Tagi

Tej notki miało wcale nie być.
Na

Jägermeister & Rammstein Night

wybierałam się co prawda z rosnącą od paru dni pewnością, mimo wielu argumentów na „nie” (tego samego dnia: kontrolna spirometria, plus wizyty u alergologa, okulisty i dentysty, oczywiście każda w odległym punkcie Krakowa).
Jakoś udało mi się więc przekonać samą siebie, że dam radę i bawić będę się mimo wszystko – świetnie.
Tak więc trochę po 23ciej, zrobiona na bóstwo, gotyckie rzecz jasna, z naładowaną na full pamięcią aparatu fotograficznego, zjawiłam się w bramie przy Sławkowskiej 12 i po jej przekroczeniu zrozumiałam, że z realizacją wszelkich zamierzeń może być ciężko.
Już u szczytu Jazzowych schodów dopadła mnie bowiem fala parnego gorąca buchającego z klubu, z temperaturą tak na oko o 15’C wyższą niż milutki chłodek na zewnątrz.
Klub znany jest z panującego wewnątrz upału, jednak po długo oczekiwanej przegranej sierpniowych tropików ze złotą polską jesienią ten nagły do nich powrót wydał mi się nie do przyjęcia i nie do zniesienia.
Z kompletnie durną nadzieją spodziewałam się więc, że może będzie duszno i gorąco – ale nie aż tak.
A było, kurna „aż tak” i to zdecydowanie.
Co prawda nie można było się dopatrzeć potu uczestników zabawy, spływającego strugami ze ścian, jak zdarzało się w jednym z katowickich klubów, jednak warunki były i tak ekstremalne.
Szkła moich okularów zaparowały natychmiast i zmuszona byłam przecierać je mniej więcej co kwadrans (dzięki, Magda z Uszkami, za użyczenie do tego celu Twojej kwiecistej spódniczki, moje koronki i falbanki kompletnie się do tego nie nadawały ❤ )
Kiedy nie pomagał lód, sukcesywnie dosypywany do piwa (brawa dla baru) ani wkładanie głowy pod kran z zimną wodą – wybrałam rozwiązanie jeszcze bardziej hardkorowe, mianowicie postąpiłam podobnie z satynową bluzką.
Dwa razy.
W kibelku (dzięki dziewczyny za chwilowe zablokowanie drzwi) przepłukałam ją w zimnej wodzie i po lekkim wykręceniu założyłam z powrotem.
Ulga była niesamowita 😀
Tylko dzięki temu udało mi się poszaleć na parkiecie, fundując tańczącym darmowy prysznic podczas machania włosami, ale jakoś nikt nie narzekał.
Kiedy jeszcze udawało mi się utrzymać w bliskiej odległości od wylotu nawiewu nad parkietem – było po prostu bosko.
Moja stopa zapomniała o zwichnięciu, a buty, przecudnej, kwiecistej urody i na sporej platformie okazały się super-stabilne, wygodne i doskonale mieściły elastyczny stabilizator na staw skokowy.
Kiedy jednak wracałam do stolika – czułam wyraźnie, jak temperatura niebezpiecznie wzrasta, a wraz z nią moja chęć dokumentowania imprezy maleje do zera.
I dlatego nawet nie pomyślałam o wyjęciu aparatu z torebusi, choć tak pieczołowicie go w niej upakowywałam przed wyjściem.
Całą swoją energię skierowałam na to – by przetrwać, by przeżyć 😉
A jak przy okazji bawić się radośnie i beztrosko – to już w ogóle super.
No i okazało się – że to możliwe.
Kto i w jaki sposób pomógł mi w tej radości i beztrosce, kto podkręcił nastrój zabawy – o tym niżej.
I to dla Was, moi kochani, ta notka, ta opowieść.
Bo tak naprawdę, kiedy nad ranem, umęczona do granic żegnałam się już z wszystkimi, usłyszałam wesołe „i co, będzie notka w blogu, prawda?” Mikołaja.
I zgodnie z prawdą odpowiedziałam – wiesz, raczej nie, było tak gorąco, że nie miałam nawet siły wyciągnąć aparatu…
– No właśnie, nie widziałem, żebyś robiła zdjęcia…
Nie robiłam, w tej duchocie okazało się to ponad moje siły.
Ale kiedy dotarłam do domu i stałam już pod cudownie kojącym, chłodnym prysznicem, zaczęły mi się przypominać wszystkie fajne imprezowe sytuacje, zabawne i słodkie wydarzenia… i dotarło do mnie, iż nie chcę, by tak całkowicie przepadły w mroku zapomnienia, bo warto je zapamiętać.
Warto je opisać, po prostu powinnam to zrobić – i za wszystkie podziękować Wam, kochani, bo są Waszą zasługą ❤

Tak więc, na chwilę przed północą, z trudem oddychając powietrzem gorącym i wilgotnym, jak w dżungli, zaczęłam przebijać się przez zwarty tłum w Jazzie, z każdą chwilą tracąc nadzieję na dojrzenie w nasyconym parą wnętrzu znajomej twarzy… ale jednak już na wysokości baru usłyszałam radosne „no hej, Drzo!!!”
Zabijcie, ale nie przypomnę sobie, kto okazał się moim wybawicielem.
Wielkie więc sorki za moją sklerozę, kochana osobo, płci męskiej (to zapamiętałam) która po rytualnym wyściskaniu skierowałaś mnie wgłąb, za didżejkę, gdzie, jak powiedziałaś, siedzą „nasi”.
Tam od razu rzuciła się na mnie Katrina i gdy tylko zaczęłam rozglądać się za miejscem do posadzenia tyłka – to oczywiście okazało się, że w zapchanym do granic klubie znajdzie się krzesło dla mnie, zależy rzecz jasna, kto szuka 🙂
Dzięki, Kasieńka
Cieplutko do swojego stolika przyjęły mnie 2 Agnieszki, Magda z Uszkami i Kamil.
Dzięki Wam, drodzy, spędziłam niezapomniane chwile na rozmowach nie tylko o imprezowych planach – ale i na odwieczne babskie tematy o włosach, tatuażach czy cyckach – a także o zaletach ducha i ciała naszych męskich ideałów, o naszych targetach i dlaczego facet z długimi włosami jest najzajebistszy pod słońcem 😀
Udało się nam nawet zorganizować grę towarzyską pt „znajdź najbardziej seksownego faceta na parkiecie, opinię uzasadnij” 😛
Magdzie zaś najgorętsze dzięki za cierpliwe i wielokrotne podawanie mi torebki, której spodobało się notorycznie spadać pod kolumnę koło didżejki.
I to nie było żadne szast prast i po wszystkim, tylko zorganizowana akcja ze świeceniem komórką i odwalaniem góry ciuchów, które torebusię przykryły, jakoś same z siebie tak 😉
Agnieszka M. natychnęła mnie zaś do popróbowania obecnego w barze piwa Behemoth.
Zamówione przez nią ciemne niemal zabiło mnie goryczą, ale jasne, szczególnie, że przelane do cudniastego kufla z grubego szkła (pozdro dla Pana Barmana Adama) okazało się znośne, jednak nie całkiem w moim typie.
Ale z dosypywanym co chwilę lodem – naprawdę OK 😉

Szybko okazało się, że co chwilę w ciemnym i zapchanym ludźmi wnętrzu – jakaś kochana mordka zauważywszy mnie biegnie w moją stronę z wyciągniętymi ramionami.
A to Karmelek, a to Ania czy Paulina, Matylda, Nadia czy Marzena… choć warunki bojowe temu nie sprzyjały – to udało się mi także wypatrzyć Jurka czy Człowieka-Ramoneskę 😉
Uścisk Wilka będę pamiętać długo, moje żebra także ❤
Darkowe przywitanie także, jejku, jak fajnie jest widzieć, że ktoś autentycznie cieszy się na Twój widok.
I muszę tu dodać, że ja cieszę się także – szczególnie z faktu, że po pierwszym niezbyt fartownym spotkaniu, jakiś czas temu na imprezie w Kitschu i kolejnych, też nie zawsze „bezkolizyjnych”, jeśli domyślacie się, o czym mówię – udało się nam dogadać i ułożyć nasze taneczne i wszelkie inne stosunki całkiem elegancko i miło 😉
Panie Darku, uważam pana za swojego kumpla – i to właśnie powiedziałam Adamowi w barze, o ile pamiętasz sytuację 🙂

Na parkiecie, podczas tanecznych wygibasów, z piskiem rzuciłyśmy się sobie w objęcia z Anią L, moja kochaną byłą uczennicą.
Ale nie było to jedyne tej nocy spotkanie nauczyciel-uczeń.
Przy barze „dopadł mnie” Uli ze swoim przystojnym towarzyszem, nie że Uli nieprzystojny, ale do jego urody miałam czas przywyknąć przez lata współpracy matematycznej i nie tylko…
no i tego tyczyła właśnie nasza rozmowa.
We wzruszający sposób zostałam zapewniona, jak to super chodzić na lekcje do osoby, która nie tylko matematyki nauczy, i to w całkiem miły sposób, ale o życiu pogada, tak na poważnie całkiem, bo o najpoważniejszych na świecie problemach i dramatach.
I było jeszcze o możliwości zwierzenia się, zaufaniu, życiowej mądrości – ale szczegóły pominę, bo mi głupio… zawsze strasznie się wstydzę, jak mnie ktoś chwali ❤
I jak Cię nie kochać, Uli :*

No i muszę przyznać – totalnie, ale tak śmiertelnie całkiem rozwaliło mnie spotkanie z Willem.
Jeju, znamy się jeszcze z czasów Uwagi, więc wiecie, co to oznacza.
Kto szalał na Uwagowych imprezach, na tych wszystkich gothyckich i do nich zbliżonych, na Dark Pop Party, Insane Continent i Cathedral Voices, na ś.p. EP i CGNach, później w Indigo, Kartelu, Notabene, Kazamatach – ten zrozumie, w czym rzecz.
Bo my wszyscy, jak sądzę, czujemy się wyjątkowo, czujemy się naznaczeni gotykiem i ta wspólna przeszłość, choć niby jedynie imprezowa – łączy nas bardzo mocno.
To przecież nie tylko dziesiątki, czy może setki godzin na parkiecie. To dziesiątki rozmów, dyskusji, sporów, zwierzeń i rad.
Nawet, jeśli z niektórymi nie widywaliśmy się poza imprezami – to te rozmowy i tak zrodziły bliskość nie do przecenienia.
Znamy więc swoje radości i kłopoty, cieszymy się z sukcesów i martwimy problemami.
Nawet – jeśli nie jesteśmy w stanie pomóc, choć pomagamy naprawdę często i we wzruszająco naturalny sposób (wiem, sama tego doświadczyłam na swojej skórze ❤ ) to zawsze żywo interesujemy się zdrowiem czy sprawami rodzinnymi.
I właśnie na takie wspomnienia nas z Willem naszło.
No i kochane chłopisko przytargało z baru kielonki z wiśnióweczką dla opicia tych lat znajomości, mojego zdrowia (podobno żelaznego, było coś o egzoszkielecie zamiast starczego balkonika) i cobym sobie poradziła z całą swoją długą, nieustannie zresztą rosnącą, listą chorób.
I ogólne „żeby nam się” 🙂
I wychłeptaliśmy w tej intencji smakowity napitek do dna – całym przystolikowym towarzystwem.
Więc „żeby nam się”, kochani ❤
Dziękuję Wam wszystkim, także tym, o których w notce nie wspomniałam, za czwartkową noc, za wszystkie nasze imprezy, te byłe i te przyszłe.
Za to, że wciąż tak ogromnie super jest mi widzieć Wasze kochane pyszczki, i jak się cieszą na widok mojego.
No i teraz, w piątkowy wieczór, wznoszę toast – ze względu na totalną zombiakowatość, jedynie mineralką – za nas, „żeby nam się”.

Gorące więc pozdro dla wszystkich tygrysków i reszty wczorajszych po-ramsztajnowych zombiaków ❤