Tagi

Wszystko zaczęło się od posta Ady K. na fejsie.
I choć metrykalnie mnie i Adę dzieli przepaść lat, to faktycznie, w relacjach z aktualnych prywatnych wydarzeń i jej i moich znajomych – przeważają śluby i dzieci.
Fejsbukowicze, znudzeni wstawianiem zdjęć koteczków, żarcia i najróżniejszych memów, zmęczeni kłótniami o emigrantów/uchodźców – z mniej lub bardziej szczerym entuzjazmem informują o swoim ślubie/zaręczynach/urodzeniu dziecka.
Ada zadała więc pytanie, jak sądzę trochę przekornie i trochę żartobliwie – kiedy ktoś ze znajomych pokaże, że ma jaja i „pochwali się na facebooku swoim rozwodem. Najlepiej ze zdjęciami rozwodowymi. Stawiam flaszkę odważnemu.”
Zabawna, lekka i dowcipna dyskusja, która się urodziła w komentarzach przywróciła mi wiarę w ludzi, w to, że na fb można sobie po prostu pożartować, nikt nikomu nie będzie skakał do oczu i opluwał z zaskoczenia. Doświadczenie uczy niestety, że starczy, przykładowo, zachwycić się jesienią i zachwyt ten ujawnić na fejsie – aby już trzeci z kolei komentarz przywalił zarzutem o hipokryzję, dopiekł zjadliwą szyderą, pouczył i skarcił w tonie protekcjonalnym i złośliwym.
A tu – prosz. 🙂
Pojawiły się zapytania o szczegóły, czy liczy się taki rozwód sprzed kilku lat i ilu…. i jakie to są zdjęcia rozwodowe – tu ogromnie spodobała mi się odpowiedź A.R. „pewnie coś w stylu: „takie tam z adwokatem”, „selfie z sędzią przed ogłoszeniem rozwodu” 😀 ” .

Potem Z.Z.N. napisała o nowym amerykańskim zwyczaju świętowania „rozwodów i organizowaniu imprez wraz z gigantycznym tortem i figurkami państwa „kiedyś młodych” !(…) w większości sytuacji jest to rozbita emocjonalnie kobieta, którą porzucił jej „ex-partner” a wspaniałe i niezastąpione przyjaciółki organizują jej „imprezę po-rozwodową” gdzie figurka „pana młodego” jest totalnie maltretowana albo ulepiona w pozycji „kopnęła mnie w tyłek” aby cieszyć oczy wszystkich kobiet dookoła 😉 „ i sprowokowało to taki natłok refleksji poważniejszej natury, że zrezygnowałam z zaśmiecania tablicy Ady i postanowiłam rozwinąć temat w notce blogowej.
Bo oczywiście, choć sam pomysł takiej imprezy wydaje mi się nieco kosmiczny i przesadny – to z pewnością ma uzasadnienie psychologiczne.
Takie symboliczne zerwanie z przeszłością, zamknięcie starego i rozpoczęcie nowego rozdziału w życiu, ubrane w rytuał… wyrzucenie z siebie żalów, pretensji, złych emocji, wściekłości nawet i zmaterializowanie ich, pozbycie się, poprzez wyładowanie na tej nieszczęsnej figurce… nie jestem psychologiem, ale taka terapia wydaje mi się ze wszech miar skuteczna.

Pomyślałam też jednak – że mnie akurat taka terapia nie jest już potrzebna.
Nie była też potrzebna 20 lat temu – może dlatego, że nie czułam się emocjonalnie rozbita, nikt mnie nie porzucił.
Czasem niestety tak bywa, że nie potrafimy dbać o związek, podsycać w nim ogień wzajemnego zainteresowania, nie pamiętamy o okazywaniu sobie ciepła i serdeczności na co dzień…
czasem, niestety, dokonujemy wyborów życiowych będąc kompletnie niedojrzałymi, robimy to zbyt wcześnie i nie wiek metrykalny stanowi o naszej dorosłości w tym względzie…
I czasem ta dorosłość i dojrzałość przychodzi poniewczasie, otwiera nam oczy i stajemy, już świadomi, twarzą w twarz z kompletnie obcym człowiekiem.
Nagle dociera do nas pełnia wiedzy o tym – czego chcemy w życiu, jakie mamy priorytety, co jest mniej istotne a czego nie odpuścimy nigdy never… co jest nam potrzebne, jak powietrze, bez czego dusimy się i umieramy… i co pragniemy dawać i oczekujemy, że zostanie przyjęte z radością.
I jeśli osoba, z którą spędziliśmy część życia nie podziela tych oczekiwań, nie rozumie, odpycha nas, nie chce nas takich, nie chce z nami rozmawiać nawet…

Wtedy chyba najlepiej się rozstać.
Czasem jest tak – że nic już nie naprawisz, nie uratujesz.

Nigdy nie traktowałam swojego rozwodu jak nieszczęścia a koniec związku nie stanowił dla mnie życiowej porażki.
Nigdy nie miałam poczucia przegranej.
Związek, w każdym jego momencie, od początku aż do rozstania traktowałam jako kolejny życiowy etap.
Nigdy nie rozpaczałam, ze „zmarnowałam” te wspólne lata, absolutnie – nie miałam i nie mam takiego poczucia.
Nigdy też nie chciałabym cofnąć się w czasie, nie ma takiego momentu, do którego chciałabym wrócić i zacząć wszystko od nowa.
Naprawdę, rozważałam to wiele razy i na wiele sposobów i wciąż odpowiedź jest taka sama.
Nie zmieniłabym w swoim życiu niczego, ponieważ każdy moment, każde wydarzenie, nawet takie – które z perspektywy lat uważam za dramatyczne, nawet wybór – który w końcu okazał się pomyłką, wszystko to poprowadziło mnie ścieżką do tego miejsca, w którym jestem obecnie.
A ja nie zamieniłabym tego miejsca i tej sytuacji na żadną inną.
Jestem szczęśliwa, kurde, jestem szczęśliwa, poważnie.
Oczywiście – nie mam wszystkiego i mieć nie będę, i bardzo dobrze, bo mam o czym marzyć i do czego dążyć.
Ale nigdy nie czułam się tak wolna, nigdy nie było mi tak dobrze – jak ostatnio.
Poza chorobami i dolegliwościami wieku starczego, hłe hłe – jest mi po prostu CU – DOW – NIE 🙂
I wiem doskonale, że każde z wcześniejszych bolesnych doświadczeń prowadziło mnie dokładnie TUTAJ, gdzie chcę być.
Także mój „nieudany” związek, także i moje małżeństwo.
Od początku – aż po rozwód.
Wszystko to musiało się po prostu wydarzyć, żeby ta rzeczywistość, której teraz doświadczam – mogła być tego konsekwencją.
Jestem w stanie w kilku prostych zdaniach przeprowadzić ciąg implikacji, które wykażą ten związek przyczynowo-skutkowy.
Dlatego nie potrzebuję i nie potrzebowałam żadnych „rytuałów przejścia”, nie musiałam opłakiwać związku, nie musiałam przechodzić okresu żałoby – żeby zacząć od nowa.
I nie miałabym żadnego problemu z wypiciem banieczki z okazji rocznicy rozwodu, ze świętowaniem symbolicznego przejścia na kolejny level życia.

Więc, tak trochę poniewczasie, ale szczerze i z zapałem wznoszę toast: za nasze życiowe drogi, którymi musimy przejść… za nasze życiowe decyzje, za pomyłki – by stały się nauką a nie załamywały poczuciem przegranej.
Za naszych ex, z wyłączeniem oczywiście tych stuprocentowych skurwysynów/suk, jeśli komuś pechowo się trafił(a) – pozostałym gratulujemy i dziękujemy, że tak długo z nami wytrzymali 😉
Bo nam chyba też daleko do ideału, prawda?
I za nasze ewentualne rozwody – żeby stały się przejściem do kolejnego etapu, do kolejnych możliwości.
Bo tym właśnie jest rozwód.
To nie koniec świata, to nie drzwi – za którymi tylko czarna rozpacz, samotność i ból, wręcz przeciwnie.
I uprzedzając ewentualne komenty w rodzaju „powiedz to samotnej matce kilkorga dzieci, którą zostawił mąż-dziwkarz/alkoholik/damski bokser”
Tak, mówię to takiej właśnie kobiecie.
Uważam bowiem, że wszystko jest lepsze, niż życie u boku takiego partnera, w niepewności, upokorzeniu i strachu.
„Pije, bije, pomiata, sypia z każdą – ale daje kasę”, tak? „Przynajmniej dzieci mają ojca”, tak? Ale jakiego, kurwa, jakiego?
Ojca, którego się panicznie boją, brzydzą i w skrytości, albo nawet i bez – nienawidzą?
A gdy nie ma przemocy, chlania, zdrad – ale panuje przejmujący chłód obojętności i niechęci, zimnej, milczącej wrogości?
Cisza wypełniona krzykiem niewypowiedzianych pretensji?
I wszelkie próby zwalczenia tej ciszy, wszelkie zabiegi i starania, jedne po drugich, odbijają się od muru „ale o co chodzi? i „daj mi spokój” , „nie mam Ci nic do powiedzenia”, „jestem zmęczona/śpiąca/nie ma o czym gadać”.
Albo kiedy Twoje marzenia, dążenia, plany, Twoje priorytety i zasady – są krytykowane i wyśmiewane.
I pewnie jeszcze tysiąc podobnych sytuacji, które powodują, że czujesz się sama, niby w związku, niby żona – ale tylko na papierze.
Nie ma bliskości, nie ma wsparcia, nie ma nawet przyjaźni czy zwykłego szacunku.
I czujesz, że zamarzasz, Twoja dusza pokrywa się szronem, Twoje emocje i uczucia powoli skuwa lód.

Powoli szarzejemy i umieramy, bo nazwanie tej sytuacji po imieniu, stawienie jej czoła i jedyna w tym kontekście sensowna decyzja, czyli „dość”. „Koniec z tym” – jest ponad nasze siły.
Więc oby nam się powyższe sytuacje nigdy nie zdarzyły, ale gdyby jednak, obyśmy umiały i odważyły się je nazwać, stawić czoło prawdzie i powiedzieć „koniec z tym”.