Tagi

https://www.facebook.com/events/1549395848654438/

Klub Grodzka 42 Hard Rock Music, czyli dawna Szwalnia, powitał mnie tej zimnej, majowej środy… chwila, zanim powitał, to zdążyłam zabłądzić, ja, master orientacji w przestrzeni i nieogar do potęgi.
Chyba zagapiłam się na grupkę długowłosych dzieciaków przecudnej urody, dopalających pety w wąskim korytarzyku i nacisnęłam nie tę klamkę, co trzeba…. ale któryś z nich usłużnie podpowiedział „na koncert? a to tutaj” i podążyłam we wskazanym kierunku.
Tam także czekały mnie same niespodzianki.
Najpierw wypatrzyłam Olafa R.
Wszyscy w Krk i poza, wiedzą doskonale, kim jest Olaf, ale jakby się trafił jakiś kosmita to wyjaśnię: to wokalista i frontman cudownego Cemetery of Scream, jedna z moich najstarszych metalowych, jeszcze Popkowych znajomości, miłośnik Lacrimosy, przekochany facet, dobra, bo nam się tu dygresja na pół strony zapowiada 😉

To Olaf upewnił mnie, że kolejną znajomą twarzą wypatrzoną w pubowych mrokach faktycznie jest Zdzichu Z. moja znajomość o jeszcze większym stażu – ale z kompletnie innych klimatów.
Kojarzony z art i progresiv rockiem, z przesiadywaniem na małym stołeczku w słynnym sklepie muzycznym na Stolarskiej „u Krzyśków” jeszcze w poprzednim stuleciu – więc co robi na hardcorowym metalowym koncercie?
Ależ miałam zabawę, przypominając się po latach Zdzichowi, bo doprawdy trudno w dzisiejszej Drzo rozpoznać tamtą krótkowłosą, ogoloną niemal na łyso dziewczynę w etnicznej, nieco hippisowskiej stylówie.
No i jak widać, wszyscy zmieniamy się na lepsze i porzucając zachwyty nad smutami lat 70tych spotykamy się na black-death-metalowym koncercie.;)
Rozpoczęcie nieco się jednak opóźniało, mogłam więc spokojnie wzmocnić się piwem i nacieszyć oczy wnętrzem klubu.

Swoją fantastyczną jak zwykle angielszczyzną, czy raczej łamanym rosyjsko-angielskim zapytałam „may I in this place садиться ?” zajmującego strategiczną pubową pozycję (naprzeciw wejścia, z prawej bar, z lewej scena) Erica Hutchence (jak się nazywa i kim jest, dowiedziałam się dopiero po powrocie do domu, z zapro do znajomych na fb 😀 )

Tu z lewej widoczny łokieć Erica 😛

I choć musiałam pomóc sobie językiem migowym uparcie stosowałam tę mieszankę językową do końca wieczoru 😉

Strategiczne miejsce przydało się oczywiście, co chwilę mijali mnie kolejni długowłosi, mniam, muzycy DismoriaL szykujący się do występu, super 😀
Podsłuchałam rozmowę na temat wystawionych tiszertów они продаются или не продаются i trochę pochichotałam z teatralnie rozpaczliwego gestu Wolfa Aslamazova (gitara prowadząca), że jednak chyba не продаются 😉
Wskazywałam także drogę do kibelków i informowałam czule, że sorry, нетy закрытия.
Kiedy w kibelkowych okolicach spotkałam Zurę Toroshelidze (gitara rytmiczna) pogadaliśmy sobie o…. Lacrimosie, bo logo z mojego tiszercika zostało rozpoznane a napis rozczytany. No i dowiedziałam się, że gruzińscy black-death-metale słuchają gotyku, no proszę 😀
Szczytem moich lingwistycznych popisów było poinformowanie członków kapeli po koncercie: Я напишу вам обзор концерта and link это in profil DismoriaL on facebook .
Taaaa 😀
Jeszcze zanim chłopaki zaczęły grać, siły pod sceną wydatnie wzmocniło pojawienie się Piwcoka, ekhem, znaczy Marcina P., również Cemetery of Scream.
No i się zaczęło 🙂



















































Nie podejmuję się tłumaczyć, jakiego rodzaju mieszankę death, black i progresiv metalu wykonuje formacja z Gruzji.
O muzyce trudno jest opowiadać, mądrość ludowa głosi, że to tak jak tańczyć o architekturze, a jest to trudne tym bardziej, kiedy brzmienia wymykają się łatwemu szufladkowaniu, łączą w sobie wiele różnych i odległych gatunkowo typów i klimatów …. ja mogę jedynie gorąco zachęcić do zaznajomienia się z nagraniami dostępnymi na fb DismoriaL, choćby i tutaj:

https://www.facebook.com/DISMORIALBAND/app_2405167945

Mogę też zapewnić, że było po prostu ZAJEBIŚCIE !!!!!
Moc, ogień, niebo i piekło w jednym 🙂
Gruziński metal rulez !!!!!

I mocno ucieszył mnie fakt, że grupa fanów, która przyszła środowego wieczora do Szwalni (ja wciąż używam tej starej, kultowej nazwy, wybaczcie) znała twórczość DismoriaL całkiem nieźle, grupa ta może nie była jakoś super liczna – ale na bank nie przypadkowa.

Ogromnie cieszyły mnie chóralne śpiewy spod sceny, jak również każdy objaw prawdziwie metalowej demonstracji pozytywnego ze wszech miar odbioru.



Były to naprawdę genialne momenty integracji z wykonawcami, wspólnego przeżywania, wspólnych emocji….



Przepływ energii ze sceny w publikę i na odwrót….





przybijanie piątki i „żółwiki” ze sceny” 🙂

Na „żółwika” nawet i ja się załapałam ❤

Jak się też okazało do fali i pływania w tłumie ten tłum wcale nie jest konieczny, wystarczy kilka mocno zdecydowanych osób….
Na omawianym koncercie tym odważnym okazał się Piwcok – brawa dla tego pana !!!!! ❤


A ja chyba pierwszy raz otarłam się tak blisko o mosha….


Gdy metalowa młodzież zaczynała się „rozbijać” ja ratowałam się siadając na ławeczce, ciągnącej się wzdłuż ścian sali i przytulając się do tej ściany, wraz z nogami 😉 czasem nawet musiałam wywalić swoje odnóża na scenę by uchronić się przed zdeptaniem, na szczęście wykonawcy nie protestowali a młodzież moshując jedynie raz czy 2 lekko mnie potrąciła, siniaki mam ledwie widoczne 😉

Kiedy chłopaki przestawały rozbijać się pod sceną w brutalnym moshu – ich aktywność ruchowa przejawiała się w rytmicznym fryzurowym up-downie.




Przyznam nieśmiało, że z wszystkich odmian headbangingu ten rodzaj najbardziej mi leży, czasem praktykuję side to side – ale to raczej trzymając się barierek, których w klubie nie było.
Zdarza mi się też circular swing i spoko daję rady bez trzymanki – jednak zgranie ruchów całego tułowia z tempem utworu i energiczne odrzucanie włosów to do przodu to do tyłu rodzi poczucie zjednoczenia z melodią, z muzyką, z rytmem…. to trudno opisać, nie zrozumie chyba nikt, kto tego nie robił… póki nie poczuje sam, jaki to rodzaj przeżycia.
A jest ono wielokrotnie mocniejsze, gdy robisz to w kilka osób, synchronicznie, obejmując się mocno ramionami, w ciasnym rzędzie.
Wtedy emocje wszystkich zlewają się w jedną, potężną, wzruszającą i mocną.
Sercem i ciałem czujesz emocje sąsiada z lewej i prawej, nie przeszkadza ci, że jest spocony, że jego tiszert klei się do ciała, także twojego, że zapach jego ciała miesza się z twoimi Bruno Banani, to także jest piękne.
Chłopaki więc machali włosami, trzymając się za ramiona w równym rzędzie pod sceną – jednak oni, tak w kilku, machali sobie, a ja, trochę z boku, sobie.
Ale w pewnym momencie nastąpił ten cudowny, jak dla mnie najpiękniejszy moment koncertu
Kiedy te dzieciaki, któryś z nich, po prostu sięgnął łapą, objął mnie ramieniem i tak dołączyłam do trójki czy czwórki machającej synchronicznie włosami pod sceną
Zazwyczaj to ja inicjowałam takie akcje, na większych koncertach mam więcej odwagi i nadziei, że mi nikt nie odmówi, nikt się nie odsunie zdziwiony, tu jakoś…. ale tym razem chłopaki mnie ubiegli i to było piękne.
Możecie się śmiać, szydzić czy pukać palcem w czoło – ale ten niesamowity moment jedności, to połączenie ramion, włosów i serc, no kurwa, no ❤

Nie wiem, czy któryś z chłopaków przeczyta tę moją opowieść, ale każdemu z nich z radością postawię piwo przy nadarzającej się okazji, bo to był naprawdę szalenie fajny gest w stosunku do kompletnie nieznanej, starej, popierdolonej baby.

I to właśnie kocham w metalu – nie ma znaczenia, kim jesteś, ile masz lat i jaki obrazek na tiszercie, ważne jedynie, że masz metal w sercu, że czujesz to co ja, czujesz tę muzykę od pięt po fruwające włosy – i tyle.

Nie wiem, ile jeszcze razy mi się to uda.
Ile jeszcze razy doświadczę takich chwil, takiego koncertu…. może kilka, może trochę więcej

Bo jestem coraz starsza, coraz mniej mam sił, coraz łatwiej się męczę, coraz dłużej po takich koncertach muszę się regenerować.
Może dlatego tak mocno cenię każdą taką chwilę, każdy taki moment, gdy się zdarzy, a opisanie pomaga go zapamiętać.
Zapisuję je więc, opisuję ze szczegółami, żeby wszystkie takie chwile nie odeszły wraz ze mną, nie rozpłynęły się, jak łzy, w wiecie czym.
Bo może kiedyś mi samej będzie trudno uwierzyć w to – że się wydarzyły.
Bo nawet teraz – gdyby nie te zdjęcia, nie moje własne słowa powyżej ….

Teraz, kiedy siedzę sobie w swojej liliowej piziamce z kłapouchym psiakiem z kreskówki, w ciszy nocy przerywanej jedynie mruczeniem komputera, tym, co pomaga mi uwierzyć w moją własną relację jest obolałe ciało, spuchnięta stopa, siniaki na żebrach i przedramieniu.
I oczywiście typowa, pokoncertowa, częściowa głuchota.
Czyli powiedzmy to wyraźnie: wszystko mnie boli, ledwo żyję ale czuję się zajebiście szczęśliwa.

Oglądam foty – te zrobione przez kapelę:


I te "prywatne" także, śmiejąc się z mojego kolejnego pobitego rekordu w robieniu debilnych min….



Ale nic to 🙂
Przecież w tym wszystkim chodzi o coś zupełnie innego.
O coś kompletnie innego.


PS.
I jak zwykle, prośba 🙂
Jeśli spodoba Ci się tu zamieszczone, a wykonane przeze mnie zdjęcie, tekst – albo jego fragment i chcesz je wykorzystać – na fejsie, swojej stronie, blogu itp, to dołącz plis link z adresem artykułu, z którego pochodzi, albo z adresem tego bloga. Natomiast wycinanie mojej sygnatury, dowolne kadrowanie/ciachanie zdjęcia spotka się z moim dożywotnim fochem i okrutną klątwą, a wcześniej złamie mi serce, poważnie….
Dzięki !!!!!