Tagi

„House of Cards” nie jest serialem dla młodzieży.
Młodzież powinna wierzyć w sprawiedliwość i porządek na świecie. A jeśli tej sprawiedliwości nie dostrzega a porządek wydaje się nie do końca wzorowy – powinna żywić przekonanie, że wystarczy trochę starań, trochę wysiłku i już wzorowym się stanie.
Młodzież powinna być pełna szczytnych ideałów – dobro zwycięża a ludzie kierują się szlachetnymi pobudkami.
Młodzi idealiści, wrażliwi, pełni wiary i nadziei na lepsze jutro, wiary w to – że jeśli nie udało się naszym ojcom, to uda się nam lub naszym dzieciom i w końcu poprawimy ten nasz świat, zbudujemy tę naszą Arkadię, taką choćby na miarę naszych możliwości…. ech.
Więc to nie dla was, szlachetne dzieciaki.

Serial niemal od pierwszych scen kpi z ideałów i szlachetnych pobudek, krok po kroku, epizod za epizodem, udowadnia, czym tak naprawdę kierują się jego bohaterzy, a tak naprawdę – my wszyscy.
Zero ściemy w temacie.
Tak naprawdę nie liczy się empatia, współczucie, ogólnie pojęte dobro.
Nie ma miłości – raczej wspieranie się w bezwzględnej walce o wspólne cele.
A co liczy się najbardziej?
Władza.
Nawet nie kasa, ale posiadana władza.
A w zasadzie WŁADZA.
Dążenie do osiągnięcia korzyści – a cóż, jeśli nie posiadane stanowisko, zapewni nam stałą możliwość osiągania takich korzyści.
Warto się więc nieco potrudzić.
Serial w rewelacyjny sposób obnaża owe mechanizmy.

Jak w drodze do osiągnięcia celu stajemy się mistrzami manipulacji. Jak bezwzględnie i cynicznie posługujemy się innymi ludźmi, prowokując i przewidując ich reakcje.
Nie cofniemy się przed oszustwem, przekupstwem ani szantażem.
Ani przed zbrodnią.
I jak, krok po kroku, nasze przebiegłe kombinacje zbliżają nas do …. zaraz, krzyczycie – jacy „my”?
Toż to jedynie główny bohater (a w tle paru innych podobnie) prowadzi swoją perfidną grę, planuje, knuje i intryguje, zastawia podstępne pułapki.
Gnębi i niszczy jednych, obdarza względami drugich, ci ostatni zapewne do czegoś mu się przydadzą.
Więc ok, nie my – to on, tylko on, my jedynie śledzimy jego poczynania z zapartym tchem i jakoś nie w głowie nam protestować.
Jakoś dziwnie nie ciśnie się nam na usta „co ty robisz, chłopie, tak nie wolno!!!”
Jakoś nie odwracamy wzroku, nie unosimy się oburzeniem.
Ja też nie odwracam się z niesmakiem, nie unoszę, nie protestuję.
Mam wrażenie, że podczas oglądania „House of Cards” na mojej twarzy pojawia się wredny uśmieszek.
Kiedy Kevin S. odwraca się w stronę kamery i mówi wprost do niej te swoje teksty skierowane do widzów – mam wrażenie, że zwraca się właśnie do mnie.
(Nawiasem mówiąc – genialny zabieg formalny.)
I ja mu odpowiadam, przytakuję.
Doskonale się rozumiemy.
Bo ja, wiecie, dorosłam.
Dojrzałam.
Właśnie zdałam sobie sprawę z faktu – że dorosłam do „House of Cards”.