Tagi

Kiedy byłam młodą dziewczyną, takie sytuacje zdarzały mi się nagminnie.
O kilku najbardziej dramatycznych, wręcz tragicznych, już opowiadałam, czas wspomnieć o tych, które zakończyły się względnie szczęśliwie, z których wyszłam prawie bez szwanku, nie licząc poczucia poniżenia i upodlenia.
Byłam chudą nastolatką, trzydziestokilkulatką także, bez owijania w bawełnę – raczej płaską, ubierającą się jak szara myszka. Nieśmiała, wycofana, małomówna.
I jakoś mnie to nie ochroniło.
Ile razy, czerwona ze wstydu, przepychałam się w zatłoczonym autobusie, żeby uciec przed czyimś „przypadkowym” dotykiem, przed ciałem, które przyklejało się do mnie i ocierało o mnie obrzydliwie.
Ile razy na ulicy przyspieszałam kroku i wtulając głowę w ramiona uciekałam przed jakimś chamskim komentarzem… pamiętam podły tekst na temat skutków „dawania dupy”, rzucony mi w twarz przez jakiegoś starszego faceta, gdy cała szczęśliwa, w ósmym miesiącu ciąży, spodziewałam się narodzin gorąco wyczekiwanego dziecka.
Pamiętam, gdy kilka lat wcześniej w pociągu, wiozącym mnie do mojego rodzinnego Tarnowa na przerwę międzysemestralną, przyczepił się do mnie jakiś obleśny gość w średnim wieku.
Na jego zaczepki odpowiadałam niegrzecznym odburkiwaniem – ale to nie pomogło.
Przysiadał się tuż obok, przyklejał do mnie, próbował objąć.
Podniosłam głos – zero odzewu, także od współpasażerów, a pociąg był składem takim bez przedziałów i wcale nie był pusty,
Wyrwałam się, wzięłam podróżną torbę i ruszyłam wzdłuż wagonu szukać pomocy.
I jak sądzicie, skutecznie?
Nikt, ale to, kurwa, nikt mi nie pomógł.
Byłam przerażona, czułam się osaczona i w poważnym niebezpieczeństwie, płacząc tłumaczyłam każdemu po kolei, co się dzieje – i wszyscy odmawiali pomocy.
„Bo musiałaś go jakoś sprowokowa攄jakbyś się inaczej zachowywała toby się to nie zdarzyło” słyszałam.
I od grupki chłopaków: „Ale o co chodzi? Uderzył Cię? Nie? No to co sie czepiasz człowieka, facet jest facet, czasem musi sobie pogadać hehehe…”
Kiedy próbowałam się przysiąść do jakiejś kobiety – ta wręcz odpędziła mnie, kazała się wynosić, bo ona jest tu z dzieckiem, a „przez tę sytuację” narażam także i jego.

Tę historię optymistycznie zaliczam do grupy wydarzeń o szczęśliwym zakończeniu, ale nie do końca.
Bo ten drań mnie dopadł.
Zanim wysiadł na którejś ze stacji – zmusił mnie do pocałunku, z całej siły trzymając za ręce.
Szamotałam się, próbowałam krzyczeć – i jak pomogli mi inni pasażerowie?
„Cicho tam, bo mi dziecko obudzisz!!!!”„No daj mu dziewczyno wreszcie, bo chyba się zakochał, ha ha ha !!!!!”
Wymusił też podanie imienia, adresu i telefonu domowego.
Jasne, wszystko zmyśliłam, nie zająknęłam się nawet, kiedy patrząc mu prosto w oczy powtarzałam te dane na jego żądanie.
Kiedy wreszcie zniknął gdzieś na peronie, próbowałam jakoś się uspokoić i pozbierać. Nie było to łatwe – nieliczni pasażerowie patrzyli na mnie z politowaniem, albo uśmiechali głupawo i coś tam do siebie pogadywali.
Nikt, słownie NIKT nie zainteresował się, nawet pewnie nie podejrzewał, w jakim byłam stanie, że pierwszą reakcją po wyjściu na peron tarnowskiego dworca był rzyg, solidny i wyrywający płuca.
I tak do rana.

Więc myślę, że niektórzy faceci to debile.
Bo problem tkwi w tym, że nie potrafią/nie chcą sobie wyobrazić, jak bardzo zaczepka, w ich pojęciu zabawna i dowcipna – jest w stanie podziałać na kobietę.
Jak bardzo może urazić, obrazić, upodlić i poniżyć.
I przede wszystkim – jak bardzo jest w stanie wystraszyć.
Żaden kretyn, jeden z drugim, nie jest w stanie pojąć, co się wtedy dzieje w głowie dziewczyny, jakie mechanizmy się wyzwalają.
Ze czuje się jak zwierzę, zagonione w pułapkę, osaczone pod murem, bez wyjścia, bez ratunku, nagie przed plutonem egzekucyjnym czyichś obraźliwych słów i palców.
Czasem mam wrażenie, że wyobraźnia żadnego z tych idiotów w te rejony nie sięga.
Bo po co, prawda?
Ileż fajniej jest pławić się we własnych słowach, w samozachwycie dla własnego super-kawału.
Czasem myślę nawet, że że autor zaczepki wie doskonale, co poczuje kobieta – i właśnie ten wstyd, poniżenie i strach go jarają.

I niestety nie ma na to jakiegoś super sposobu.
Bo jasne, ignorować chamskie zaczepki można, za cenę stresu i gotowania się wewnątrz – o ile ignorowany nie weźmie tego za zachętę i nie posunie się dalej.
I nie wierzę też, że jest jakaś super uniwersalna odzywka, idealnie-gasząca-odpowiedź – na jednego podziała, innych rozjuszy.
A do każdego chama nie będę doskakiwać z gazem, raczej.
IMO – idealnym rozwiązaniem i jedynym sposobem jest wzrost świadomości społeczeństwa, bezapelacyjny brak przyzwolenia na podobne sytuacje.
I jeszcze „tylko” to, żebyśmy kurna podnieśli wzrok wlepiony w te nasze wypasione ajfony, wyjęli słuchawki z uszu i rozejrzeli się wokół.
Bo może gdzieś, w zasięgu wzroku, w odległości dwóch kroków ktoś potrzebuje naszego wsparcia, naszej pomocy.
Słów „ej, odpierdol się od niej, ok?” „chwila, o co chodzi, ten gość Cię zaczepia?” , tylko tyle.

I błagam, nie mówcie mi, że takie zaczepki to „tradycja gier męsko-damskich” bo obrażacie inteligencję i moją, i Kruczej.
Każda z nas bez problemu rozróżni uliczny podryw od molestowania, niezręczny nawet sposób wyrażenia zachwytu naszą, nazwijmy to skrótowo, kobiecością – a sytuacją, w której czujemy się poniżone czy wręcz zagrożone.

Nie jestem jakimś pieprzonym ortodoksem, świętojebliwą sfoszoną lalunią.
I niezmiernie ucieszyło mnie, rozbawiło i wręcz wzruszyło wyznanie, znanego jedynie z widzenia faceta, w wieku mojego syna mniej więcej, przy którychś z kolei pogaduchach podczas robienia zakupów w osiedlowym sklepie „bo Ty to wciąż fajna dupa jesteś”.
Piękne, nie? 😀
Natomiast gdyby w podobny sposób wydarł się za mną ktoś obcy, nagle, niespodziewanie, nie daj boże w ciemnej ulicy, w grupie jemu podobnych – na bank poczułabym się nieswojo.
Bo w takiej sytuacji nie znałabym kontekstu, nie znałabym autora/autorów słów, ani ich intencji, ani zamiarów.
Krzyk na ulicy nie wydałby mi się niczym fajnym – raczej by wystraszył.

I żeby była jasność w temacie przekraczania granic: nie tak dawno wracam sobie z zakupami z Lewiatana, obie ręce zajęte, bo z siatami. Za sobą słyszę jakieś podśmiechujki, w końcu mija mnie 2 obcych podchmielonych facetów. Zwalniają, oglądają się. Jeden mówi – może pomóc z zakupami? Drugi, dowcipniejszy „a dasz się złapać za cyce?”.
„Dziękuję, nie” odpowiadam z całą zimną pogardą w głosie, na jaką mnie stać.
Ten niby grzeczny zmienia ton „co, laluni w dupie się przewraca?” a drugi już wyciąga łapy w stronę mojego dekoltu.
W momencie, gdy już miałam się zamachnąć siatą albo nadepnąć letnim sandałkiem, jedno i drugie szczyt kretynizmu, ale w zaskoczeniu, więc się nie dziwcie – usłyszałam z tyłu zdyszane „ej, ej sąsiadka, co tu się odpierdala?” i wśród tupotu ciężkich wojskowych butów zrównał się z nami jeden z zaprzyjaźnionych, dzielnicowych, lekko zmenelonych, młodych ludzi.
Jeden z takich, co od dziecka grzecznie mi się kłaniają, wraz z upływem lat i rosnącym wiekiem próbują zaprosić na piwo nad Wilgę, napotkani na ulicy przez kwadranse rozprawiają o upadku muzyki metalowej albo o przepięknej mojej stylizacji gotyckiej.
Nieśmiało próbują wyłudzić nr komórki, ale nie zrażają się odmową, mimo widocznych braków w kindersztubie i wykształceniu zachowują się megaelegancko i szarmancko do potęgi.
I Mój Ulubiony Dzielnicowy Menel, raczej niemałe chłopisko, doskakuje do jednego z napastników i syczy mu prosto w twarz „co, jakiś może problem, kurwa, jest?”
I faceci odwracają się w mgnieniu oka i bez słowa odchodzą.
A Kwiat Ludwinowskiej Młodzieży uśmiecha się szeroko „oni to chyba zamiejscowi, bo my tu sąsiadkę znamy i nikt tknąć nie da. A wiesz, sąsiadka, jak tu na Ciebie nasi mówią?”
Uśmiecham się także „rany, wiem, wiem, jak pierwszy raz usłyszałam to normalnie padłam… no Balladyna 😀 ”
I śmiejemy się razem, że niby Balladyna, a w siatach nie maliny a chleb, ziemniaki i piwo 😉
Z tą Balladyną to autentyk – nie raz i nie dwa słyszałam, jak tak za mną wołają okoliczni różni tacy 😉 W przejściu koło apteki, na skwerku przy schodkach, w ulubionym miejscu do sączenia piwka często leci za mną takie pełne dumy „ooooo idzie nasza Balladyna”.
Żadnego chamstwa, żadnych wulgaryzmów z podtekstami erotycznymi, nic.
Tyle, że piękne czarne włosy i że to stąd.

Więc nie ma nic do tego feminizm, antyfeminizm, moda, bycie-prawdziwym-facetem ani wrażliwość, mniejsza czy większa – tu zwracam się do niektórych, pożal się boże, uczestników dyskusji, jaka rozpętała się pod postem Kruczej na fb. Sugerowali oni, iż (skracając) media wykreowały coś w rodzaju mody na feministyczne (albo jak chcieli inni antyfeministyczne) przewrażliwione użalanie się na zdrowe męskie zachowania, że każdy „niewinny” okrzyk za panną na ulicy skutkuje aferą, jakby się nie wiem co zdarzyło…

Nie jest rozwiązaniem ani milczenie pełne wyższości ani odszczeknięcie – bo nigdy nie wiesz na pewno, jaki będzie odzew.

Jedynym rozwiązaniem problemu jest sposób, w jaki będziemy reagować – my, świadkowie.
My – obok.
W ogóle BĘDZIEMY reagować.
Zauważać.
Manifestować nasz brak przyzwolenia, opierdalać napastników, mówić o tym głośno, krzyczeć.

Więc chamstwu, podłym i poniżającym komentom, prostackim zaczepkom, a szczególnie tym z kroplą choćby szydery czy groźby – moje stanowcze NIE.
Krucza – krzyczę razem z Tobą.
To przede wszystkim tekst dla Ciebie i niektórych Twoich, pożal się boże, fejsowych komentatorów.