Tagi

ks4s.jpg

Camel to jedna z moich pierwszych muzycznych miłości.
Takich mocnych, prawdziwych, takich już na poważnie.
I choć, po latach, dzikie emocje nieco zbladły, to nasza relacja wciąż trwa i Camel ma swoje stałe, nieustająco ważne miejsce w moim sercu.
Duchowym ojcem tego związku był, jak łatwo się domyślić, Tomek Beksiński.
W moich zbiorach mam choćby zgrany z jego audycji warszawski koncert Camel z 1997, ten z udziałem dziewcząt z Quidam, wokalistki Emilii Derkowskiej i flecistki Ewy Smarzyńskiej we wstępie do suity „Harbour of Tears” … mam też wymiętoloną niemiłosiernie kartkę, na której usiłowałam sporządzić spis utworów z tego koncertu.
Ślady Camel pojawiają się wszędzie: na kasecie z Wielkiego Piątku z Tomkiem B. w zasadzie niemal na każdej innej, zgranej z jego audycji, od 1992 roku aż do końca zeszłego wieku…. niewykluczone, że jakieś pojedyncze utwory Camel nagrałam na magnetofonie szpulowym Aria, poprzedniku kaseciaka Diora.
Przeglądając mój sławetny niebieski zeszycik ze spisem nagranych utworów widzę, że nazwa „Camel” pojawia się co rusz.

Nie pamiętam, na ilu koncertach Camel byłam, niestety, możliwe, że nie zachowały się wszystkie bilety i inne pamiątki z lat 90tych zeszłego wieku, ale pokażę Wam, co mam 🙂
Wychodzi jednak na to, że byłam na Camelu tylko 2 razy, a sądziłam, że więcej….

camel97s.jpg

Pamiętam taki koncert Camel w latach 90tych, na którym byłam razem z Irkiem Białkiem, ale prócz koncertu było jeszcze jakieś spotkanie z zespołem, konferencja prasowa nawet.

ks3.jpg

Dzięki towarzystwu Pana Dziennikarza Akredytowanego załapałam się na to spotkanie i mam autograf Andy’ego na książeczce z tłumaczeniami Tomka tekstów ze „Stationary Traveller”.

ksiązes.jpg

autogs.jpg

Pamiętam zaskoczenie Andy’ego, takie wiecie, ooooo, no proszę, cóż to za rarytasy wydają w tym dzikim kraju 😉
A ja po prostu nie miałam żadnej płyty, coby ją podstawić do podpisania 😉
Andy zapytał mnie o imię, udało się przeliterować jakoś i jak już zrozumiał to moje „dżoana”, to cała kapela zaczęła się podniecać, że to jak Joanna d’Arc.

A ja, durna jedna, chciałam się popisać polotem i zażartować, że zachodzi tu nie tylko zbieżność imion ale także charakterów, takie pokrewieństwo dusz itepe, jednak, oczywiście, z moją znajomością angielskiego nie mogło się to udać, no i wyszło na to, iż jak debil przekonywałam muzyków, że JESTEM Joanną d’Arc, tak naprawdę i całkowicie.
Chwilę konsternacji wśród członków grupy (i zapewne poczucie, iż mają do czynienia z jakąś pojebaną babą) szczęśliwie przerwał jakiś dziennikarz o coś zagadując, ale blamaż pozostaje blamażem, a ja wciąż o nim pamiętam, i jeszcze na łożu śmierci będę się pewnie nim zamartwiać, ech.

Na koncert 3 lata później, również w Hali Wisły, wybrałam się z Małgosią z Mogilna i jej koleżanką.

camel00s.jpg

jazandymks.jpg

andypodpisuje.jpg

Ale na miejscu, jak zwykle, znalazło się sporo bratnich dusz z aparatem, które pomogły uwiecznić i zapamiętać te jedyne w swoim rodzaju, koncertowe i pokoncertowe chwile.
Tym razem tą pomocną dłoń podała Ola W. – to zdjęcia jej autorstwa.

kon1s.jpg

kon2ks.jpg

kon3s.jpg

Fotek jest więcej, jednak fotografowanie cyfrówką błyszczących papierowych odbitek, nie zawsze idealnej jakości, mija się z celem.
Poza tym nie chciałabym oberwać za upublicznianie wizerunku sfoconych osób, zresztą, jak widać, niektóre zdjęcia zostały pracowicie powycinane, bo przykładowo wpadła w kadr czyjaś ręka albo ktoś absolutnie nie życzył sobie prezentowania światu swojej miny, czy swojego wzruszenia 🙂

Oczywiście oba koncerty obserwowałam/przeżywałam ze swojego ulubionego miejsca, przy barierkach, z lewej strony sceny, widząc doskonale, co na niej się dzieje, mając całe „show” w zasięgu ręki.
Chodziło nawet o coś więcej, jakkolwiek debilnie to zabrzmi – o swobodę przeżywania ukochanej muzyki, swobodę nieskrępowaną krzesłem czy fotelem.
Spędzając koncert „na płycie”, „pod sceną” mogę robić wszystko, co zechcę: gibać się, tańczyć, skakać, machać włosami – spróbujcie uczynić to na siedząco (tu polecam mój art o koncercie R+ z Kombikrajstem w Spodku 😉 )
Nawet – kiedy mamy do czynienia z zespołem tego rodzaju co Camel, z art czy progresiv rockiem, nie wyobrażam sobie konieczności tłumienia mojej ekspresji ruchowej – wystarczy mi wspomnienie męczarni podczas „Requiem” Mozarta, przecudnie wykonywanego w klasztorze w Mogile i Irkowego syczenia „przestań się gibać, kurwa, siedź spokojnie no” . 😀
Wystarczy mi wspomnienie koncertu Van der Graaf Generator w 2007, gdzie po wejściu do klubu oniemiałam widząc rzędy ustawionych foteli.
Pamiętam, jak usiłowałam negocjować z ochroniarzem, że jak to, gdzie barierki, gdzie ja mam stać i może jednak jakoś by się dało…. ale zdecydowanym ruchem wskazał mi schody na galeryjkę, jako jedyne miejsce, gdzie w miarę swobodnie mogę się poruszać.
Patrzył na mnie jak na pojebaną, kiedy tłumaczyłam i przekonywałam, że to po prostu wykluczone, ja mam siedzieć na koncercie, JA? no bez jaj….

I z tego powodu nie wybiorę się raczej na najbliższy koncert Camel – choć do sali koncertowej ICE Kraków Congress Centre, czy jak to się tam nazywa, mam 2 kroki, rzut beretem, niemal widzę ją z okna.
Bo nie wyobrażam sobie siedzieć na koncercie Camel.
Nie wyobrażam sobie takiego wpasowania w wąską przestrzeń, ograniczoną ramieniem sąsiada i oparciami foteli z każdej strony.
No bo jak to tak?
Bez możliwości swobodnego kołysania się w rytmie muzyki z zamkniętymi oczami, bez możliwości krzyku z rękami wyciągniętymi ku scenie, bez szans na poczucie tuż obok podobnie kołyszących się ciał i podobnie wzruszonych serc?
Może na Camelu machanie włosami i inny headbanging nie wchodziłby w rachubę, ale siedzieć, jak jakiś pieprzony emeryt, jak jakaś pierdolona staruszka – nigdy never i po moim trupie.

Dlatego nie zobaczycie mnie 20 lipca w tej całej Hali ICE, nie ma mowy.
Wybacz, Andy, ale gdyby kazano mi siedzieć na Twoim koncercie, w fotelu, i grzecznie słuchać – to ja to pierdolę, no sory.
Chyba rozsadziłby mnie wybuch emocji i erupcja wzruszeń.
Chyba pękło by mi serce.

ks1s.jpg

is2ks.jpg