Tagi

Wczoraj na fb natknęłam się na rozmowę na temat tego oto wykonu:

Pojawiły się zarzuty, że dramatyczny aranż (B), że odebrano utworowi całą jego moc (K), że go praktycznie wykastrowano (B) i jak można było tak sknocić ten utwór (K).
I z tymi argumentami nie sposób się nie zgodzić, stylistyka, której uparcie hołduje pani Górniak, a w tym akurat wykonaniu jej cechy zdają się wręcz zwielokrotnione – ta stylistyka zupełnie mnie nie rusza, wywołuje nawet grymas niesmaku.
Ten trywialny popik z irytującym przerostem ambicji nad możliwościami, szczególnie wokalnymi.
Plus cała ta groteskowa poza, połączona z gimnastycznymi wygibasami, zarzucaniem włosami i spojrzeniami wprost w kamerę – no po prostu żenua.
Kiedyś jednak, ale to musiało być naprawdę bardzo dawno, odnosiłam wrażenie, że Edyta Górniak ma coś na kształt głosu, głos posiada coś na kształt barwy i naprawdę sporą skalę.
Dziś nabieram pewności, że kobita robi wszystko, coby te warunki głosowe zamaskować, barwę i skalę ukryć – dobierając odpowiednio, czy raczej nieodpowiednio repertuar i styl.
Mogę więc wybrzydzać, że banał, pop, poza, śmieszność i ogólnie żadna muzyka, a na pewno nie moja, że genialny kawałek został pieczołowicie zmasakrowany, zmielony i wypluty w formie, jak dla mnie, zupełnie nie do przyjęcia.
Natomiast nie wpadłabym na to, żeby zarzucić wokalistce – że jej wykon jest „daleki od oryginału”.
Że różni się od niego i ma inny klimat.
Bo akurat to nie w tym rzecz.

Kiedy dyskutanci zaczęli wysuwać swoich kandydatów na idealny ich zdaniem cover tego utworu, pojawiały się opinie typu „za mocno agresywny podkład, dykcja taka sobie i ucieka w tło, zagłuszana muzyką” (N) czy w innym wykonaniu „brak mocy w głosie, płasko zaśpiewane” (A)… albo pochwały przesterowanych gitar i „dodatkowego kopa” – to z takimi argumentami mogę dyskutować, bo generalnie tyczą one techniki wykonania, mankamentów i niedoskonałości brzmienia instrumentów i wokali… ewentualnie stylu, który się podoba lub nie, albo trafia i porusza czułe struny – albo nudzi czy zniesmacza.
Kiedy jednak słyszę, że „wokal za bardzo progresywny, zupełnie daleki od oryginału” (A) – to sorry – taki argument nie może mnie przekonać.
Chodziło o moją coverową propozycję:

W tym wypadku nie jest najważniejszym, że kocham Gemini Abyss i wokal Klaudii.
Rzecz w tym, na ile istotne jest oddanie, czy też oddalenie się od klimatu oryginału.
Uważam bowiem, iż to, że wokal Klaudii Woronieckiej brzmi zupełnie inaczej, niż oryginalny – to wcale nie zarzut.
Klaudia ma własny pomysł na ten utwór i konsekwentnie go realizuje.
Można dyskutować o tym, czy sposób, w jaki to robi trafia w serce (w moje celuje wprost idealnie) czy też nie, można marudzić nawet, że komuś wersja łagodniejsza, z mniejszą ilością metalowego pierdolnięcia pasi bardziej (mnie pasi ta z pierdolnięciem oczywiście).
Ale podobieństwo do pierwotnej wersji?
A jakież to ma znaczenie? Od kiedy to wykonanie odbiegające od niej ma być z definicji gorsze?
IMO o wiele gorsze jest ślepe naśladownictwo, bo taki cover jest trywialny i bezcelowy, bo coverowanie utworów to nie zawody w dyscyplinie, kto zagra i zaśpiewa w sposób najbardziej zbliżony do oryginału, prawda?
(Właśnie w ulubionym radiu usłyszałam „Ain’t No Sunshine” tak przepięknie wygrowlowane, że serce rośnie 🙂 )

Tak więc Górniakowa wersja „Alei gwiazd” jest straszna ze wszystkich możliwych powodów, jednak poza „niepodobieństwem do oryginału”.
Jej pomysł na wykon, o ile w ogóle istnieje, to po prostu kupa śmiechu. Tragikomedia i farsa.
Estetyka, sama w sobie nieprzekonująca, w tym akurat utworze sprawdza się, jak bita śmietana dodana do śledzi w occie.

Wydaje mi się bowiem, że utwory w rękach coverujących je muzyków są jak glina, z której każdy może ulepić coś innego.
Może nadać kawałkowi zupełnie inne brzmienie, absolutnie inny klimat, ale może zarówno zrobić to na zapierający dech sposób – jak i spierdolić po całości.
Gemini Abyss uczyniło to wg pierwszej, Edyta Górniak – drugiej recepty.

Oczywiście, pewnie są też takie utwory, można by rzec – ikony w kanonie muzyki wszech czasów, do których lepiej się modlić, niż myśleć o coverowaniu 😉
Wydają się tak „idealne”, tak niesamowite i czarodziejskie, że porywanie się na cover zdaje się zadaniem z góry skazanym na klęskę.
Wyczarowanie czegoś trafiającego mocniej, niż oryginał, może stać się wyzwaniem ponad siły muzyków.
Ale co zaszkodzi spróbować, prawda?
Pani jednak, pani Edyto, serdecznie dziękujemy 😉