Tagi

Tak się jakoś składa, że temat około-kulinarny zadomowił się na moim blogu na dobre.
Dokładnie rzecz ujmując kontynuację opowieści o moich zwyczajach jedzeniowych wywołał zalinkowany na fb art z Wyborczej na temat głodu na świecie.

 

jedzenie.jpg

Z artykułu wynika jasno, że w tym niechlubnym procederze jesteśmy w czołówce światowej – co mnie lekko zaskoczyło, a dyskusja pod nim utwierdziła mnie w zdumionej pewności, że w Polsce faktycznie wyrzuca się mnóstwo jedzenia, że to codzienna praktyka.
Oczywiście słyszałam o piekarniach, którym po prostu nie opłaca się oddawać „wczorajszego” pieczywa potrzebującym, że wyrzucają je, by nie płacić podatku.
Jeden z komentatorów zauważył, że „masa jedzenia ląduje w koszach po różnych bankietach, uroczystościach itp” ale inni, podobnie jak ja, potraktowali sprawę osobiście.
Przeczytałam więc usprawiedliwienia w rodzaju „kiepskie sery pleśnieją i kwaśnieją, wędliny – obślizgłe, ogórki – pleśnieją, to samo jogurty….”
Ale pojawiły się odpowiedzi „jeśli tego nawet „kiepskiego” jedzenia nie kupisz zbyt dużo, to zjesz zanim ser zdąży spleśnieć, a wędlina pokryć się śliską mazią.”
I tak szczerze to nie wierzę w ripostę „kupuję mało – ale niestety potrafi się zepsuć…”

Nie wierzę, bo mam wrażenie, że kupujemy stanowczo za dużo jedzenia.
Mówię ogólnie „my” – ale wydaje mi się, że zarzut ów tyczy szczególnie ludzi mniej więcej w średnim wieku.
Tak statystycznie.
No bo staruszkowie trzęsącą się dłonią wygrzebują z portfela ostatnią piątkę na połówkę chleba, serek i 3 plasterki wędliny, studenci wszamią gar pomidorówki z resztek makaronu i puszki przecieru, pogryzając brzeżkami przedwczorajszej pizzy – ale zdarza mi się, że podczas nielicznych wycieczek do supermarketów oczy wyłażą mi na wierzch, gdy przyglądam się wyładowanym po sufit koszom i wózkom, pchanym przez 40- czy 60latków, tej wielkiej górze opakowań, puszek i paczuszek.
Jesusie – to chyba na pół roku żarcia dla szwadronu wojska, jak mawiała moja babcia!
Oczywiście, uogólniam i upraszczam, ale moje obserwacje gromadzę od lat i od lat mnie szokują.
Kurde – te dziesiątki ogromniastych toreb i siat, wywlekanych w mozole ze sklepów w okresie przedświątecznym… założę się, że większość ich zawartości wyląduje w śmietniku jeszcze przed Nowym Rokiem.
Albo, ku mojej furii – dokładnie przed moimi oknami, na trawniku, „dla biednych gołąbków” – jak kiedyś tłumaczyło, znienacka zaskoczone przeze mnie babsko.
I na dobrą sprawę trudno mi dociec powodów tej zdecydowanie przesadzonej zapobiegliwości, tego nawyku gromadzenia zapasów, które nie sposób przejeść… może to pozostałość po czasach komuny, gdy jakikolwiek towar, jeśli się pojawiał na półkach – należało kupować niezależnie od tego, czy go potrzebujemy czy nie, i to w największej dozwolonej ilości, bo nie było wiadomo, kiedy podobny cud zdarzy się ponownie.
No bo inaczej jak to możliwe, że z biegiem lat nie nauczyliśmy się planować zakupów, nie zaobserwowaliśmy, ile żarcia tak naprawdę potrzebuje nasza rodzina…
Niezależnie od tego, jak bardzo trafione są powyższe teorie, mam pewność co do jednego – mnie się ta trudna sztuka udaje, a powody są szalenie prozaiczne.
Po pierwsze – wychowałam się w niebogatym domu.
I mogę mu zarzucić bardzo wiele, część żalów czy pretensji hołubię do dziś – ale nauczono mnie w nim szacunku do tego, co pojawia się na stole.
Może czasem przybierało to nawet formę przesadnej oszczędności – ale dziś, po latach, wspominam z rozrzewnieniem nawyk wybierania palcem resztek białka ze skorupki po rozbiciu jajka do ciasta czy na jajecznicę.
Robię to do dziś, kompletnie odruchowo, poza udziałem rozumu – przypominają mi o tym dopiero wielkie oczy ewentualnych widzów 😉
I tak jak niegdyś, w moim domu rodzinnym – tak w tym tutaj i teraz, nie mam w zwyczaju wyrzucać żadnych produktów żywnościowych.
W moim domu po prostu nic się nie marnuje, i chyba na palcach jednej ręki mogę policzyć przypadki, kiedy coś się zepsuło, zjełczało czy skwaśniało.
Nie ma w tym żadnych przechwałek – po prostu pozbawiona samochodu kupuję tyle, ile uda mi się przydźwigać z osiedlowego sklepu, kiedyś Biedronki, teraz Lewiatana, czyli raczej nie za dużo, zważywszy kłopoty z kręgosłupem i ogólną niechęć do wysiłku 😉
Po wyprowadzce mojego dziecka jakoś bez trudu udało mi się poobserwować i przeliczyć, ile teraz czego potrzeba i jak szybko pustoszeje lodówka, zresztą generalnie nie mam zwyczaju robić jakichś większych zapasów.
Należę więc do tej grupy, która wieczorem w niedzielę albo klasycznie w drugi dzień dowolnych świąt zmuszona jest popylać do szczęśliwie czynnej niedaleko Żabki, bo skończyło się piwo, kefir do pierożków albo bułeczki.
Poza tym – tak jak mogę godzinami szwendać się po pasmanterii, porównywać koronki i hafty, podziwiać aplikacje i dotykać guzików – tak w spożywczaku błyskawicznie zaczynam się nudzić, zakupy w nim nużą mnie i męczą. W pewnym momencie rzucam okiem do koszyka – mam co jeść? mam co pić? jest na śniadanie i na obiad? No to wypad z tym, kończymy imprezę – i do kasy 🙂
Później jednak zabiera mi dłuższą chwilę, by wszystko sensownie rozmieścić w lodówce.
Krojony chleb czy bułki mrożę w foliowych woreczkach – po wyjęciu z zamrażalnika taka całodzienna porcja jest świeżutka, a włożona na moment do elektrycznego grilla nawet i chrupiąca 😉
Cebulkę, koper czy pietruszkę, których używam sporo, po umyciu suszę dokładnie na frotowej ściereczce, i po pokrojeniu zawijam w folię zwykłą lub aluminiową.
Wszystko jest jeszcze jędrne i pachnące nawet po tygodniu.
Krojonej wędliny nigdy nie kupuję więcej niż 30 deko – doświadczenie uczy mnie, że większa ilość, zanim ją zjem, stanie się oślizgła.
Jeśli skusi mnie jakaś polędwica w promocji – to ją zamrażam, choć potem, po rozmrożeniu, trzeba ją „wykręcać”.
Żadna ilość sera w moim domu nie może się zepsuć czy zmarnować – uwielbiam go tak, że wszamię każdą, często jako przegryzkę do piwa 😉
Kiedyś umiałam nawet usmażyć jajecznicę na zgliwiałym białym twarożku, z kminkiem, to podobno przysmak regionu podkarpackiego, ale trochę zapomniałam szczegółów, trochę mi się nie chce i poza tym w moim domu ser nie ma szansy zgliwieć 😉
No i zdarza mi się nawet rzucić okiem na daty ważności kupowanych produktów, poważnie, tylko co do piwa to nie muszę w sumie, bo ma dłuuuuuugie 😉

Ale ok ok, żeby nie było, że jestem święta czy coś: zdarzyło mi się parę razy, że kompletnie zapomniałam o zakupionych ziemniakach i kiedy po miesiącu czy dwóch szukałam przypadkiem czegoś w komórce – dostrzegłam, jak pięknie kiełkują, raz chyba nawet wypuściły pędy z listkami.
Od tego czasu nie robię zapasów kartoflanych, kupuję je wyłącznie wtedy, gdy planuję zużyć je jeszcze tego samego dnia.
No i gdy kiedyś mój kochany Lukier zrobił mi porządek w przyprawach, to po sprawdzeniu dat ważności została jakaś jedna trzecia.
Ale więcej grzechów nie pamiętam, słowo 🙂