Tagi

To nie tak, jak myślicie 😛
To nie przekroczenie magicznej granicy 60 lat wywołało w moim życiu rewolucję, nic z tych rzeczy.
To nie kwestia wieku i zdziadzienia idącego wraz z nim – a raczej ostatnie wypadki zdrowotne, skutkujące wizytą na SORze i wszystkie tego konsekwencje.
Bo chyba nigdy w życiu tak bardzo się nie wystraszyłam.
A to, że jednak nie zatrzymano mnie w szpitalu, nie wykonano operacji od razu, zawdzięczam beztrosko pobieżnemu potraktowaniu mnie w izbie przyjęć, że to tak eufemistycznie określę.
W brutalnych szczegółach wygląda to tak, że świadomie pominięto wpisanie do karty szpitalnej wyników, które przesądzałyby o tym zatrzymaniu.
Tak mówią fakty, wyniki badań i opinia mojej lekarki rodzinnej.
Na szczęście 4 tygodnie leków i solidnej diety spowodowały znaczną poprawę. Nie jest idealnie, oczywiście, kamienie w pęcherzyku nie zniknęły same z siebie, wciąż mnie pobolewa tam, gdzie wcześniej, ale czuję się lepiej, znacznie mniej osłabiona, skończyły się też koszmarne wielogodzinne bóle głowy.
Kontrolne USG potwierdza kamicę, więc operacja nadal jest konieczna – jednak nie musi być natychmiastowa.
Znacznie bowiem poprawiły mi się wyniki prób wątrobowych i poziom bilirubiny, niektóre z nich nadal przekraczają normę, ale i tak się obniżyły, ALAT pięciokrotnie.
Dr M. twierdzi, że to przede wszystkim zasługa drakońskich ograniczeń w rodzaju żarcia, zupełna zmiana stylu odżywiania.
I o tym właśnie chciałabym napisać 🙂
Bo pewnie większość Was sądzi, że odmawiam sobie wszystkiego i potwornie cierpię.
Ja jeszcze paręnaście dni temu też bym tak myślała.
Dziś mam zupełnie inne zdanie, okazało się bowiem, że takie zdrowe i lekkostrawne posiłki mogą być przepyszne.
Jezu, sama nie wierzę, że to piszę, bo to przecież takie do mnie niepodobne 😛
Jeszcze miesiąc temu bowiem moje obiady niemal w 100% były gotowcami – czyli albo pierożki ze styropianu z Lewka, kotlety czy grilowany kurczak z Jędrusia, albo, w lepszym wypadku – naleśniki czy krokiety z Delikatesowa.
Te ostatnie z pewnością mogą się poszczycić starannym przygotowaniem i świeżymi składnikami – ale są ciężkostrawne, niestety.
I czy mi się podoba czy – musiałam z nimi się pożegnać.
Ale to, co przygotowuję sobie zamiast nie jest wcale gorsze czy mniej smaczne, a sam proces technologiczny nie trwa dłużej, niż wycieczka na Rynek Podgórski i z powrotem krokiem marszowym (czyli do owego Delikatesowa czy czy Jędrusia)
Super wygodne są zupy – mrożonka Horteksu, przyprawy, kefir czy maślanka do zabielenia (tak lubię 🙂 ) i już.
Wersja wypasiona zakłada wcześniej wrzucone do gara kawałki (jak na gulasz) piersi indyka czy kurczaka. A zamiast mrożonki może być tzw jarzynka czy włoszczyzna.
Wykorzystuję tez szeroki wachlarz tzw „warzyw na patelnię”, tyle, że ich nie smażę – tylko duszę na wodzie z odrobina masła.
Pokazały się już młode kartofelki – mmmmm… ze zsiadłym mlekiem  🙂 Posypane koperkiem czy zieloną pietruszką jeszcze bardziej mmmmm… a zupy i warzywa tez posypuję obficie, o ile tylko nie zapomnę wcześniej się w te zielone posypki zaopatrzyć  😉
Czasem jednak kompletnie nie mam czasu, żeby przygotować sobie coś na ciepło i domowo, staram się mieć więc w zapasie kilka słoiczków Gerbera.

Dobrze sprawdza się też zmiksowany banan (albo dwa)  z pestkami dyni, słonecznika i żurawiną.
Przydają się także torebki owsianki o różnych smakach (z jabłkiem, śliwkami, truskawkami albo gruszką)

i kleik kukurydziany (mniam) i ryżowy ( na czarną godzinę)

Dobre są też marchewki „Marwitki”

i wiem, jasne, mogłabym kupować takie brudne, umyć i oskrobać, ale mi się nie chce 😛
We wtorek i czwartek mam zajęcia na styk, bez minuty przerwy, od 14 do 20 i padłabym z głodu w trakcie, a wszamanie przy uczniu miseczki owsianki, banana czy Gerbera jest wygodne, niekrepujące i zdrowe 😉

Czasem  oczywiście mnie nosi (często) i MUSZĘ coś słodkiego, bo umrę 🙂 Staram  się więc pamiętać o herbatnikach ( tak, tak, takie zwykłe „bure petity„, ale z miodem czy jako uzupełnienie bananowego musu są mniamniuśne bardzo) i o drożdżowym cieście ( jest lekkostrawne) Wiem już, gdzie w pobliżu można upolować drożdżową buchtę z twarogiem, taką dużą, do krojenia, albo najsmaczniejsze drożdżówki z setką różnych dodatków i  w różnych kształtach 🙂

I odkryłam w swojej najbliższej okolicy kilka sklepów ze zdrową żywnością. No powaga, tylko ciut dalej niż osiedlowy Lewiatan, a do tego, co na półkach aż mi się zaświeciły oczy.
A w Biomarkecie na Kalwaryjskiej 38 dowiedziałam, co to jest humus i zrobiłam większe zakupy, takie z myślą o  świętach 🙂

I z pewnością będę zaglądać tam częściej,  może nawet dziś 🙂
Kończę optymistycznie, życząc Wam spokojnych, ciepłych i zdrowych świąt.
Waszym wątrobom, śledzionom, trzustkom i pęcherzykom żółciowym  – także 😀

———————————–