Tagi

Sierpniowa fala śmiertelnych upałów, a co za tym idzie, przymusowe, jak dla mnie, zabunkrowanie w mieszkaniu na kilkanaście dni pod rząd – zapowiadane było już wcześniej.
Wizja tego zabunkrowania zaowocowała desperackim rzutem na taśmę.
Czyli – jeśli nawet nie miałam czasu na przechadzkę z aparatem, to brałam go ze sobą na zakupy, fociłam po drodze od lekarza, na badania itepe.
Oto więc dokumentacja fotograficzna tych przed-upałowych spacerów:

Zaraz za rogiem Orawskiej i Krasickiego


za pięknie odremontowanymi starymi kamieniczkami….


w głębi uroczego podwórka….


za eleganckim murkiem, klombem i drzewami… widzicie tę walącą się ruderę?


Wejścia na Planty Floriana Nowackiego z tej strony strzeże kapliczka… nawiasem mówiąc ani raz nie słyszałam, żeby ktoś używał takiej nazwy, mówi się i mówiło „planciki” albo „nasz park”; pamiętam, jak spędzałam tam calusieńkie dnie, ładnych parę lat pod rząd, gdy mój syn był mały – z podobnymi do mnie kilkoma młodymi mamusiami (i tatusiami, jak najbardziej 🙂
Nasze kilkugodzinne, codzienne posiadówy… od wiosny do późnej jesieni, zimą też, tylko trochę krócej… z głębokimi, potem spacerowymi wózkami… później dzieciaki na BMXach, z wiaderkami do piaskownicy, z piłką, wreszcie deskorolką.
Nasz wspólny parkowy czas zaowocował bliskością już poza parkową, z trzonem naszego plancikowego stowarzyszenia mam kontakt do tej pory, choć większość osób się wyprowadziła i jedynie ja zostałam na Starym Podgórzu. Podobnie moje dziecko nadal utrzymuje znajomość z ich dziećmi, z towarzyszami swoich dziecięcych zabaw i pierwszymi poważnymi przyjaciółmi.


Po drugiej stronie ulicy, tuż obok tej pięknej kamienicy, do tej pory mieści się jakaś przychodnia czy poradnia. Tam, ćwierć wieku temu, pielęgniarki przemywały mojemu małemu synkowi rozbite łokcie i podrapane kolana, tu chyba udało mi się uwiecznić stary szyld nad zakratowanymi oknami:


Nie przypominam sobie, żebym w owych czasach zwracała najmniejszą choć uwagę na te cudne ornamenty:


Raczej pilnowałam, żeby moje dziecko znowu nie spadło z drzewa, co zdarzało mu się wcale nie tak rzadko 😉


Urodę domu, ukrytego za tym drzewem, dostrzegłam dopiero wtedy, gdy już nie musiałam mieć „oczu dookoła głowy” i nieustannie pilnować choćby tego, czy mój sprytny synek nie postanowił kolejny raz sprawdzić smaku jakiegoś kolorowego chrząszcza ewentualnie psich, ekhem, odchodów 😛



Wróćmy do teraźniejszości 😉 W pośpiechu mijam ulicę Celną obiecując sobie, że w powrotnej drodze obfocę ją dokładniej od strony Wisły.


Powrót z Placu Bohaterów Getta obfotografowałam znacznie dokładniej, począwszy od narożnej kamienicy z Apteką Pod Orłem, do której od zawsze mam sentyment, ze względu na nazwę.
W Tarnowie, moim rodzinnym mieście, mój tata lata całe prowadził Aptekę Pod Aniołem w rynku, już niestety nie istniejącą, zaś mama pracowała w Aptece Pod Koroną, przy Krakowskiej, mniej więcej naprzeciw kościoła Misjonarzy. To moim rodzicom zawdzięczam swoje zainteresowanie chemią i wszystkim, związanym z „aptekarstwem” i farmaceutami 😉


Wystarczy przyjrzeć się dokładniej, by dostrzec w zwyczajnej kamienicy zupełnie niezwyczajne elementy, którymi przyozdobiono wszystkie 5 okien na najwyższym piętrze 😉



Matko, co ja miałam z tym kotem… w życiu nie trafiłam na tak niesfornego modela 🙂 Nie chciał ustać nieruchomo nawet przez ćwierć sekundy, cały czas się łasił, ocierał o stopy i próbował wspiąć po spódnicy do góry. I wszystkie ujęcia wyszły rozmazane….


Na Józefińskiej, naprzeciw miejsca, gdzie toczyłam skazane z góry na klęskę negocjacje z tym upartym czarnym kocurkiem, znajduje się przepiękny budynek niedawno odnowionej Kasy Oszczędności.


No i nagle, zaskoczona na milion procent, trafiam na miejsce, o istnieniu którego nie miałam nawet pojęcia.
Niech mi moją ignorancję wybaczy Moja Ukochana Dzielnica, choć na jej miejscu strzeliłabym focha jak stąd do Mgławicy Oriona, mniej więcej 😉
Mieszkam tu TYLE lat – i nic, jejku, strasznie się wstydzę….
Najpierw dostrzegłam ten mural – ależ się nałaziłam szukając miejsca, z którego byłby widoczny w całości zza parkujących samochodów.


Potem znalazłam się w miejscu, którego uroda mnie zdumiała – ten nadwiślański skwerek wydawał mi się wprost zaczarowany, z otwartą paszczęką kręciłam się wkoło, focąc wszystko jak popadnie, aż widoczny pod latarnią pan ochroniarz z depeszowym gniazdem na głowie grzecznie mi się ukłonił 😀


Za moimi plecami promienie późno-popołudniowego słońca odbijały się w falach Wisły i czyniły kłódki na kładce Bernatka jeszcze bardziej błyszczącymi…

a przede mną prezentowała swoje wdzięki jedna z najpiękniejszych nadwiślańskich kamienic:

I wszyscy się na mnie gapią, dziewczyna śmieje się szeroko a jakiś turysta zamiast kamienicy postanowił uwiecznić mnie, cóż za marnotrawstwo pamięci w aparacie 😉


Tu urzekła mnie kompozycja ścian i dachów, zdjęcia ulicy, prowadzącej pod sporym kątem w dół niestety się nie udały 😦


Tu znowu zachwyciły zdobienia nad oknami…


A tu – czarodziejski ogródek położony poniżej poziomu ulicy:


Od zawsze zachwycał mnie rząd kamienic przy moście Piłsudskiego.

I znowu widok z góry:


Spacer powoli się kończy, nic nie zapowiada atrakcji, które wciąż przede mną 😉

I kolejne podgórskie schodki, uwielbiam ich toporną urodę:


Idąc ulicą Kalwaryjską nie mogę oprzeć się pokusie zaglądania w każdą niemal bramę:

zajrzenie w tę skutkuje… chwila, zaraz opowiem 😉

na razie rozglądam się po dobrze znanym podwórku:

Pod ciekawą kompozycją płaszczyzn dachów widnieje szyld wypożyczalni video, z której korzystałam długie lata, póki nie przestawiłam się na filmy online:

Zanim opuszczę to miejsce wychodząc z drugiej strony, na ul. Rejtana i mijając pomarańczowe plastikowe krzesło ciekawie komponujące się z kolorowymi kubłami na śmieci, stoczę potyczkę słowną z jakimś klientem baru, napychającym się frytkami pod czerwonym parasolem.
Jak łatwo sprawdzić – ani bar, ani klient nie są widoczni na moich zdjęciach, a parasol jedynie z daleka, jednak pan ubzdurał sobie, że to właśnie on, we własnej osobie, jest obiektem mojej fotograficznej ciekawości i poderwał się znad talerza frytek.
Nie reagował na zapewnienia, że nie ma go na żadnym ujęciu, nawet z daleka, że chętnie zademonstruję mu wszystkie fotki uczynione na tym urokliwym podwóreczku. Wciąż przeżuwając powtarzał w kółko „ale ja sobie nie życzę, nie życzę być fotografowany!!!! Ja sobie nie życzę!!!! Proszę mi nie robić zdjęć!!!!”
Nie pomogła nawet moja ironiczna uwaga w rodzaju „naprawdę pan sądzi, że z wszystkich tu widocznych ciekawych zaułków, miejsc, dachów, budynków i budyneczków – wybrałam na modela akurat pana? Chyba przecenia pan swój urok…”
Co nie zmienia faktu, iż nagle dotarło do mnie wtedy, że moje niewinne hobby może stać się przyczyną konfliktu, napaści słownej i być może nie tylko słownej, postanowiłam więc od tej pory mieć się na baczności 😉


Fotkę temu uroczemu buraskowi zatem robiłam z duszą na ramieniu:

A nuż ktoś mnie opierniczy – że focę jego mieszkanie? Albo może sobie NIE ŻYCZY, żeby fotografować Mruczka?
A jak się temu oprzeć, skoro Mruczuś był wyraźnie mną zainteresowany 🙂


jeszcze rzut okiem za siebie:

i oto przed moimi oczami bardzo gotyckie miejsce, szkoda, że promienie słońca czynią go nieco mniej tajemniczym i mrocznym, jakim wydaje się być nocą….

Nie macie pojęcia, jak mocno biło mi serce podczas skradania się wokół tego obrośniętego winoroślą domostwa… bo zza otwartego okna dochodził szczęk naczyń i głośna wymiana zdań, zupełnie, jakby podczas rodzinnej kolacji wywiązała się jakaś ostra dyskusja – a wtedy osoba postronna, napatoczywszy się nieszczęśliwie, może stać się ofiarą wyładowania emocji każdej ze stron 😉


Mój ukochany most Retmański w promieniach powoli zachodzącego już słońca:


Jeszcze kilka kroków wzdłuż murku nad Wilgą:

i w dalekiej perspektywie majaczy już Poziomkowa Polana, jestem już w domu.
Choć tak naprawdę to wcale go nie opuściłam, prawda? 🙂