Tagi

Gdy ktoś zapytał mnie kiedykolwiek, czy czuję się dobrą osobą, dobrym człowiekiem – to pewnie najpierw bym parsknęła śmiechem, a potem się zawstydziła.
No bo jak w ogóle można pytać o takie rzeczy.
Ktoś naprawdę szlachetny i prawy pewnie  nie przyzna się do tego ze zwykłej skromności… ktoś butny i pewny siebie może potwierdzić, niekoniecznie zgodnie z prawdą.
Pytać więc kogoś o to nie ma sensu.
Może jedynie czasem, w ramach rozmowy z samym sobą – warto postawić sobie samemu takie pytanie.
Więc i ja sobie je stawiam, od czasu do czasu, ale raczej rzadko.
Ponieważ znam siebie i wiem.
Nie jestem ideałem, z pewnością nie.
Robię różne rzeczy,  nie zawsze tak samo reaguję, nie zawsze w sposób, z którego jestem dumna.
Ludzie często mnie wkurzają a najbardziej wkurwia mnie ich chamstwo, tupet, bezmyślność i głupota. Krętactwo, wykorzystywanie innych, brak uczciwości.
Władczy ton, pobłażliwe traktowanie – matko, mnóstwo zachowań wywołuje u  mnie atak furii.
A tłumiona furia sprawia, że zamieniam się w sukowatą jędzę.
Dobry człowiek  chyba tak nie robi 😉
Dobry człowiek ma zapewne w zanadrzu jakieś mądre słowa i wyszukane, przyzwoite zachowania, które sprawiają, że ta buta, kłamstwa i manipulacje znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Ja nie zawsze je znajduję, czasem mnie ponosi i się najnormalniej w świecie wściekam.
Poza tym jestem uparta, leniwa i baaardzo wygodna.
I klnę.
Klnę jak przysłowiowy szewc.
Bluzgam i bluźnię popisowo.
Bluzgam, jak się cieszę, bluzgam jak się dziwię, jak się wystraszę albo wkurwię.
Używanie języka powszechnie uznanego za elegancki i literacki, bez wulgarnych ozdobników, sprawia mi ból.
Dobrych ludzi chyba to nie boli. 🙂
Nie działam też w żadnych fundacjach ani innych organizacjach dobroczynnych, jestem za mało mobilna i zorganizowana, żeby chociaż wrzucić coś do puszki z czerwonym serduszkiem na początku każdego roku, czasem udaje mi się wetknąć mojemu dziecku jakąś dychę z prośbą „daj na Orkiestrę także ode mnie, ok?”, bo on robi to co roku.
I nie mam czasu ani sił,  żeby udzielać się w grupach ratujących koty czy zbierających kasę czy inne środki  na chore dzieci czy zwierzaki.
Na fb co chwila widzę jakieś dramatyczne wołanie o pomoc i choć łamie mi to serce – nie zawsze pomagam.
Gdybym to robiła za każdym razem – nie starczyło by mi nie tylko na waciki ale nawet na suchy chleb.
Nie jestem w stanie pomóc każdemu i w każdej sprawie.
Wiem, że choćbym żyła w totalnej ascezie i wszystkie siły i środki oddała jakiejś szlachetnej sprawie – to nie pomogę wszystkim, nie uratuję świata, to po prostu niewykonalne.
I na tą ascezę chyba za bardzo kocham przyjemności, wygodne życie i piękne przedmioty.
Ale nie mam klapek na oczach. Przyglądam się ludziom i ich sprawom. Zauważam, gdy coś jest fajne, piękne i godne podziwu.
To mniej niż nic, ale jeśli ktoś zasługuje na uznanie – to o tym uznaniu i podziwie mówię zainteresowanemu, ogłaszam to też całemu światu 😉
Jeśli zaś widzę, że ktoś jest w potrzebie albo komuś dzieje się krzywda – to nie odpuszczę.
Nie ma opcji, żebym odwróciła wzrok i udawała, że tego nie widzę – jeśli widzę. I nie zawsze wymaga to jakiejś heroicznej odwagi.
Nie ma też opcji, żebym bezmyślnie wywaliła do śmieci, pozbyła się czegoś, co komuś może się przydać.
Tak jest z jedzeniem, tak też jest z meblami i różnymi domowymi przedmiotami czy urządzeniami, które zużyły się tylko trochę – ale przede wszystkim się znudziły, przestały mi się podobać.
To niewiele, to prawie nic, bo najczęściej nie wymaga to wielu zabiegów, tylko zmiany kierunku myślenia.
To niewiele, tak naprawdę to bardzo mało w stosunku do tego, co rzeczywiście mogłabym zrobić, wiem to.
W sumie nie ma o czym mówić.
Ale, choć to drobiazg – to karma wraca i tak 🙂
Zawsze wraca, zrobiła to już tysiąc razy 🙂
I o tym jest ta notka – karma znowu wróciła i strasznie, niesamowicie się cieszę 🙂

PS. Zdjęcia „karmy” w kolejnym felietonie 😉