Tagi

Miałam naprawdę ciężki dzień.
Musiałam iść do lekarza po leki, które biorę na stałe, bo mi się pokończyły, wszystkie, tak chórem –  i te na trzustkę i te na żołądek i te na woreczek i te całkiem inne też.
Tak sprytnie manewrowałam, żeby do mojej rodzinnej nie było terminu i żeby mnie skierowali do pierwszej z brzegu, jakiejś innej – a to dlatego, że w okolicach Wielkanocy miałam zrobić powtórne usg i zgłosić się po skierowanie do szpitala. Moja rodzinna, jakby mnie zobaczyła w drzwiach – to z miejsca by mnie opierniczyła i jeszcze recept mogłaby nie wypisać 😛
Pechowo okazało się jednak, że gabinet tej innej znajduje się naprzeciw gabinetu tej mojej i akurat przyjmowały pacjentów w tych samych godzinach.
I nie wiem, jak to możliwe, bo przecież nie było terminu  – ale zanim doczekałam się swojej kolejki  – do mojej rodzinnej nie było już nikogo.
Gdzieś z kwadrans przesiedziałam z duszą na ramieniu, że wyjdzie, stanie naprzeciw mnie i rozedrze się, co ja tu robię bez badań i operacji i  w ogóle.
Kiedy wreszcie weszłam do gabinetu odetchnęłam z ulgą, ale niepotrzebnie.
Młoda lekarka, która przyjęła mnie zamiast mojej rodzinnej zapamiętała mnie sobie.
Okazało się, że mniej więcej rok wcześniej trafiłam na nią w identycznej sytuacji, też zamiast i też prosząc o wypisanie leków, tylko lista była krótsza, bo jeszcze nie wiedziałam o woreczku i trzustce.
I poinformowała mnie wtedy, że powinnam dostarczyć do poradni zaświadczenia od swoich lekarzy – okulisty, ginekologa i gastrologa zaświadczenia, na co jestem chora i jakie leki przyjmuję stale, że takie zaświadczenie powinno być co roku odnawiane – wtedy bez problemu mi te leki tu wypiszą i nawet z refundacją będzie.
I, kurde, zapisała mi wtedy w karcie to,  że mam dostarczyć, zołza jedna.
A ja oczywiście wyrzuciłam sprawę z pamięci, ledwo zamknęły się za mną drzwi gabinetu, mam przecież ważniejsze sprawy na głowie – co nie?
No i teraz do mnie, że ponawia prośbę o te zaświadczenia i że może mi wypisać tylko po 1 opakowaniu, i chuj.
Znaczy o chuju nic nie powiedziała, to ja sama  plułam sobie w brodę w myślach, że też musiałam na nią trafić. I na chuj (o, stąd chuj) ta cała akcja z ominięciem mojej Pani Doktor, bo tu też dostałam opierdol plus wypisanie takiej ilości leków – że za 2 tygodnie znowu mi się skończą i trzeba by powtórzyć wszystko jeszcze raz albo wymyślić coś lepszego, na dłużej.
Bo w zaprzyjaźnionej aptece już mi większość wydali, bardzo mnie tam kochają i dbają o ciągłość przyjmowania leków,  tylko im obiecałam, że receptę doniosę
Coś tam więc jeszcze marudziłam – ale pani doktor była nieugięta.
Dopiero na korytarzu spojrzałam na druczek  i okazało się, że moje jojczenie odniosło skutek, mam wszystkiego po  2 opakowania, do końca lipca spokój, potem znowu będzie trzeba wysilić wyobraźnię.
Rachunki receptowe w zaprzyjaźnionej aptece wyrównane, mogę spać spokojnie.

PS. Błagam, nie róbcie tak, jak ja 🙂


 

Drzoanna.jpg