Tagi

https://www.facebook.com/events/1550479231906554/

Przyznam szczerze, że mam prawdziwy problem, jakiej kategorii przypisać niniejsze wydarzenie.
Bo choć na koncert spóźniłam się w sumie nie tak bardzo, to opisać go nie jestem w stanie.
Zaraz wszystko wytłumaczę 🙂
Ostatnie tygodnie przed maturami oznaczają dla mnie pracę na okrągło, 7 dni w tygodniu, niemal od otwarcia oczu – do 21 albo i dłużej.
Wpadłam więc do Carycy mniej więcej ogarnięta zewnętrznie, ale zmęczona, wręcz wypluta tak mocno, że nie byłam w stanie utrzyma aparatu w łapach – tak bardzo mi się trzęsły.
Szczęśliwie nie zapomniałam o zabraniu Pana Byka, obiecałam bowiem Belisi, że będzie ją ogrzewał w pooperacyjnym osłabieniu…

jak widać, chętnych na czułości z Panem Bykiem było więcej 😀
Kiedy dotarłam do Carycy – Beliś, w towarzystwie Elfa Kapelusznika, z bezpiecznej odległości Vipowskiego stolika obserwowała koncert, jednak, wzmocniona obecnością Pana Byka pognała pod scenę…


No dobra, żartuję, po prostu postanowiła pokazać Panu Bykowi, jak się bawi Kraków 🙂
W moim przypadku jednak o dopchaniu się pod scenę nie było mowy, choć próbowałam….



Gdzie ja nie właziłam, żeby dostać się bliżej sceny – ale zobaczcie tylko rezultaty….


Poza tym tłum wypełniający klub zużył tyle tlenu, produkując w zamian obłoki pary, że od razu zrobiło mi się słabo…

Jedyne fotki, nadające się do zaprezentowania – bo mało „poruszone” w moich drżących łapach, wyglądają, jakby robiono je w dżungli, co w sumie jest niedalekie prawdy.


Pozostaje mi więc dołączyć do fotek legendę – strzałkami oznaczam Snowida i osoby towarzyszące, jakby co.

Oto więc Snowid, którego nie widać…
Ech.
Cóż, możecie mi jedynie wierzyć na słowo – byłam na koncercie, ale nie mogę tego udowodnić.
A na pytanie – jak było, jak koncert, fotki, mimochodem, doskonale odpowiedziały, ten tłum, ta para oddechów, to szaleństwo…

(klip speszyl for ju, Beliś <3)


Wśród publiczności zauważyłam wiele znajomych pyszczków – a niektórzy wypatrzyli mnie, jak chłopak, poznany na koncercie Snowida w Kocie Karola.
Ponieważ nie od razu zaskoczyłam, kim jest, tak, tak, pamiętam, że coś pod sceną, ale nic więcej – zaczął więc przypominać całą sytuację słowami:
„Było nas trzech…” – i tu pojawiło się natychmiastowe skojarzenie, więc przerwałam mu słowami „w każdym z nas inna krew…” no i się zacięłam… jednak nie musiałam długo czekać na podpowiedź 🙂
„Ale jeden przyświecał nam cel” – padł błyskawiczny odzew 😀
Cytowanie Perfektu (szacun chłopaku za znajomość klasyki !!!!) pomogło mojej pamięci, faktycznie w trójkę z kolegami hulali wtedy pod sceną dziko a zajadle 😉

Po koncercie zaczęły się przygotowania do niespodziankowej imprezy urodzinowej – Jubilatka została wmanewrowana w wyprawę po zapiekanki, a w tym czasie zapełniał się Vipowski stolik…




ciastka i ciasteczka – oraz Cudowny Jelonkowy Tort, uczyniony łapkami nieocenionej Natalii


Rozwieszano serpentyny i jelonki….


podpisywano urodzinową karteczkę:


atmosfera oczekiwania gęstniała…


wreszcie – oto jest !!!!!

kompletnie zaskoczona imprezą-niespodzianką Marzena 🙂

tort się zbliża…..


i uroczyste dmuchanie (vide mistrz drugiego planu ❤ )


i chóralne „sto lat” – mistrz drugiego planu dyryguje ❤



a życzeniom i przytulaskom nie było końca ❤



Procedura krojenia tortu nie jest sprawą banalną, dlatego oddaliśmy je w najwłaściwsze, odpowiedzialne ręce ❤




Uszczęśliwiona Jubilatka kibicuje Belisi, krojącej tort:

och, on już ma torcik, a ja jeszcze nie …. 😉

och, ja już zjadłem, a ona jeszcze ma…. 😉

my chcemy tortu!!! my chcemy tortu!!! 😉


Jej, jak fajnie widzieć, że ktoś tak cieszy się z prezentów 🙂








do składania życzeń uformowała się pokaźna kolejka:


kuluarowe dysputy:




Tu widać wiosnę :*



A równocześnie odbywał się regularny afterek 🙂

mistrz ceremonii na stanowisku 🙂

pierwsze nieśmiałe parkietowe rozmowy 😉

Pan Byk debiutuje na didżejce;)






A Okrutne i Przebiegłe Wiedźmy knują:

…. ja bym im nie ufała:

Oto Sergiusz w zajebistym tiszerciku:

Nie mogłam się oprzeć cyknięciu prywatnej sesji tej oto tancerce:







I choć sobie obiecywałam, że żadnego skakania na parkiecie, bo padnę i trzeba będzie mnie z niego zeskrobać, nie byłam w stanie powstrzymać się, gdy poleciał mój ukochany „Hellreiser”….
Nie dam jednak głowy, czy to była ta wersja….

Tak czy inaczej, kiedy weszłam do kibelka, coby przypudrować nosek, błyszczący po tanecznych wygibasach – okazało się, że puderniczki niet, helołkittowa kosmetyczka była na miejscu a puder został w domu… gapiłam się w kibelkowe lustro (ten cud techniki, który sprawia, że ja, kurdupel, widzę w nim jedynie twarz od nosa w górę, żadna szansa na kontrolę wyglądu cyc… ekhem, dekoltu…. a Marcelina zmuszona jest do podziwiania jedynie swojej szyi) i rozpaczliwie przepytywałam więc wchodzących, niezależnie od płci „masz może puder?”…
Niestety, nikt pudru nie posiadał, nos czerwony jak gaśnica p/poż nadal królował na mojej facjacie…. i wtedy napatoczył się M.P.
Co prawda nie miał pudru – ale coś zupełnie innego, co sprawiło, że świadomość posiadania świecącej, niezmatowanej elegancko twarzy stała się jakby mniej istotna.
Przyznam, że jeszcze nigdy nie luzowałam się w Carycy w taki oto sposób, może nie do końca legalny – ale jakiż przyjemny 🙂
Z taką jakby nieśmiałością wyznałam więc M.P. – że to pierwszy raz, ale jest bardzo przyjemnie i super.
Skoro przyjemnie i super – to trza to powtórzyć.
Ustaliliśmy hasło.
Gdyby więc coś kiedyś jakby, gdybym nabrała ochoty na podobną rozrywkę – mam zapytać „czy masz puder?” a on potwierdzi, gdy weźmie ze sobą niezbędny rekwizyt.

Co działo się jeszcze?
Na czas imprezy złożyła się także rozmowa z Mary o zakupoholizmie, o wypełniających szafę bluzkach jeszcze z metkami i pudełkach, które otwarte przypadkiem skutkują okrzykiem „jejku, zapomniałam, że mam takie buty!!!”… dowiedziałam się także, ze niektórzy wyjeżdżają z kraju na dłużej, być może na zawsze, ale będą tęsknić i nadal czytać mojego bloga oczywiście 🙂

W ogóle – ileż razy usłyszałam tej nocy, że czytam Twojego bloga, jej 🙂

Na koniec wielkie dzięki dla tych, którzy pozwolili się focić, a równocześnie przepraszam tych, których nie sfociłam….
z którymi zapomniałam się przywitać albo pożegnać…
których zwyczajnie, ślepudra jedna, nie zauważyłam.
I zwyczajowe dzięki dla tych, co za barem !!!!

A Marzenie – jeszcze raz wszystkiego dobrego !!! ❤


PS.
I jak zwykle, prośba 🙂
Jeśli spodoba Ci się tu zamieszczone, a wykonane przeze mnie zdjęcie, tekst – albo jego fragment i chcesz je wykorzystać – na fejsie, swojej stronie, blogu itp, to dołącz plis link z adresem artykułu, z którego pochodzi, albo z adresem tego bloga. Natomiast wycinanie mojej sygnatury, dowolne kadrowanie/ciachanie zdjęcia spotka się z moim dożywotnim fochem i okrutną klątwą, a wcześniej złamie mi serce, poważnie….
Dzięki !!!!!