Tagi

Wczoraj, w Niedzielę bądź-co-bądź Wielkanocną, w porze wczesno-obiadowej, z miłego opieprzania się przed kompem wytrącił mnie dźwięk domofonu.
Kolędnicy? No nie, to mimo śniegu jednak nie TE święta – myślałam człapiąc do przedpokoju.
Usłyszałam „może mi pani otworzyć bo zapomniałem klucza?”…. głos wydał mi się znajomy więc odruchowo nacisnęłam guziczek, w tej samej jednak chwili przypomniałam sobie, skąd znam to charakterystyczne, przytłumione, lekko fafluniące brzmienie.
W zeszłym tygodniu, o podobnej zresztą porze usłyszałam w słuchawce „ej, możesz mi otworzyć, bo zapomniałem klucza!!!” wymamrotane radośnie i familiarnie dokładnie tym samym głosem.
Wtedy też głos wydał mi się w pierwszej chwili znajomy, mój ulubiony sąsiad często klucza zapomina i dokładnie takimi samymi słowami zwraca się do mnie prosząc o otwarcie bramy.
Wtedy jednak zapytałam idiotycznie „to Ty, Krzysiu?” na co padła odpowiedź, że tak, tak, ale chyba wyczułam lekką niepewność w głosie, bo coś mnie tknęło i sprytnie zakomunikowałam „o, super, bo mam akurat do Ciebie sprawę, już schodzę…” i faktycznie zeszłam na dół.
Otworzyłam bramę – jednak nikogo nie zobaczyłam.
Rozejrzałam się, wychylając z bramy – nic, pusto.
O zdarzeniu zapomniałam i jakoś nie skojarzyło mi się ono z późniejszym „włamaniem” do kamienicy…
Słowo „włamanie” jest trochę na wyrost, ktoś po prostu otworzył drugie skrzydło bramy „na siłę”, wykrzywiając, niemal wyłamując solidną zasuwę i krusząc lastriko w podłodze, gdzie owa zasuwa „wchodziła”.
Szkody zostały usunięte a ja znowu nie skojarzyłam, że zostały one odkryte jakąś godzinę-dwie po tej dziwnej rozmowie domofonowej.
I o niej i o wyważeniu bramy zapomniałam… do dziś.
Bo rozpoznałam głos w słuchawce domofonu, głos domniemanego „Krzysia”, trochę za późno, ale jednak.
Więc tak jak stałam, w piziamce i szlafroczku zeszłam na parter.
„Krzyś” z jakimś kolegą już majstrowali przy bramie, otwierając jej drugie skrzydło.
Obaj w dresowych kapturach naciągniętych na głowy tak mocno, że prawie nie było widać twarzy, lecz mimo to, w tych zniszczonych mimo młodego wieku twarzach i w rozbieganym spojrzeniu coś, co kazało mi się mieć na baczności.
„Ej, ale o co chodzi? Co pan wyprawia z tą bramą? Dlaczego pan powiedział, że tu mieszka – ja pana nie znam!!!!”
No i słyszę, że otwiera, bo będą zaraz wnosić rzeczy, bo się właśnie wprowadza pod dwójkę. A nie znam go właśnie dlatego, że się dopiero wprowadza. Ale poznam.
Zaraz, mówię, chwila.
„Widzę pana pierwszy raz w życiu, nie ma pan klucza do bramy, w mojej kamienicy nie ma wolnego mieszkania, więc niby gdzie się pan wprowadza?
I jeszcze jedno.
Powiedział pan, że pod dwójkę.
Super, tylko u nas nie ma mieszkania o tym numerze.”

Gość odpowiada niezrażony, że no dobra, pewnie pomylił ten numer, że się czepiam, że wynajmuje pokój na parterze i że zaraz podjedzie samochód z meblami i z kolegą będą wyładowywać.
I co ja im tu zamykam…
Ale nie jest już tak radosny, a ja usilnie się zastanawiam, czy w kamienicy jest jeszcze ktoś poza mną, czy wszyscy wyjechali na Święta….
Bo na parterze i zresztą w całej mojej niewielkiej kamienicy, gdzie wszyscy się znają od lat i jeśli nawet nie wiedzą o sobie wszystkiego, to o ważnych sprawach informują dość dokładnie – nikt nie ma pokoju do wynajęcia. Poza tym żaden z tych zakapturzonych nie wyglądał mi na kogoś, komu ktoś rozsądny chciałby wynająć pokój.
Znacie mnie, nie oceniam ludzi po wyglądzie i daleka jestem od uproszczeń w tym temacie, ale ci mężczyźni absolutnie nie budzili zaufania.
Zdecydowanie mówię: „no to jak samochód podjedzie to sobie panowie wyładują rzeczy na chodnik, nie moja rzecz. Jestem współwłaścicielem kamienicy i bez klucza, bez jakiegokolwiek dowodu, że faktycznie jest pan moim nowym sąsiadem, bez jakiejkolwiek informacji od któregoś z mieszkańców, że pod jego nieobecność ktoś będzie wnosił tu jakieś rzeczy nie ma mowy o wpuszczeniu do domu.”
I zamykam im bramę przed nosem, dociągam oba skrzydła walcząc z nadwyrężona zasuwą.
Gostek, już zupełnie niemiły, buńczucznie i arogancko odgraża się, że jak przyjedzie samochód, to wtedy zobaczę, ja spokojnie, już po drugiej stronie bramy, że ok, wtedy zapewne zobaczę.
Idąc na górę jestem tak zdenerwowana, że nie rozpoznaję mojego sąsiada, prawdziwego Krzysia, który schodzi na dół po schodach.
W paru słowach opowiadam, w czym rzecz, razem wyglądamy na ulicę – obaj panowie znikają już za zakrętem.
Do dyskusji dołączają inni właściciele kamienicy, jak się okazuje, mało kto wyjechał na Święta, została na miejscu całkiem liczna, silna reprezentacja, czuję się wśród nich już całkiem dobrze, miło i bezpiecznie.
Pozostaje jednak nierozwiązany dylemat – o co, kurna, chodziło w tej akcji?
Wygląda na to, że panowie od paru dni przygotowują sobie możliwość niezauważonego wejścia na teren posesji, ale, że tak zapytam – po chuj?
Chcą coś cichcem wynieść?
Coś ukraść?
Niby co?
Zeschnięty kwiatek na parapecie okna?
Pranie suszące się pod strychem?
I wtedy sobie przypominam.
Mieszkam w mojej kamienicy od 1979 roku i od tego czasu pod moimi drzwiami leży ta sama, już „zastana” wycieraczka.
Wytarta do cna, z ordynarnej gumy, przykrywana co raz to nową ścierą, z których każda szybko się zużywała przy moim korepetycyjnym dziennym przerobie ilościowym…
Każdą trzeba było codziennie płukać, by spełniała swoją rolę i każda natychmiast wyglądała jak stara, usyfiona ściera właśnie.
No to zainwestowałam na allegro całe 12+6 zeta z wysyłką – w nowiutką.
Taką oto:

Więc to o nią musiało chodzić.
Nie ma innej opcji, reszta sąsiadów podziela ten pogląd.
Chłopaki zasadzali się na tę moją, nową, śliczniusią wycieraczkę.

Reklamy