Tagi

Japierdole – ile jeszcze?
Ile jeszcze razy proza życia przywali mi w twarz lewym sierpowym, niejako wymuszając zabranie głosu w kwestii – do której miałam już nadzieję nie wracać.
Ale milczeć nie mam zamiaru, choć pisałam o tym na blogu wielokrotnie…

https://drzoanna.wordpress.com/2016/02/25/jak-na-sorze-zostalam-zrobiona-w/

https://drzoanna.wordpress.com/2016/01/21/kurier-inpostu/

https://drzoanna.wordpress.com/2013/11/19/felieton-matematyczno-skarpetkowy-czyli-jak-robic-klienta-w/

To tak spod dużego palca –  opowieści o tym, jak ludzie różnych zawodów odpierdalają manianę – bo są niedouczeni, bo im się nie chce, bo uważają, że za niskie wynagrodzenie nie będą się wysilać, bo tak jest im wygodniej, bo tak.

Choć zdarzały się też przypadki przeczące tej niechlubnej regule:

https://drzoanna.wordpress.com/2015/10/16/kurier/

https://drzoanna.wordpress.com/2014/12/12/jak-sie-robi-interesy-czyli-poradnik-idealnego-handlowca/

https://drzoanna.wordpress.com/2015/11/11/jak-sie-robi-interesy-czyli-poradnik-idealnego-handlowca-vol-2/

Dziś znowu będzie o kurierze, niestety.

Tak się nieszczęśliwie składa, że większość moich większych gabarytowo, mebelkowych zakupów dostarcza DPD.
A jak DPD – to kurier P.
Już pierwszy nasz kontakt był nieteges, bo nauczona poprzednimi doświadczeniami chciałam odpakować wielką pakę przed podpisaniem odbioru a po przekonaniu się, że śliczny, dość delikatny stolik od ALABARBARA dostarczono bez uszkodzeń.
Pan się skrzywił, ok, mogę przy nim odpakować – ale po podpisaniu. I cały czas poburkiwał niegrzecznie, że nie płacą mu za czas, kiedy klient paczkę rozpakowuje.
Popędzał mnie i poganiał – a gdy, prosząc o pomoc, chciałam mu wręczyć nożyczki (były chyba z 3 warstwy solidnej tektury i kilometry taśmy klejącej, przez które nie mogłam się przebić) to pan podskoczył jak oparzony: „Co? Ja? No w życiu, potem pani powie, że to ja porysowałem stolik!!! Nie ma takiej opcji!!!”
Próbowałam załagodzić sprawę, nawiązujac do solidarności środowiska metalowego (pan miał glany i długie włosy w kucyk)  – ale gość zmierzył mnie takim spojrzeniem, że odpuściłam.
Ze spokojem wróciłam do przecinania taśmy i odwijania warstw tektury – pan ograniczył się do przewracania oczami i pokazywania palcem „no jesu, no przecież tu, tu przeciąć,  no TUTAJ…”
Podobnie było przy kolejnych zakupach – ławki, kufra i szafki na buty.
Żeby nie narażać się na popędzanie, dogadywanie i niemiłe komentarze szafkę rozpakowałam już po wyjściu kuriera.
No i, jak już pisałam, okazało się, że przyjechała poobijana, ale ponaprawiałam szkody sama.
Obiecałam więc sobie, że następnym razem nie odpuszczę, niech dogaduje, pogania – mam to gdzieś, odpakowuję przy kurierze i nie ma bola.
Kiedy jednak kurier P. pojawił się wczoraj – jeszcze spałam.
Generalnie mnie zaskoczył, nie spodziewałam się przesyłki tak szybko.
Tak więc rozespana i lekko zdezorientowana odwinęłam jedynie górną część tekturowego pudła, blat był w porządku, górne szuflady wydawały się także, pan jak zwykle przestępował z nogi na nogę z wyrzutami, że ma też innych klientów dzisiaj i jak tak dalej pójdzie nie wyrobi się przed nocą – dobra, odpuściłam, podpisałam, pan wyszedł.
Po godzinie z pomocą ex-męża rozpakowałam przesyłkę do końca.
I się poryczałam  😦
Jedna z małych, górnych szufladek była razem z wystającym przodem wręcz wciśnięta do wewnątrz.
Od dwóch dolnych szuflad te ozdobne, piękne przody po prostu odpadły. Całkowicie.
Z dołu kawałek blatu obłupany na sporej długości trzymał się ledwo ledwo na cieniutkiej listeweczce.
Jeszcze w szoku wyciągnęłam na siłę tę małą szufladkę – ok, wylazła, ale jej ozdobne czoło spada z kołeczków i generalnie bardzo ciężko się ją otwiera.
Mam nadzieję, że nie oznacza to jakiegoś większego uszkodzenia konstrukcji komódki.

Nie piszę tej notki w oczekiwaniu rad, nie, spoko – już podjęłam odpowiednie kroki, a jedna Kochana Dobra Duszyczka (zgadnijcie, kto   😉  ) obiecała mi pomóc w ratowaniu przecudnego mebelka i wiem, że go uratuje   ❤
Chodzi mi o podejście do wykonywanych obowiązków, o sposób traktowania swojej pracy.
Bo za każdym, każdziutkim razem, kiedy pan P. wnosi pakę po schodach (tak, zgadza się, wielką i niewygodną)  – to słyszę: buch w bramę… łup łup w drzwi wahadłowe… bach w ścianę, dup w sufit klatki schodowej. Z tą komódką to nawet nie wyrobił się w drzwiach wejściowych i stuknął we framugę, jasne, lekko, ale jaką mam pewność, że nie przywali mocniej, gdy nie patrzę?
Jeśli taka paka to za dużo na barki jednego faceta (pan P. to wielki facet z łapami jak bochny, na oko 100 kilo i metr 90…) to czemu, gdy proponuję „już, chwilkę, skoczę po sąsiada, pomoże wnieść” to słyszę niegrzeczne „ja tu nie mam czasu, żeby mi pani po sąsiadach latała”.
Nawet sama bym pomogła, kurna, przynajmniej na zakrętach i te drzwi wahadłowe bym otworzyła, ale nie.
Pan P. woli sam i byle jak.
Nie wiem, jak Wy – ale ja uważam, że pan P. nie wykonuje swojej pracy starannie i solidnie.
I nie mówcie mi tylko, ile zarabiają kurierzy – ja, żeby zapłacić rachunki i nakarmić dziecko dawałam niegdyś korki za talerz zupy, za worek stęchłego cukru (najpewniej kradzionego) albo kilka marchewek, wykopanych z ogródka, za komplet starych szafek do przedpokoju i kuchni, za 5 zeta. Żeby zaoszczędzić na bilecie MPK – jeździłam na gapę albo chodziłam piechotą.
I nigdy nie śmiałabym powiedzieć – że za takie liche wynagrodzenie nie mam zamiaru się starać.
Moje obowiązki traktowałam – i traktuję – najpoważniej na świecie.
Nigdy nie pracowałam byle jak – nawet za te pieprzone marchewki.
Czemu więc pan, panie P. odwala taką fuszerkę?

A przecież, kurna, można inaczej.
Doręczyciel innej firmy, chyba po prostu Poczty Polskiej, obchodzi się z moimi przesyłkami jak z jajkiem.
I jeszcze po wejściu pyta a gdzie postawić? – trzymając pakę w powietrzu.
Dziś wzruszył mnie sympatycznym „dzień dobry, pani Joasiu” 😀
Kurde – da się?
No da się.
Zresztą rzecz tyczy nie tylko tych nieszczęsnych kurierów.
Dziś, spodziewając się pewnego kochanego gościa zamówiłam pizzę w Papayo. Dostawca miał się wyrobić w ciągu godziny, ale spoko, Gościa oczekiwałam dopiero wieczorkiem 🙂
Po godzinie – telefon.
To dostawca, że straszne korki, że  przeprasza bardzo bardzo, ale się spóźni.
Ja, lekko i żartobliwie, że nie ma problemu, byleby przed wieczorem, bo i tak planuję podgrzewać.
Kiedy pan zjawił się z półgodzinnym opóźnieniem, cały w uśmiechach i przeprosinach – prócz pizzy wręczył mi 2 gratisowe czekoladowe muffinki, jako rekompensatę za ową obsuwę.
No ja pierdole  😀
Nieźle.
Super – prawda?
Nie wiem, czy to bardziej zasługa pana osobiście, czy Pizzerii Papayo, ale telefoniczne powiadomienie o niedużej przecież obsuwie i te pyszniaste muffinki w ramach zadośćuczynienia – po prostu rewelka.
Elegancja Francja i miodek na moje serce.
Więc da się.
Jednak da się, trzeba tylko chcieć, kurna.