Tagi

, , , ,

TĂU TOUR 2015.
Negura Bunget w Krakowie (+ support Lacrima, Grimegod, Northern Plague)

https://www.facebook.com/events/1562697347298586/

Jeśli napiszę, że to, co wydarzyło się w krakowskiej Rotundzie czwartkowego wieczora, że ten koncert – to najlepiej wydane 35 zeta w moim długim życiu, to zabrzmi to obrzydliwie materialistycznie, strasznie płytko i nie odda ani promila tego, co czuję.
Więc może napiszę, że warto, zdecydowanie warto było podjąć to logistyczne wyzwanie, po skomplikowanych negocjacjach z uczniami połowę zajęć poprzenosić mozolnie na weekend, dla wolnego czwartkowego wieczoru zaryzykować pozostałe sześć dni wypełnionych w 100% zapierdolem
Było warto.
Dla takiego koncertu mogłabym zrezygnować z wszystkich wolnych dni i zasuwać na okrągło aż do padnięcia na pysk…

A w kwestii formalnej: sory, Winnetou, ale dla mnie w czwartkowy wieczór istnieli wyłącznie Rumuni.
To oni byli osią wydarzenia i „gwiazdą” wieczoru.
Piszę „Rumuni” bo prócz NB zachwycił mnie także Grimegod, co dziwnym nie jest, starczy choćby porównać składy obu formacji 😉
(Do kompletu brakowało jeszcze Dordeduh 😉 )
Ale, już całkiem poważnie – w zasadzie po pierwszych dźwiękach, pierwszych taktach zagranych przez otwierających koncert muzyków Grimegod wiedziałam, że wieczór zapowiada się niesamowicie, że oto zaczyna się coś absolutnie niezwykłego.
I nie myliłam się.
Grimegod:













Tak więc rumuński klimatyczny black-metal nie tylko otworzył i zamknął całe to niesamowite wydarzenie, ale stanowił jego esencję i treść, więc to co było pomiędzy….
Northern Plaque:








Natomiast bankowo muszę wspomnieć o krakowskiej Lacrimie.
Lacrima:














Przez ponad 18 lat działalności brzmienie ich ewoluowało od czystego doomu, poprzez gotycko-melancholijne klimaty po elementy folkowe, ja jednak najmocniej cenię sobie w kapeli wyrazisty, często wręcz rozdzierający wokal Kuby Morawskiego i art-rockowe, progresywne ciągoty.

Ale wróćmy do rumuńskich czarów.


Negura Bunget:







Negura Bunget – czyli magia i tajemnicze misterium…







…blackmetalowy obrzęd.




Kiedyś, przy okazji recenzji płyty Agathodaimon napisałam, że rumuński wydaje mi się najpiękniejszym językiem świata, wczorajszy koncert to potwierdził.
Żadne inne słowa, w żadnym innym języku nie mają takiej mocy, nie porażają samym swoim brzmieniem, nie potęgują mistycznego klimatu.
Były momenty, kiedy miałam wrażenie, że za chwilę wybuchnę….. czułam, jak gdzieś w środku mnie dopala się lont a iskra dotyka już laski dynamitu…. wydawało mi się, że gdzieś pod sercem, w splocie słonecznym coś rośnie, pulsuje i napiera na żebra, uniemożliwia oddychanie… emocje, tak namacalne, fizycznie dotykalne jak nigdy, wypełniały mnie coraz szczelniej, pompowały duszę i ciało…
Wtedy płakałam, chyba byłam jedyną szlochającą debilką na koncercie Negura Bunget.
Ratowało mnie poczucie „obowiązku” – żeby nie rozkleić się do cna łapałam za aparat.
Zrobiłam jakieś 400 zdjęć.
Jak widać – prawie wszystkie nadają się do wyrzucenia.
Bo może jestem dziwna, ale z miejsca odrzuciłam możliwość użycia lampy błyskowej.



No bo jak to – podczas nabożeństwa jebnąć kapłanowi fleszem po oczach?



Albo któremuś z ministrantów….

Miałam uczucie, miałam pewność – że to zakłóciłoby rytuał, że stanowiłoby profanację liturgii, dlatego fociłam niemal zupełnie na ślepo, w ciemnościach przerywanych nagłymi, nieregularnymi rozbłyskami reflektorów, które rzucały smugi to czerwonego, to zielonego to szafirowego światła. W takich warunkach moja cyfróweczka walnęła focha, więcej nawet – pokazała mi faka.
A na dodatek wyczerpała się jej bateria, z ledwością dotrwawszy do końca występu gwiazdy wieczoru… strasznie się tym przejęłam, ponieważ kompletnie nie wiedziałam, co się dzieje, taki wypadek zdarzył mi się pierwszy raz ….
A ta bestia przestała współpracować, wyświetlając jakiś komunikat, ale na tak krótko, że nie byłam w stanie go przeczytać. Latałam więc z nią jak popieprzona i pytałam facetów, wyglądających na ogarniętych – ej, nie wiesz co się mogło stać mojemu aparatu?
Najpewniejszy swojej diagnozy był Kuba, wokalista Lacrimy, którego także dopadłam, dzięki wielkie za uspokojenie mnie, przerażonej wizją „aparat się zjebał fotek nie budiet”.
Ale zgodnie z jego sugestiami – wyczerpał się akumulatorek, choć podładowany przed samym koncertem na full nie wytrzymał 6 godzin nieprzerwanego niemal focenia.
(wszystkim innym za serdeczne podtrzymywanie mnie w tej kwestii na duchu cieplusio dziękuję, szczególnie Dorocie G.-B. ❤ )
Jednak pozostał nierozwiązany problem – jak zrobić sobie zdjęcie z kapelą posiadając niedziałający fotoaparat?
Udało mi się go na szczęście rozwiązać – dzięki wrodzonej dyplomacji, urokowi osobistemu i zdolności przekonywania, bo oto zauważyłam jakąś grupkę kompletnie nieznanych mi ludzi ustawiających się pod sceną do zdjęcia z Negurką.
Tu właśnie zastosowałam ów urok, dyplomację i siłę argumentów, wślizgując się po prostu miedzy nich z błagalnym „ja też ja też plis plis plis” – i zadziałało :
Tak szczerze to nie byłam pewna, czy fota do mnie dotrze, focie z Christianem Vidalem z Theriona, zdobytej w podobnej sytuacji jakoś się nie udało, chlip….
Ale jednak 🙂
Karolina G. zapamiętała mojego nicka i fotkę przysłała, fejsbuk jest wielki a Karolina kochana <3.
Oto zdjęcia w liczbie 2, jakość próbowałam podrasować w programie graficznym.


I zdobyłam autograf aktualnego wokalisty NB, Tibora Kati:

Tak nawiasem mówiąc – ależ się nagłowiłam, co za tajemnicze znaki nagryzmolił mi na bilecie.
Dopiero Cywa, mój ulubiony maturzysta okazał się super-grafologiem…. dzięki wielkie, Cywa, teraz już wiem, że to po prostu NB jak Negura Bunget i data, w sensie rok 2015.
Mam nadzieję, że zdobędę podobny, z inną, późniejszą datą 🙂

A Tibor, wcześniej, podczas koncertu, przybił mi piątkę i uścisnął łapę ze sceny, co przyjęłam radosnym i dzikim piskiem (dotknął mnie dotknął dotknął !!!!) tudzież bezładnymi podskokami – ku uciesze zgromadzonych 😛

Więc zdecydowanie BYŁO WARTO.

Dla TAKIEGO koncertu warto było zaryzykować utratę słuchu przy basowych kolumnach, które produkowały falę dźwiękowa tak mocną, że tworzyła ona miły wiaterek, dla rozgrzanego ciała, nie uszu….
Momentami, kiedy zbliżałam się do nich zbyt mocno czułam w uszach ból, wyraźny ból – ale tak pięknie było cierpieć….
Bo poniosło mnie tak mocno, porwało tak potężnie, że odważyłabym się na wszystko.
Niemal zaryzykowałam też udział w młynie pod sceną, tak trochę jakby oszczędnie, boczkiem, ale następnym razem nic mnie nie powstrzyma.
Tylko mnie kurna podnieście, jak upadnę pod ciosami Waszych łokci i kolan, mimo wieku początkująca jestem, no.
Obiecajcie mi to plis – wtedy się odważę.

Z paroma osobami z pierwszego rzędu, można by rzec – spod barierek, których nie było, gibałam się to na lewo to na prawo, spontanicznie objąwszy się ramionami…



Z kilkoma, w większości dziewczynami, synchronicznie machałyśmy pod sceną włosami, bosko było.








Zupełnie nie pamiętam z jakiego powodu pocałowałam tego zarośniętego okularnika….
Coś zagrało, coś nas spiknęło – ale co? nie pomnę, za cholerę.
On tańczył, przeżywał, szalał, ja fociłam… i gdzieś na linii miedzy obiektywem mojego aparatu i jego osobą coś zaiskrzyło, jakiś uśmiech w odpowiedzi na uśmiech – i w efekcie mój spontaniczny całus.
Wylądowałam ustami w jego obfitej brodzie, więc żadnych mi tu takich, no.










Jak widać – może publiczność nie wypełniła klubu ciasno, po brzegi, ale z pewnością nie była to widownia przypadkowa.
Wszyscy, którzy znaleźli się czwartkowego wieczora w Rotundzie wiedzieli doskonale, jakiej muzyki oczekiwać, znali twórczość Negury Bunget znakomicie, przeżywali ją głęboko i dawali upust emocjom, wzruszeniu i ekstazie, co starałam się pokazać na zdjęciach.
Po ostatnim utworze aplauz osiągnął szczyt skali, skandowanemu „Ne – gu – ra – Ne – gu – ra” nie było końca, także okrzykom „napierdalać” tudzież innym wyrazom uznania.
Ja sama po koncercie, rozgrzana do czerwoności, chłodziłam się piwem, w miłym towarzystwie Maćka B..
Czułam się ogłuszona nie tylko muzyką ale i wrażeniami, w mózgu miałam pustkę, huczał w nim jedynie wicher wśród złowrogiej, ciemnej mgły.
Wśród koron transylwańskich drzew, kształty których powoli się rozpływały, niknęły w tej mgle… las pogrążał się w kłębowiskach oparu, w szarości, gęstej i pulsującej…


PS.
I jak zwykle, prośba 🙂
Jeśli spodoba Ci się tu zamieszczone, a wykonane przeze mnie zdjęcie, tekst – albo jego fragment i chcesz je wykorzystać – na fejsie, swojej stronie, blogu itp, to dołącz plis link z adresem artykułu, z którego pochodzi, albo z adresem tego bloga. Natomiast wycinanie mojej sygnatury, dowolne kadrowanie/ciachanie zdjęcia spotka się z moim dożywotnim fochem i okrutną klątwą, a wcześniej złamie mi serce, poważnie….
Dzięki !!!!!