Tagi

https://www.facebook.com/events/457295807787382/

Kurde – znowu koncert w poniedziałek, w samym środku dnia pracy.
Znowu logistyczny problem, jak poprzekładać zajęcia z uczniami, na kiedy – jeśli nawet weekend zapchany.
Ale, jak mówi klasyk – NIC TO.
A z perspektywy przeżytych niesamowitych wrażeń i emocji mogę dodać „warto było, po tysiąckroć warto”.

Na występ Lacrimy odrobinę się spóźniłam, dlatego już od szatni biegiem pod scenę, żeby stracić jak najmniej muzyki.
Biegnę nie sama – towarzyszy mi Arturo, spotkany zaraz po wejściu, razem więc zajmujemy strategiczne pozycje przy barierkach i trwamy do końca w tej okolicy, broniąc swojego stanowiska bojowego jak twierdzy 😉

Maciek B. wymyślił na to miejsce lepsze określenie, oddające w pełni sytuację, że to nasze centrum dowodzenia 😀
Pojawił się też Deith i na zmianę pilnowali nam tego centrum, kiedy Arturo wyskakiwał na pecika a ja do baru czy przypudrować nosek 🙂
Ale w sumie nie było to konieczne 🙂
Bo to, co podobało mi się ogromnie w poniedziałkowym koncercie to niesamowita, wręcz nieprawdopodobna ludzka serdeczność i uprzejmość.
(Chyba to kolejny punkt w moich obserwacjach i socjologicznych dywagacjach – jaki rodzaj muzyki rodzi jakie zachowania 😉 )
Kiedy, focąc zapamiętale, przełaziłam z lewej strony sceny na prawą – czyli całkiem na ślepo, macając stopą w ciemności przerywanej błyskami świateł, usiłowałam nikogo nie zglanować, co nie zawsze mi się udawało – ludzie grzecznie mnie przepuszczali, uprzejmie usuwali się z kadru, choć wyraźnie pokazywałam na migi, że spoko, dam radę, cyknę nad głowami albo między.
Pod koniec koncertu, gdy po takiej rundce wróciłam na swoje stałe stanowisko z lewej zastałam je zajęte – trzech chłopaków, którzy wcześniej gibali się za mną, z tyłu, teraz już zajmowało miejsce przy barierkach. Ale kiedy zaczęłam tańczyć, machać włosami i takietam – od razu się cofnęli się, przesunęli w bok.
Nie wiem, czy mnie rozpoznali.
Nie wiem, czy zapamiętali, że wcześniej ten kawałek barierek należał do mnie – ale teraz wyraźnym gestem zapraszali na te 40 cm świeżo uczynionego luzu.
Było trochę ceregieli – ależ nie, nie trzebanie nie, chodź, prosimy… nojaniemogę, Wersal, bątą i w ogóle 😉
Po zapaleniu świateł było przybijanie piątki i trochę żarcików, że koncert w sumie noooo może być i mój udawany atak na tiszert STS jednego z nich „to ściągaj tę koszulkę”, fajnie i uroczo.

Ale – ad rem.
Fot będzie nieco mniej niż zwykle, ponieważ mój aparacik-dla-przedszkolaka nie chciał współgrać z kontrastowym oświetleniem sceny ani z pulsującymi błyskami świateł.
Nie pomagał ani „tryb nocny”, ani flesz, ani brak flesza, każda kolejna fota pokazywała mi faka.
Nie pomagało przemieszczanie się z aparatem, nic nie pomagało, więc wybaczcie.  Jakość zdjęć  – także.
(Teraz trochę pomaga kliknięcie w fotkę, kiedy wyświetli się ją osobno)
Na szczęście nie przeszkadzało mi to w odbiorze ani muzyki ani atmosfery.
Występ rodzimej Lacrimy przyjęto ciepło, raz – że nasi, dwa – nie wiem, jak Wy, ale ja akurat lubię ich kawałki.
Lubię ich doom-metalowe brzmienie, lubię progresywne ciągoty. Ogromnie cieszy mnie reaktywacja kapeli po latach uśpienia, to – że znów wydają płyty, grają na festiwalach od gotyckiego Kastla poprzez Masters of Rock po ekstremalnie metalowy Gothoom Open Air.
I kocham słuchać ich na żywo.
Nie inaczej było w poniedziałek – namachałam się włosami i naskakałam podczas ich występu po uszy 🙂
Ale najważniejsze – na koncercie odbyła się premiera EPki Lacrimy, a dokładnie miało miejsce premierowe wykonanie tego oto utworu:

http://lacrimaofficial.bandcamp.com/album/first-collapse-ep

Jak czytamy na profilu fb zespołu „sama EP’ka jest dość eksperymentalna i jest pomostem łączącym stary styl z tym, co Lacrima zaprezentuje na nowej płycie. Kolejny utwór (EP zawiera trzy utwory), zostanie opublikowany w okolicach wigilii. Wtedy też poznamy datę publikacji trzeciego. „
Czekamy z niecierpliwością!!!!

Adimiron.

Wolfheart.

Co muszę powiedzieć o tej kapeli?
Raz – są z Finlandii, co z oczywistych powodów plusuje im bardzo, bardzo mocno.
Dwa – znów naprzeciw mojego stanowiska dowodzenia ustawił się blondwłosy gitarzysta, tak zajebiście machający włosami, że nie mogłam oderwać od niego oczu, ani obiektywu aparatu.

Trzy – że rodzaj generowanych brzmień Wolfheart określa na swoim profilu fb jako „winter metal”.
Winter metal ❤
Noszkurde, jak dla mnie super 🙂

Cztery – mogłam przekonać się naocznie i nausznie, że formacja ta i jej muzyka mają w naszym kraju sporą grupę wielbicieli, którzy chóralnym śpiewem i innymi spontanicznymi zachowaniami wyraźnie dawała znać, że jest super i pragną więcej. 🙂

a kto rozpozna mnie, znaczy moje łapki na tej focie z oficjalnego profiłu Wolfheart?

https://scontent.fwaw3-1.fna.fbcdn.net/hphotos-xat1/v/t1.0-9/12347819_521744524659115_7581708814604455779_n.png?oh=c107225cbf74930f2f943317ad7c449a&oe=570F6124

Swallow the Sun.

Poniższa fota chyba nieźle obrazuje, jakiego rodzaju był klimat oczekiwania na wyjście muzyków, ale także i nabożną wręcz atmosferę, w jakiej zostali przyjęci…

Jak widać – zachwyt wyrażał się nie tylko w nabożnej atmosferze 😉

W przerwie przed bisem mury Rotundy drżały wśród dzikiego aplauzu, huku oklasków i chóralnego skandowania nazwy zespołu…
Muzycy wychodzą wreszcie, uśmiechnięci, rozluźnieni i wyraźnie zachwyceni gorącym przyjęciem.
I znów w finale mam mokre policzki…
Wrażenia „po” porównywalne są do tych w związku z Insomnium i Fleshgodami.
Podobnie monumentalna muzyka, z podobną tęsknotą wypatrywałam i tamtego i tego koncertu.
I podobna siła emocji w obu przypadkach.
No co ja Wam mogę powiedzieć – rewelka, po prostu rewelka.
Znakomity występ fantastycznej formacji wykonującej cudowny rodzaj muzyki.
Magiczna energia płynąca ze sceny, czy raczej rodzaj czarodziejskiej mgły, która spływając ze sceny otacza, spowija, mota – i nie puszcza.
To trochę tak – jakby zachłysnąć się mroczną poświatą księżyca, jakby nabrać haust i zasmakować, i nie chcieć już pić niczego innego…

Czasem staję wobec piękna bezradna.
Czasem nie umiem, nie jestem w stanie znaleźć odpowiednich słów do opisania wzruszeń, bo takie słowa nie istnieją, nikt ich jeszcze nie wymyślił.
Ale próbuję, wciąż próbuję…

https://drzoanna.wordpress.com/2013/11/12/swallow-the-sun-emerald-forest-and-the-blackbird-2012/

A w Rotundzie usłyszeliśmy:

Łapię oddech z Jerzym i Deithem, gadamy trochę…
Gdzieś słyszę opinie, że szwankowało ustawienie głośności, że to typowe dla Rotundy: supporty nagłośniono za bardzo, co potwierdzam – kiedy wychylałam się nieco za barierki czułam wyraźny, ostry ból uszu….Przy STS było nieco lepiej, ale też odniosłam wrażenie, że na początku koncertu chłopaki dawali jakieś znaki ze sceny akustykowi, pokazywali, żeby coś „przykręcić”…
Zauważam, że przy stoliku obok pokoncertowo chłodzi się Kuba, lider Lacrimy, cykam mu fotkę – no co, nie wyszły te z koncertu to będzie przynajmniej taka z piwem już po 😀

Ale za chwilę podnoszę tyłek – zauważam, jak między niedobitkami publiki, w kapturze naciągniętym na głowę dla niepoznaki – przemyka się „klawiszysta”  Swallow The Sun  – Aleksi Munter.
Skąd się wziął ten „klawiszysta” możecie doczytać tutaj:

https://drzoanna.wordpress.com/2014/11/16/insomniumfleshgod-apocalypsestam1na-14-listopada-klub-kwadrat-krakow/

także o tym, jak udało mi się poznać i jego, i jego prześliczną dziewczynę, Olenkę.
Znajomość z Olenką odnowiłam dzień przed koncertem, wciąż obiecujemy sobie oficjalną rozmowę na blogu – bo Olenka to niesamowita, niezwykła osoba, nie tylko ze względu na bliską znajomość z Aleksim.
Aleksi, zawołany po imieniu patrzy na mnie uprzejmie, ale widzę, że mnie nie poznaje.
Zaczynam więc swoją przemowę w swoim super wypasionym angielskim…. cytuję:

„Do you remember me?
One year ago, after koncert Insomnium, klub Kwadrat, you and your beatifull girl, taxi, your autograph on the ticket, my tekst in music blog…”
Gdzieś w połowie mojej wyliczanki Aleksiemu zapalają się oczy, zaczyna przytakiwać – teraz wiem, przypomniał sobie mnie, na bank 🙂
Zwracam się do pierwszej osoby z brzegu, żeby cyknął mi fotkę (cyka z zaskoczenia, mam minę, jakbym zobaczyła smoka, a jakość i ostrość to niech mu bóg wybaczy…) w rewanżu ja focę jego, pełen profesjonalizm, 2 zdjęcia, jest wybór, ech 😉

Aleksi wspomina, jak bardzo śmiali się wspólnie z Olenką, czytając moją opowieść o naszym kosmicznym spotkaniu pod klubem rok temu…. tu gest dłonią – o tu, tu stoi teraz ze znajomymi, widzisz?
No i przestaję się dziwić, że nie byłam w stanie wypatrzyć jej w tłumie, zmieniła kolor włosów diametralnie – tylko uroda, ta została wciąż taka sama, powalająca 🙂
Dobijam do towarzystwa, sypią się żarciki z naszego ponownego spotkania i wspominki z poprzedniego.
Ja dowcipkuję z kamuflażu fryzurowego „dobrze, że wciąż jesteś taka śliczna, bo inaczej nie mogłabym Ciebie rozpoznać”
A – i oczywiście nie poprosiłam Aleksiego o autograf  🙂
Przecież już mam jego podpis – na bilecie sprzed roku, z koncertu Imsomnium i FA 😛

Po raz drugi zrywam się na widok ogromniastej pizzy, a raczej osoby, która się nią zażera – to wokalista Wolfheart, Tuomas Saukkonen.
Na moją prośbę o wspólną fotkę przełyka pośpiesznie, śmieszkuję więc, że spoko, może być fota z pizzą i robię minę z cyklu „jestem groźna metalówa, zaraz Cię dopadnę i zjem” 😛

Znów wracam nocnym z Maćkiem B. i znów na stojąco, bo gdybym usiadła to trzeba by dźwigu, coby mnie potem podnieść….
A droga z przystanku pod bramę jeszcze nigdy nie wydawała mi się tak długa ….
Ale gdy w domu zapuszczam sobie pierwsze koncertowe wrzuty to znowu z oczu płyną mi łzy, znowu ryczę jak na „Cathedral Walls”
Znów otacza mnie i wciaga ta księżycowa mgła….


PS.
I jak zwykle, prośba 🙂
Jeśli spodoba Ci się tu zamieszczone, a wykonane przeze mnie zdjęcie, tekst – albo jego fragment i chcesz je wykorzystać – na fejsie, swojej stronie, blogu itp, to dołącz plis link z adresem artykułu, z którego pochodzi, albo z adresem tego bloga. Natomiast użycie fotki bez pytania, a szczególnie wycinanie mojej sygnatury, dowolne kadrowanie/ciachanie/przeróbki zdjęcia spotkają się z moim dożywotnim fochem i okrutną klątwą, a wcześniej złamią mi serce, poważnie….
Dzięki !!!!!