użycie fotki bez pytania, a szczególnie wycinanie mojej sygnatury, dowolne kadrowanie/ciachanie/przeróbki zdjęcia spotkają się z moim dożywotnim fochem i okrutną klątwą, a wcześniej złamią mi serce, poważnie….
Dzięki !!!!!