Tagi

Kiedy przyglądam się naszej znajomości z Belit  – to dochodzę do wniosku, że chyba nikt nigdy tak szybko i tak mocno nie zagnieździł się w moim sercu.
Fakt, generalnie kocham ludzi.
Z reguły wykorzystuję każdą sytuację na poznanie nowych, bez krępacji  zagaduję i szybko się „spoufalam”.
Ale kto mnie zna nieco lepiej –  ten wie doskonale, że proces ten w pewnym momencie się zatrzymuje i rzadko komu udaje się przekroczyć granicę zwykłej znajomości.
Gdzieś w środku mnie siedzi zalękniony człowieczek potrzebujący swobody i poczucia pełnej niezależności, trzymający znajomych na dystans.
Mała dziewczynka o bardzo wymagającym i pierzchliwym poczuciu bezpieczeństwa.
Niewielu osobom udało się to zrozumieć i zaakceptować, uszanować to moje pragnienie suwerenności, prywatności i inne moje dziwactwa także 🙂
Niewiele więc jest osób, z którymi czuję się w pełni bezpiecznie,  przed którymi całkowicie i do samego dna otworzyłam serce i duszę – a oni otworzyli przed mną swoje.
A jeszcze mniej takich – których po prostu kocham jak dzika i podziwiam, i którzy są moimi niedościgłymi bohaterami prozy życia, którym oddałabym wszystko co mam, z nerką włącznie.
Których życie wciąż kopie i wali prostymi i sierpowymi, i to bez rękawic, jeszcze nie zdążą się podnieść po jednym ciosie a dostają kolejny i kolejny.
Ale oni nie jęczą, nie skarżą się i nie pytają „dlaczego ja”  – tylko po prostu wstają.
Zagryzają zęby i zbierają się za każdym razem.
Bez zgiełku i zamieszania – spokojnie i z uśmiechem nawet.
Mają plan na „co dalej” niezależnie od tego, jak rozwinie się sytuacja.
Wciąż nie wiem o nich wszystkiego, ale każda „dowiedziana” sprawa winduje ich, choć wydaje się to niemożliwe –  na jeszcze wyższe podium.
Obrywają od życia – a pozostają dobrzy i mądrzy.
Serdeczni i szlachetni.
I piękni, w środku i na zewnątrz.
Tak, zewnętrznie również, popatrzcie zresztą na Belit – bo to o niej piszę ❤

Beliś, skarbie, jesteś najbardziej niezwykłą osobą spośród wszystkich poznanych w moim długim życiu.
Bo nigdy nie spotkałam nikogo, kto przy tylu swoich własnych, napiszmy eufemistycznie – poważnych problemach zdrowotnych, na przekór sytuacji byłby tak cudownie optymistycznym, radosnym i kochanym człowiekiem… zamiast skupiać się na własnych dramatach myślałby o nieszczęściach i potrzebach innych i robiłby dla nich tyle dobrego.
Po cichu, bez rozgłosu, żadnego tam dbania o popularność i uznanie.
O większości tych spraw i działań dowiedziałam się przypadkiem i pewnie jeszcze o wszystkim nie wiem.
I inni pewnie też wszystkiego nie wiedzą, napiszę więc o tym – o czym wiedzą na bank i na bank pamiętają:  o Twoim pojawieniu się na urodzinach Krzysia, na pamiętnej domówce na Dywizjonu, w czerwcu 2014.

Nikt  z osób, które jak ja, zobaczyły Cię wtedy po raz pierwszy, z pewnością nikt nie przypuszczał – jak pojawienie się tej pięknej dziewczyny z warkoczem odmieni naszą „małą gotycką rodzinkę”.
To dzięki Tobie określenie to nabrało konkretnego znaczenia – wie o tym każdy, kto, jak ja, dmuchał świeczki na urodzinowym torcie i wzruszony odbierał prezenty, wśród serpentyn, króliczków, jelonków i innych ulubionych gadżetów.
Czasem uśmiecham się na myśl, że tak mocno zjednoczyła nas, gotów i prawie gotów – osoba spoza gotyckiego środowiska, organizując i natychając do organizowania urodzin nawet tych, trzymających się nieco na uboczu.
Zarażając nas swoim ciepłem i serdecznością.
I nieustającą gotowością do pomocy, we wszystkim, zawsze i wszędzie.

Dlatego w Schizo tego dnia było tak masakrycznie tłoczno –  każdy, kto miał szczęście Cię poznać, dołożył wszelkich starań, aby na Twoich urodzinach się pojawić.
Niektórzy omal nie uciekli ze stołu operacyjnego w klinice ❤
Niektórzy przyczołgali się, nie zważając na stan masakracji pokoncertowej 😉
I nie było, że boli, że jakieś tam obowiązki, dzieci płaczą a terminy gonią – w ten dzień tylko Ty się liczyłaś, tylko Ty byłaś ważna ❤
I nieistotne, że klub coś poplątał z rezerwacją  – za chwilę, także dzięki Twoim działaniom miejsca się znalazły…

Oto goście – uszczęśliwieni, wzruszeni, rozbawieni –  no w ogóle ❤

motylki tu mam, patrz – motylki 😉

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

och nie, och nie ….

no dooobraaaaaa 😉

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

Karmelek w cudniastym tiszercie:

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

Żadnych zdjęć, żadnych zdjęć!!!!  😀

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

Była też jakaś odjechana akcja z piękną pupą Belit i maską pandy – ktoś pamięta, o co dokładnie chodziło?

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

I pokaz wschodnich sztuk walki z piwem w ręce 😉

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

Deith także świętował swoje urodziny 🙂

( i komentarz Deithowy: ej, nie rób mi tyle fotek z książką, bo ktoś pomyśli, że na urodzinach Belit czytałem, zamiast się bawić 😉  )

znaczenie ostatniej fotki będzie jasne tylko dla bywalców ś.p.Uwagi, którzy pamiętają pochodzące z tamtych właśnie czasów nasze porąbane zabawy z Deithem w „podniosę Ci koszulkę, by obnażyć Twoje boskie ciało!!!!!” ….”Ha, spróbuj tylko, nie uda Ci się, nie uda!!!”  😀

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

I kolejna dzika akcja tego wieczoru:

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

Popatrzcie tylko, co dostałam !!!!!

A od niektórych podarek „w naturze” – oto pandusiowe pazurki wykonane przez Natalię, jak widać, poszalały na imprezie 😉

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

Nadejszła pora na tort …..

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

Mała Szczęśliwa Dziewczynka z Ciasteczkiem:

a ja też chcę!!!!!

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

i ta uszczęśliwiona także 😉

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

no jedz, jedz….

no jem, jem…

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

Najwytrwalsi szaleli na dansflorze:

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

Potem szukali ochłody w przytulnym korytarzyku przy wejściu:

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

A komu dotrzeć się nie udało, niech otrze łzy i wypije zdrowie Belit!!!!!

❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

Życzenia składają także Moris JB i jej międzynarodowe  towarzystwo !!!!

I na koniec uściski od przystojnych panów: