Tagi

Jeśli chodzi o covery to sprawa jest prosta – metalowa wersja, z pierdolnięciem i growlem jest w stanie uratować każde gówno, naprawdę każde, mam na to dowody i nie zawaham się ich użyć   😉
Pierwszy z brzegu: MonstruMowa wersja evergreena „To były piękne dni”  

Jak jeszcze dołożyć jakieś zawodzące skrzypki i klawiszowe pasaże – to już w ogóle.
I chórki, koniecznie chórki słodkich sopranów – oto przepis na hicior, bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, rozdaję za free  😉

Ale ja dziś nie o tym.
Chodzi mi o utwory dobre, wręcz wielkie, ponadczasowe i genialne, o których zawsze myślałam, że nie da się, po prostu  NIE DA SIĘ zrobić ich lepiej, to niewykonalne.
A jeśli nie lepiej – to chociaż tak, by było to porównywalne z oryginałem, powiedzmy –  inne spojrzenie, jakaś zupełnie inna wersja – ale równie dobra, posiadającą porównywalną moc.
Jednak moje dotychczasowe doświadczenie mówiło – niedasie.
Można je tylko spierdolić, mniej lub bardziej.
Do tej pory tak właśnie myślę o próbach kowerowania utworów Kaczmarskiego, z Gintrowskim i Łapińskim – lub bez, wsio rawno.
Podsyłano mi mnóstwo innych, nowych wersji, aktorskich, romantycznych, mocnych, przeróżnych – nic z tego, zawsze, ale to zawsze widziałam w tym jedynie profanację.
Wysilałam całą swoją wyobraźnię, starałam się otworzyć na nowe – i nic, skutek zawsze był ten sam.
Nawet jeśli na mojej twarzy pojawiło się na chwilę coś na kształt skrzywionego uśmiechu aprobaty – wystarczyło zapuścić oryginał, bym tego uśmiechu zaczynała się wstydzić.
Mistrzostwo Kaczmarskiego jest nie do podrobienia, nie do pokonania, nie do zastąpienia – niczym innym.

Więc OK – będzie z grubej rury, przygotujcie się.
Gotowi?
A więc – King Crimson.
Tak, chodzi o bogów progresywnego rocka, no przecież ostrzegałam    😉

King Crimson i ich hicior nad hiciory, czyli „Epitaph”, utwór doskonały w 100%, esencja melancholii, goryczy, braku nadziei i nieuchronnego końca. Zagrany w powolnym, grobowym wręcz tempie.
Więc sami powiedzcie – czy czegoś Wam to nie przypomina, drodzy moi gotyccy przyjaciele? Czy to  aby nie tematyka tekstów naszych idoli? Widzicie podobieństwo stylistyki?
O niektórych utworach mówię, że choć akustyczny – ja czuję, ja uszami duszy słyszę w nim ostre metalowe pierdolnięcie, taki jakby nieświadomy unplugged    😉
„Epitaph”  nazwałabym więc nieświadomie gotyckim, podskórnie, w głębi  – stuprocentowo gotyckim.
Zatem kto, jeśli nie wykonawcy z gotyckich kręgów mogliby odważyć się i podjąć próbę skowerowania takiego właśnie utworu.
Dokonało tego Love Like Blood niemal 20 lat temu, w 1994, a więc 25 lat po dacie powstania oryginału.
I choć te liczby mówią same za siebie – ta nowa wersja nie jest od niego „nowocześniejsza”, nie w tym rzecz.
Powiedziałabym raczej, że nie wywracając do góry nogami aranżu i brzmienia  – wydobyła z niego całą ową „gotyckość”, cały mrok.
Sprawił to drżący, drapiący serce i duszę, niepokojący wokal Yorcka Eysela.
Ten niesamowity i w ciemno rozpoznawalny  wokal, w tym utworze wysunięty na plan główny.
Wokal traktujący linię melodyczną swobodnie i na swój niepowtarzalny sposób.
Odnoszę wrażenie, że głos Yorcka Eysela ugina się pod ciężarem goryczy, że nie jest on w stanie unieść tego ogromnego ładunku przygnębienia i smutku – i stąd te wibracje.
W żadnym innym wykonaniu słowa utworu nie brzmią tak przekonująco…

Confusion will be my epitaph.
As I crawl a cracked and broken path
If we make it we can all sit back and laugh.
But I fear tomorrow I’ll be crying.
Yes I fear tomorrow I’ll be crying.
Yes I fear tomorrow I’ll be crying.

W żadnym innym wykonaniu nie wydają się tak oczywiste i prawdziwe.

Ok, jeszcze o zmianach aranżu.
W wykonaniu Love Loke Blood nie ma tej całej monumentalności oryginału, nie ma „ściany” elektroniki. Odjęto też te wszystkie gwizdawki, fujarki itepe, w latach 60/70 bardzo odkrywcze, „modne” i „progresywne”  – dziś trochę drażniące wesołkowatością, przynajmniej dla mnie.
Natomiast w 5 i 6 minucie utworu, podczas fragmentu jedynie instrumentalnego, pojawiają się przecudne, płaczące tercje elektroniczne… i jakieś tajemnicze odgłosy w tle, szepty, szloch, jakieś zawodzenie… echo chrapliwego krzyku, jęk – no po prostu mistrzostwo świata.
Wszystko to razem sprawia, że wolę tę wersję od Karmazynowej.
Zabijcie mnie – ale wybieram covera Love Like Blood, tej wersji wierzę, ta wersja mnie rusza jak żadna inna.
Bardziej – niż oryginał.
Oczywiście – wielkość Karmazynowego Króla jest nie do przeskoczenia i nie do obejścia, natomiast Love Like Bloodowy cover pokazuje, jak przy użyciu skromniejszych środków wyrazu można wydobyć z utworu zupełnie inną, nową, mroczną jakość, jak przy pomocy zmiany aranżu i wokalu można przesunąć brzmienie i emocje w zupełnie inne muzyczne rejony – teraz mi bliższe, niż rock progresywny.
Reasumując – pewnie walnęłabym jakąś szyderą w twarz osobie, która zachwycałaby się wersją LLB nie znając oryginału, ale każdemu, nawet średnio ogarniętemu muzycznie, szczególnie wielbicielom klasyków, podsunęłabym niżej zalinkowany cover.

———————