Tagi

Poniższy tekst miał być pierwotnie odpowiedzią na komentarz do „Drogiej Pani Odell !” – ale rozrósł się do widocznych tu rozmiarów i stał się kolejnym felietonem w temacie.

https://drzoanna.wordpress.com/2015/03/11/droga-pani-odell/

Mówisz, że dzieci – to „potwory, głupie i okrutne” ?
Och, nie, tak daleko bym się nie posuwała.
Może niektórym dzieciom zdarza się działać bezmyślnie i okrutnie – ale cytowane określenie wydaje mi się zdecydowanie na wyrost.
I chyba rzecz nie polega na tłumaczeniu im bez końca, co jest dobre, co złe – tylko wychowywaniu ich w przekonaniu, jak z tym jest naprawdę, co jest ważne…. na konsekwencji w tym wychowaniu …na dobrym przykładzie, najlepiej własnym.
Jeśli my, dorośli, sami nie prezentujemy takich postaw – to nie nauczymy dziecka, że powinno postępować według własnych zasad i ani ono, ani inni nie muszą podążać za tłumem.
Że odmienność jest OK, może stanowić element popychający do rozwoju, że różnorodność taki rozwój wręcz gwarantuje.
Mam wrażenie jednak, że ani rodzice, ani tym bardziej szkoła takich postaw nie popierają.
A jeśli w domu, w rodzinie mówi się pogardliwie o ubogich sąsiadach – to dzieci nie zrozumieją, że bieda nie jest powodem do wstydu.
Jeśli krytykuje się otwarcie kuzynkę, która wyszła za, przykładowo, ciemnoskórego emigranta – to trudno oczekiwać od dzieciaka, żeby wykazał się tolerancją ze względu na kolor skóry.
Jeśli używa się wobec niego argumentów w rodzaju „matko, co Ty znowu wymyślasz, czemu nie jesteś jak inne dzieci, popatrz na Kubę, popatrz na Anię, oni zachowują się normalnie” to utwierdza się dziecko w przekonaniu, że postępować „dobrze” czy „słusznie” znaczy – tak jak inni, jak większość.
Dziecięce agresywne i często okrutne postawy nie biorą się tak całkiem z niczego, choć, przyznaję, że w szkole pojawia się jeszcze jeden, napędzający je element – mianowicie walka o pozycję w grupie.
I tu trudno mi się wypowiadać, ponieważ nie mam pojęcia o socjologii, o tym – jak tworzą się i funkcjonują zbiorowości, jednego jednak jestem pewna, że tworzenie struktur władzy, układów, kto lepszy, kto ważniejszy – ma miejsce w każdym zbiorze ludzkim, niezależnie od liczebności.
W szkole, w której spędzamy kilka dobrych godzin codziennie, przez 5 dni w tygodniu – jest podobnie.
Czasem oczywiście rozumiemy – że tak naprawdę nie jest ważne, ile osób nas lubi, ile podziwia, ile jest chętnych siedzieć z nami przy stole w stołówce… że liczy się to, co mamy w głowie, na ile lubimy siebie sami – jednak dla większości potrzeba akceptacji, bycia podziwianym i docenianym jest niezwykle istotna.
Jeśli jesteśmy pewnymi siebie samotnikami, którzy mają gdzieś tłum wzdychających z zachwytu – to super, gorzej, jeśli ewentualne odrzucenie mocno przeżywamy.
A osoba wrażliwa, o delikatnej, kruchej psychice nie ma w szkole łatwego życia.
Dlatego podziwiam Annę Odell, że po tym wszystkim, co przeżyła, nie pragnęła zemsty ani rozliczenia przeszłości.
Zależało jej jedynie na wyartykułowaniu zarzutów, na jasnym nazwaniu tego, co się działo.
Pragnęła tylko jednego – potwierdzenia, przyznania się.
Nie oczekiwała zadośćuczynienia.
Ale tego, żeby choć jedna osoba na tym „spotkaniu po latach” zachowała się jak ja, choć jedna otwarcie potwierdziła jej zarzuty, wyraziła żal, przeprosiła za głupotę, bezmyślność, sprawienie bólu.
Chciała tylko tego – a spotkały ją w najlepszym razie uniki, zasłanianie się niepamięcią lub specyficzną sytuacją.
Ze wszystkich stron słyszała, że ma się zamknąć, nie po to przyjechaliśmy na imprezę, żeby babrać się w przeszłości, żeby dyskutować o jakichś zamierzchłych zdarzeniach, których nikt nie pamięta.
Spotkała się z agresją słowną, także z fizyczną, poszturchiwana, przewrócona, siłą wyniesiona, wyrzucona z budynku.
Podziwiam Annę Odell – nie tylko za próbę stawienia czoła demonom przeszłości ale za wzniesienie się ponad.
Ponieważ głównym tematem jej pytań była próba opisania mechanizmu tych wydarzeń, mechanizmu budowania i ewolucji struktur zależności, konstrukcji poziomów hierarchii itp.
Bo przecież w tym skomplikowanym układzie, w tej złożonej konfiguracji kto-kogo-lubi i kto-jest-od-kogo-ważniejszy zazwyczaj jesteśmy gdzieś w środku – mamy takich, do których pragniemy doskoczyć, ale i takich, których traktujemy z wyższością. Praktycznie od momentu przekroczenia bram szkoły stajemy się cząstką tej struktury, system wciąga nas niespostrzeżenie a my ulegamy mu, jakby było to najnaturalniejsze pod słońcem, bez wątpliwości, bez pytań, skąd się to bierze, dlaczego i po co.
I jak to tak.
Dziś patrzę na sprawę ze zdumieniem, nie jestem w stanie pojąć – jak to możliwe, że kiedyś brałam udział w tworzeniu takiego układu, walczyłam o własną pozycję i że w ogóle obchodził mnie wynik tej walki.
Może właśnie dlatego dziś, nie do końca świadomie, wybrałam pracę, w której sama sobie wyznaczam zadania i oceniam poziom ich realizacji.
Nie wyobrażam sobie ani pracy w grupie, ani bycia szefem, ani podwładnym.
Może to, między innymi oczywiście, doświadczenia lat szkolnych spowodowały, iż nie chcę pakować się znowu w jakieś układy zależności, podległości… w jakieś układziki sympatii i antypatii…
nie chcę walczyć o czyjeś uznanie i ewentualne docenienie moich wysiłków.
Myślę też, że to w dużej mierze wynik moich własnych doświadczeń, tych najprawdziwszych, jak nieustający wstyd, że jestem od większości kolegów i koleżanek biedniejsza, gorzej ubrana, że w moim mieszkaniu nie ma łazienki, że WC jest na zewnątrz, że zwykłe umycie całego ciała czy włosów to problem… jak wieczna bezradność wobec rodzicielskich zakazów i nakazów, które stawiały mnie poza nawiasem grupy, która gdzieś się wspólnie bawiła, gdzieś chadzała, mogła spotykać się tu czy tam – mnie nie było wolno ani nikogo zaprosić, ani do kogoś wyjść.
Żeby się do tego nie przyznać – kłamałam, głupio i beznadziejnie.
Pamiętam też, jak masakrycznie bałam się w-fu – kiedy zbliżały się dni, w których pojawiał się w rozkładzie zajęć, dostawałam ze strachu rozstroju żołądka.
Wstydziłam się, że nie umiem stanąć na rękach, że podczas kolejnej próby znowu dostanę krwotoku z nosa, że nauczycielka będzie się ze mnie nabijać.
Bałam się, że podczas wyboru drużyn do gry w 2 ognie zostanę dobrana przez którąś z „matek” jako ostatnia… do dziś pamiętam uczucie, z jakim witałam kolejną wskazaną, i kolejną, i kolejną…. grupa topniała w oczach, na pustoszejącym środku zostawała garstka klasowych łamag, przestępujących z nogi na nogę i wpatrzonych w wypastowany na błysk parkiet sali gimnastycznej…
Pamiętam pierwszy stanik, z którego podśmiechiwały się koleżanki, bo choć w owych czasach zakup porządnej, w miarę ładnej bielizny był praktycznie niemożliwy, jednak ten egzemplarz był szczególnie nieudany a ręczne przeróbki mamy, aby dopasować jego rozmiar z pewnością mu nie pomogły.
Szczęśliwie wypatrzyłam w komisie całkiem znośny i udało mi się wybłagać jego kupno, rany, pamiętam do dziś nie tylko każdy fragment jego koronki jak i mamine „ale po co Ci taki drogi, przecież tamten jest całkiem dobry”, nie byłam w stanie jej wytłumaczyć, że od tego stanika zależy moje być albo nie być w klasie.
Jak i od posiadania koszuli flanelowej w kratkę i zamszowych trzewików do kostki.
Pamiętam pierwsze dżinsy i ile kosztowały dolarów, próśb, płaczów, histerycznych przyrzeczeń…. pamiętam garstkę akceptowalnych, wybłaganych ciuchów, w których chodziłam na okrągło, praktycznie niezależnie od temperatury…. i modną fryzurę, którą wyciachała mi sąsiadka…. i euforię radości, kiedy i te dżinsy, te ciuchy i ta fryzura zostały dostrzeżone i zapunktowały w moich klasowych notowaniach.
Pamiętam, jaka byłam dumna, gdy należący do elity N.N na jakiejś szkolnej wycieczce, jak się wówczas mawiało „zwrócił na mnie uwagę” i zaczęliśmy się spotykać… co prawda najpierw startował do mojej siostry, ale ona, głupia jedna, odrzuciła jego awanse – więc ja skorzystałam z tej „szansy”
Dziś nie bardzo pamiętam, na ile podobał mi się tak naprawdę, na ile faktycznie mnie do niego ciągnęło – a jak duże znaczenie miała jego „pozycja” w klasie.
Kiedy jednak jechaliśmy na kolejną klasową wycieczkę – nie musiałam już się zamartwiać, czy ktoś będzie chciał dzielić ze mną pokój.

I oczywiście niesamowicie się ucieszyłam, kiedy ładnych kilka lat po maturze spotkałam przypadkiem jednego z klasowych „liderów”, rzadko bywam w Tarnowie – a tu prosz 🙂
Ale poczułam się jakoś dziwnie, bo ten po kilku „co u Ciebie, i jak tam, co robisz…” zaproponował seks, tak z czapy, na zasadzie: tematy rozmowy się chwilowo wyczerpały, nie ma co robić – więc chodźmy do łóżka… zdumiona i zaskoczona odmówiłam.
Parę dni później umówiliśmy się w większym gronie i na nim, wśród kpinek, szczegółowo zrelacjonował to nasze wcześniejsze spotkanie…. i poczułam się jeszcze gorzej, zażenowana i ośmieszona, bo nabijał się z banału i pospolitości naszej rozmowy oraz opisywał swoje nią znudzenie, natomiast propozycję seksu nazwał „próbą dla jaj i dla ożywienia atmosfery” a moją odmowę skomentował „ale nic z tego, nie chciała się puścić”. Wszystkich ta opowieść rozbawiła, mnie jakoś nie….
Później nie było żadnych spotkań, żadnych zamierzonych – poza przypadkowym, kolejną dekadę, czy dwie, po wyżej opisanym.
W przelocie minęłam jedną z klasowych „gwiazdeczek”, przeprosiłam za pośpiech, ale zdążyłam usłyszeć „nic się nie zmieniłaś” tonem, który nie miał w sobie nic z uprzejmości czy serdeczności – wydał mi się ogromnie protekcjonalny.
„Heh, mam nadzieję, że jednak jest inaczej!” powiedziałam wtedy i podobnie myślę teraz.
Mam nadzieję i wierzę, że się zmieniłam.
Że jestem silniejsza.
Nie marzę też o odegraniu się czy zemście, nawet o wykrzyczeniu swojej prawdy w twarz tym, którzy traktowali mnie jak powietrze albo coś niewiele lepszego od gówna.
Już tego nie potrzebuję.
I już chyba umiałabym pogadać z nimi lekko i bez uprzedzeń, pośmiać się z dawnych, wspólnych wygłupów, a za cień nonszalanckiego czy drwiącego tonu umiałabym się odgryźć, dojechać, odpowiedzieć z całą żmijowatą sukowatością, na jaką mnie stać.
Teraz już potrafię realistycznie ocenić swoją wartość, bo nie mierzę jej ilością znajomych, ich znaczeniem czy popularnością…. no może ich zajebistością, na to w sumie mogę się zgodzić 😉