Tagi

Wpis Edie na FB doczekał się już prawie 10tys lajków, niemal 2tys. udostępnień i 468 komentarzy.
I oczywiście, jakiś procent tych ostatnich to teksty złośliwe, prostackie, chamskie albo przynajmniej szukające dziury w całym.
Że hojność na pokaz, że dla lansu, że wzruszyć łatwo – ale naprawdę pomóc i rozwiązać problem to już nie… że historia zmyślona – plus „dowody”, że tak musiało być faktycznie.
Że nowobogacka maniera, że więcej przechwalania się niż o samej „kwiaciarce”.

A ja myślę, że Edie doskonale opisała to spotkanie, te parę chwil rozmowy ze staruszką i to, co działo się w jej myślach i sercu.
Kto umie czytać ze zrozumieniem, ten zrozumie, a kto kocha siać ferment – znajdzie jakiś szczegół i się do niego przyczepi.

Podobnie jak Edie uważam, że nie mamy szans na naprawę świata w sensie globalnym, nie pomożemy wszystkim potrzebującym. Chodzi jedynie o to – żeby mieć oczy szeroko otwarte i nie mijać obojętnie sytuacji, gdzie wystarczy jeden mały gest, kilka złotych, wyciągnięcie ręki.
Rozumiem, że nie każdy ma w sobie duszę samarytanina, co to wszystko poświęci dla innych, nie każdy może się stać wolontariuszem czy inną Matką Teresą, i od nikogo tego nie wymagam, ani nie oczekuję.
Ale są takie małe rzeczy, drobne sprawy – w których pomoc kosztuje nas tyle co nic.
Albo niewiele więcej.
Przeżyłam już tyle lat i zakrętów losu, że byłam już po obu stronach – tej wspomagającej i tej potrzebującej pomocy.
I jakkolwiek po Coelho-nowsku to zabrzmi, to jednak zaryzykuję stwierdzenie, że wszystkie dobre uczynki wracają do nas, wrócą kiedyś… te złe zresztą też, ale ja nie o tym … 🙂
Nawet, jeśli to nie będzie jutro, albo jeśli, wbrew mojej optymistycznej nadziei nie wrócą, to i tak warto.
Nie z powodu wiary w karmiczny rewanż, nie w przewidywaniu lansu czy dla podbudowania ego.
Tak po prostu trzeba.
To jest słuszne.
I jeśli niektórych z nas tekst Edie zmusił do pomyślenia o podobnych sprawach, do poanalizowania, choćby przez chwilę, swoich zachowań, priorytetów i nawyków – to znaczy, że spełnił swoją rolę.

PS.
Przed chwilą przeczytałam na fb, że znajoma dziewczyna zaopiekowała się znalezionym na ulicy bezpańskim, zabiedzonym i wystraszonym szczeniakiem.
Zadekował się pod samochodem, panicznie bał się ludzi.
A Anka „ciach go na ręce i do domu”, tak po prostu, bez zbędnego zastanawiania się i kwękania, że może nie, bo w domu małe dziecko, starszy pies i maleńki kotek, a ta znajda zapowiada się na spory egzemplarz, sądząc po potężnych łapach.
A Anka stwierdza z prostotą „jak tu nie wziąć takiego, jak się ma sposobność… zawsze można znaleźć mu dom, ale nie zostawiać na ulicy …”
Dla niej to oczywiste.
I o to właśnie chodzi.
Nikt od niej nie oczekuje, że z mety założy kocie czy psie schronisko, rzuci rodzinę czy pracę i zajmie się całodobowym dokarmianiem bezpańskich zwierząt.
Nie musimy latać po mieście w poszukiwaniu staruszek poszukujących pomocy.
Ale czasem kurna trzeba podnieść oczy, podnieść i spojrzeć wokoło, znad tych pieprzonych smartfonów/ajfonów/duperfonów, przerwać te kurewsko ważne pogaduchy i obczajanie fejsa/twittera czy innego socialszpeja.
Tylko tyle.