Tagi

Wczoraj wieczorem, gdzieś przed 21, w srebrnym fiaciku z przyczepką, parkującym praktycznie pod moimi oknami – włączył się alarm.
Przeraźliwe wycie dobiegło do łazienki, gdzie właśnie się prysznicowałam, wyskoczyłam więc z wanny jak oparzona, bo pierwsze podejrzenie padło na komputer.
Że coś się w nim spsuło, teraz wyje, zaraz wybuchnie, no co, tak pracuje umysł blondynki po paru dniach upałów, bez upałów zresztą podobnie.
No to lete do komputera, wyje jeszcze bardziej, ale tknięta przeczuciem zamykam okno, to tuż za komputrem.
Wyje zdecydowanie słabiej, oki, więc to coś za oknem.
Ale kurna – co?
Umysł blondynki wypluwa z przepoconego wnętrza kolejne błyskotliwe myśli: może to syrena, jakaś rocznica jest, czy coś….
Przegląda kalendarz, no nie bardzo, poza tym rocznicowe wycie syren to tak góra 3 minuty, a tu mija kwadrans – i wciąż wyje.
Może więc alarm w sklepie, w pobliżu tylko Lewiatan, jeszcze czynny, raczej odpada… i parterowy budyneczek z urządzeniami chłodniczymi – ale nic nie miga, nie przyjeżdża żaden Justus ani Solid….
Kolejna hipoteza zweryfikowana i odrzucona, czas na przetestowanie następnej.
To musi być alarm w samochodzie, słychać tak głośno, że to raczej jakiś w zasięgu wzroku.
Na chodniku pod samym oknem stoją 2, troszkę dalej – dwa kolejne.
W żadnym nie błyska choinka świateł, jak to zwykle w wypadku, gdy włącza się alarm, wskazanie tego wyjącego nastręcza nieco trudności, szczególnie kiedy po prysznicu paraduje się już w uroczej koszulince i nie ma się siły ani na przebranie, ani na wyjście przed dom.
Ale z okna bacznie obserwuję otoczenie, tę podejrzaną czwórkę samochodów szczególnie i zauważam, że wszyscy przechodnie, jak jeden mąż, mijając taki mały z przyczepką przyglądają mu się jakoś podejrzliwie, o, jakaś grupka turystów się przy nim zatrzymała, obchodzi go ze wszystkich stron, zagląda przez szyby… dobra, to musi być ten.
I to jest, kurwa, najgorsze.
Bo doskonale znam właściciela.
Od lat pogadujemy sobie przyjaźnie, spotykając się w drodze na zakupy, albo gdy pan, siedząc na małym stołeczku, dłubie coś pod maską fiacika.
Pamiętam, jak Pan sprawił sobie nowe auto, wypasionego srebrnego merca jak marzenie, jak opowiadał o synu, dla którego przeznaczył poprzedni…
Mamy za sobą długie godziny ulicznych dyskusji o zabezpieczeniach przed groźbą powodzi i o odśnieżaniu, o urokach posiadania kamienicy (szczegóły tej rozmowy nieco mi się w pamięci zatarły, co będzie miało wpływ na rozwój wypadków) o likwidacji Poziomkowej Polany.
Mogłabym podać szczegółowy rysopis Właściciela Wyjącego Auta, mogłabym go nawet kurna narysować – ale nie mam pojęcia, jak się nazywa i gdzie dokładnie mieszka.
Gdzieś tam (tu gest ręką), na drugim końcu mojej ulicy.
Skupiam się więc na próbie ustalenia jego personaliów, telefonu – jakichkolwiek namiarów, żeby wyłączył tego wyjącego skurwysyna spod maski.

1.
Dzwonię do ex – czasem rozmawiali sobie z Panem o samochodach, chyba nawet proponował mu kupno tego poprzedniego, może ma do Pana telefon, wie cokolwiek?
Niestety, pudło, nic nie wie.

2.
Doznaję olśnienia – a czy Pan aby nie mieszka w tym bloku obok? (tu objawia się moja dziura w pamięci w związku z rozmowami o kamienicach)
Nawet, jeśli nie, to może ktoś z tego bloku skojarzy – wygląd Pana, dwóch samochodów, itepe.
Kogo znam z bloku obok? No oczywiście Madziulka, Madziulek już tam nie mieszka od pewnego czasu, ale sąsiadów pamięta, bankowo.
Dzwonię, już 22ga, Madziulek ma małe dziecko, pewnie je usypia – ale co tam. Cel uświęca środki.
Opowiadam – taka sytuacja, alarm wyje, pan wygląda tak, samochody tak – może coś wiesz?
Padają 2 podejrzane nazwiska, po głębszym zastanowieniu, dzięki logicznej kobiecej eliminacji zostaje jedno, pewności nie ma, ale to może być ten.
Zajebiście – ale jak to zweryfikować?
No i co, mam iść pod blok i krzyczeć „panie O., panie O., chyba alarm panu wyje?”
W bloku, w dawnym mieszkaniu Madziulka, jest jej mama, ale już śpi od dawna – wstaje do pracy przed czwartą….
Jest jeszcze siostra – ale wyjechała do Grecji, lato, wiadomo.
Ale co tam Grecja – jest fejs, napisałam na fejsie, że sytuacja, że alarm, pan, 2 auta – wiesz coś? I może masz namiary na takiego M., z tego samego bloku, mieszka nad panem O. i bankowo będzie wiedział – on to czy nie on.
Odpowiedź przychodzi szybko – niestety, siostra Madziulka nic nie wie w temacie – ani o panu O. ani o M.
Życzę jej dobrej pogody, fajnych wakacji i ponownie włączam myślenie.

3.
No przecież w necie jest wszystko – wpisuję w google nazwisko podejrzanego, ulicę, nr bloku Madziulka – i jest, wyskakuje jakaś firma z nazwiskiem O. właśnie.
I numer stacjonarny, oczywiście – nie mam pojęcia, czy aktualny.
Rzut oka na zegarek, jest już po 22, dzwonić do obcych ludzi to ryzyko, ale co tam, najwyżej mnie zjebią – ale przynajmniej zapewnię sobie i okolicy spokojny sen.
Bo wycie zaczyna mi już przewiercać mózg.
Dzwonię, kilka długich sygnałów, ale nie daję za wygraną, odbiera jakaś kobieta, miły głos, nie jest źle.
Wspinam się na najwyższe szczyty grzeczności, że straszne sory, że o takiej porze, ale chodzi o spokojny sen okolicy.
Bo jest sytuacja, auto wyje od godziny już ponad, próbujemy (liczba mnoga zawsze robi lepsze wrażenie) ustalić właściciela.
Tu opis auta.
Niestety, pani zaprzecza, jakoby miała mieć taki samochód, ale, kochana kobieta, woła do telefonu męża, może lepiej zna sąsiadów.
Odzywa się męski głos, także bardzo uprzejmy, więc precyzuję sytuację: szukamy pewnego pana, 2 auta, opis pana, opis aut, może coś?
Niestety, pan nie kojarzy nikogo takiego, myśli, kombinuje, dopytuje – ale nic.
Dziękuję po sto razy a po dwieście przepraszam, że pora, że przeszkadzam i spać nie daję, słyszę szalenie miłe zapewnienie, że nie ma problemu, pełne zrozumienie i życzenia powodzenia.

4.
W desperacji schodzę przed dom, nawet sukienkę na koszulinkę założyłam – tak, bankowo wyje to z przyczepką… spod maski rozchodzi się dźwięk, od którego zaczynają mnie boleć uszy…. rozglądam się bacznie, nikogo nie widać – stukam dłonią w maskę.
Mocno stukam.
Bardzo mocno.
I nic.
Stukam stopą, ale w kapciu, mogłam założyć glany, kurna, stopa mnie rozbolała, alarm wyje, super.
Wracam do domu.

5.
Dzwonię do straży miejskiej, czekam, czekam, nareszcie, opisuję sytuację temu głównemu dyspozytorowi płci żeńskiej, pani przełącza mnie na Podgórze.
Kolejne oczekiwanie, kolejne melodyjki w tle, w połączeniu z wyciem za oknem brzmią po prostu rewelacyjnie.
Tym razem – pan.
Więc znowu – sytuacja, alarm wyje jak cholera już ponad godzinę, nie udało się ustalić personaliów ani namiarów na właściciela, pół dzielnicy nie śpi, ratujcie.
Następuje dokładne wyłuszczenie – co straż może w takiej sytuacji.
Niewiele może.
Ale zadzwonią na Policję, oni na miejscu ustalą co i jak, po rejestracji auta może znajdą właściciela.
Ale jak jest zameldowany gdzie indziej – to niestety, ze znalezieniem będzie problem, trzeba będzie czekać na wyczerpanie akumulatora.
No zajebiście.
Tak czy owak – dziękuję, czekam.

6.
Usiłuję sobie wmówić, że wcale tak bardzo nie wyje, że słyszę dobrze dialogi serialu, który próbuję oglądać.
Gówno.
Wcale nie słyszę.
Piszę do Madziulka – że staram się pokochać to wycie, ale mi nie wychodzi…
Staram się też wypełnić sobie czas, z nadzieją czekając na przyjazd policji.
Piszę do F., który czasem bywa w okolicy – ale dziś akurat nie, niestety.
Ale to może lepiej, bo chciałam go namówić na złamanie prawa. Włamać się pod maskę samochodu, rozłączyć jakieś kabelki – żeby przestało wyć, tu opis sytuacji.
Mam śrubokręt, młotek, siekierę, igłę, nici, łopatę – może coś z tego się przyda do usunięcia tego wycia?
Albo usunięcia auta…
Rozważamy użycie jakiegoś małego zgrabnego granatu, najlepiej różowego, podpowiada F.
Wtedy słyszę podjeżdżający samochód, zbiegam na dół – policja.
Podchodzę, tłumaczę, że to na moje wezwanie.
Panowie proszą o personalia i adres i czy zgłaszam zakłócenie ciszy nocnej, czy złożę zeznania i będę świadkiem.
Jak rany…
Och, absolutnie nie !!!!
Tłumaczę, że nie o to chodzi, że znamy się z Panem z widzenia, że to szalenie miły i przyjazny człowiek, więc żadnych mandatów czy zeznań … że gdzieś tu niedaleko mieszka, próbowałam na chybcika ustalić gdzie – ale się nie udało.
I nie znam oczywiście nazwiska.
Chodzi tylko o to – żeby przestało wyć, bo zaraz tu oszalejemy, a na zaśnięcie zero szans.
Policjanci także są szalenie mili, obiecują, że zrobią, co w ich mocy, bo faktycznie dźwięk niesie się po okolicy tak mocno, że podjeżdżając nie mieli pewności, skąd dochodzi… że rozumieją, po upałach każdy chce wywietrzyć – a tu trza okna pozamykać szczelnie, bo o spaniu nie ma mowy… i powtarzają, że zrobią wszystko, czyli ustalą personalia i adres właściciela, ale jeśli tam go nie będzie, jeśli tam nie mieszka, wyjechał, cokolwiek – to niestety, nadzieja w akumulatorze, co się wyczerpie w końcu…

Pozwalam sobie na żart, że gdyby nie pora (dochodzi 23) to zrobiłabym rundkę po ulicy wołając „miły panie od srebrnego Merca, włączył się panu alarm w fiaciku z przyczepką!!!” – a tak to w nich tylko nadzieja.
Policjanci wyjaśniają, że niestety, po 22 też nie bardzo mogą interweniować, ja dodaję dowcipnie, że mają moje pozwolenie, nawet błogosławieństwo, pożegnalne uśmiechy, wracam do domu.
Słyszę, że radiowóz odjeżdża, no tak, myślę sobie, spisali notatkę i mają to gdzieś… już widzę, jak będą szukać Pana po nocy, ech….

7.
Wracam do rozmowy z F.
Tłumaczę, że pomysł z włamaniem i granacikiem odpada, policja ma moje personalia, będę pierwsza podejrzaną na liście.
F. zdumiony: skąd się wzięła policja? Ty wezwałaś? aha…. (zdumienie podwójne)
No nieeeeee… to straż miejska sprowadziła policję? No nieźle, grubo się dzieje na dzielni, a mnie akurat nie ma 😛

Tłumaczę podłamana, tak, to ja, jam to uczyniła, i że straż, i że policja, a F. dowcipkuje, że jedyna korzyścią z mojej akcji to pewnie będzie mandat za zakłócanie ciszy nocnej.
I chyba, żeby mnie pocieszyć, zmienia temat na jakieś plenerowe piwko w okolicy, ja dodaję, że jasne, strój ochronny i maska przeciw komarom, wtedy się wybiorę, i chcę jeszcze dowcipnie skomentować, że w sumie czemu nie, od dziś mam znajomości w SM i w Policji – kiedy nagle zachodzi zmiana w polu mojego słyszenia.
Zapada cisza.
CISZA.
Tak nagła i boleśnie piękna – że aż mnie zatyka.
W konwersacji z F. pojawiają się moje zachwyty:

Biegnę do okna, wyglądam, i relacjonuję dalej:
Matko, ten facet przyszedł, policja musiała go namierzyć, kurwa, już po 23ciej – a jednak to zrobili, jutro lete z kwiatami na Zamojskiego*.
I dodaję jeszcze:

Boże jak cicho 🙂
O matko.
Cudownie.

I któryś raz z rzędu tego wieczora schodzę na dół.
I następuje festiwal przeprosin – ja, że uruchomiłam straż miejską, i policję, że pewnie wyciągnęli Pana z łóżka, a Pan przeprasza – że wyło.
I opowiada o chęci wyjęcia akumulatora, ale skończyło się na zamiarze, bo burza… że alarm nigdy takich numerów nie robił, nie mógł – bo nie działał, tak twierdził poprzedni właściciel auta, a tu nagle, wziął i zadziałał, że jakieś zwarcie widocznie.
I że nie ma problemu, o budzeniu mowy nie ma, Pan jest nocnym markiem, tylko żona mu się trochę wystraszyła „patrz, policja do nas podjeżdża…”
Opowiedziałam o próbach namierzenia i ustalenia personaliów, pośmialiśmy się z tego trochę i wymieniliśmy namiarami, jak dorośli: uścisk dłoni, imię, nazwisko, adres.
Kolejny raz słyszę przeprosiny za wieczorne hałasy, potwierdzenie, że faktycznie dźwięk nieznośny… a ja jeszcze raz usprawiedliwiam swoją niekumatość w kwestii tego namierzania i jak bardzo mi głupio, że włączyłam do tego straż miejską i policję…
I myślę jeszcze, że Pan mieszka dosłownie 3 domy dalej i mógł nawet słyszeć to przeraźliwe wycie, ale nie przyszło mu do głowy, że to alarm w jego samochodzie, przecież w jego samochodzie alarm był zepsuty, prawda?

I jeszcze, że jakie to fajne, że w całym tym wieczornym wydarzeniu wszyscy zachowali się miło, sympatycznie, nikt nikogo nie opierdolił, a mógł… wręcz przeciwnie, każdy naprawdę starał się pomóc.
Madziulek, jej siostra, F., bogu ducha winny pan O. z żoną. i oczywiście Pan Właściciel.
A straży i policjantom się chciało, jakoś jednak się chciało, choć nie musieli, mogli spisać co trzeba, mandat wystawić i resztę działań olać.

Siedzę sobie teraz, okna otwarte na przestrzał i w mieszkaniu powoli opada temperatura.
Piszę relację z tej dzisiejszej akcji, słychać klik klik klak klawiszy, tyle, nic więcej, nawet żadnej muzyki nie włączyłam, że narozkoszować się ciszą.
Zza okna nie dochodzi żaden hałas, nawet ptaki umilkły po burzy, żadnego nocnego tramwaju na Kalwaryjskiej, wsłuchuję się w ciszę z nosem przy moskitierze, jakiś odległy szmer rozmowy, to wszystko.

Matko, jak cicho.



na Zamojskiego* – tam znajduje się nasz rejonowy, V Komisariat Policji w Krakowie.

PS. A dla Panów Policjantów – szczere i gorące podziękowania.
Bo tak sobie myślę, że w Krakowie to policja ma co robić – napaści, gwałty, rabunki, maczety… Więc w natłoku spraw o większym ciężarze gatunkowym jakiś wyjący alarm – to absolutnie drugorzędne, ale jednak … i za to właśnie chciałam podziękować ❤