Tagi

https://www.facebook.com/events/1069132713102227/

W sobotę 14 marca miała miejsce kolejna, już 14 edycja Synthetic Madness i jeszcze kilka dni wcześniej byłam pewna, że wieczór ów spędzę na Carycowym dansflorze i kuluarowych ploteczkach, a potem będę obrabiać zdjęcia i skrzętnie zapisywać wszystko, co udało mi się zapamiętać.
Niestety, piątek trzynastego – zamiast wizyty Jasona przyniósł mi potężne zapalenie spojówek i podtwardówki, wzmocnione wylewem podtwardówkowym w oku, więc mnie boli, wygląda chujowo, i absolutnie nie wolno mi skakać.
Tak dokładnie to okulista przepisał mi worek leków, kropli i maści ze sterydami, oraz nakazał zostać w domu, się nie przemęczać, najlepiej polegiwać itepe.
Chyba se chłop jaja robi, jak zostać, jak nie skakać, jak moje sobotnie plany obejmowały mały babski piwny sabacik a potem szaleństwa SM i zgodnie z nowo powstałą tradycją – szaleństwa urodzinowe 🙂
Więc kompletnie, ale to zupełnie nie miało znaczenia, że z powodu stresu i kiepskiego samopoczucia, w nocy z piątku na sobotę przespałam góra 2 godziny – bo weekendowe plany rzecz święta, i tyle.
Po obszernej wymianie poglądów na tematy damsko-męskie, oplotkowaniu całej galaktyki znajomych i nieznajomych oraz przetestowaniu smaków odpowiedniej ilości piwa, zaczęłam kusić towarzyszące mi dziewczyny wizją przedłużenia babskiej nasiadówy na SM.
Yaga jest kobietą z zasadami, 23:30 nie jest porą, w której kobiety z zasadami zaczynają sobotnie imprezowanie, Agi jednak nie musiałam na wypad do Carycy specjalnie namawiać i tak, niczym dwa gotyckie Kopciuszki, zjawiłyśmy się na imprezie chwilę przed nadejściem północy.
Tu wielkie dzięki dla Yagi, która owe Kopciuszki pod Carycę odeskortowała, przy moim bowiem totalnym braku orientacji w przestrzeni droga z ul.Józefa na Dajwór zajęła by godzinę i zahaczyła o Podgórze.
Nie wzięłam aparatu fotograficznego, celowo, bo z nim w łapie zostałabym pewnie do świtu i żadna siła nie zmusiła by mnie do rozstania się z urokami Synthetic Madness po 2 godzinach, a taką ustaliłam sobie górną granicę czasu imprezowania.
Spróbuję Wam o tych 2 godzinach opowiedzieć.

Będziecie musieli jedynie uruchomić wyobraźnię….

Wyobraźcie więc sobie, jak z Agą przekraczamy Carycowe podwoje, tort jeszcze nie pokrojony, uff, zdążyłyśmy na czas 🙂
Wyobraźcie więc sobie, jak wpadamy w radośnie nadstawione, czułe i serdeczne łapy kolejnych i kolejnych kochanych Carycowych wyjadaczy, entuzjastów wspólnej zabawy przy syntetyczno-szalonych dźwiękach.
Przyznam się, że uwielbiam ten rytuał przywitowawczy, rozczula mnie on za każdym razem i uświadamia mocno, jak wiele zmieniło się w moim życiu od momentu, gdy pierwszy raz przekroczyłam próg Uwagi.
Jak zapewne wiecie – moje życiowe dramaty uczyniły ze mnie osobę o bardzo silnie zaznaczonych granicach przestrzeni osobistej, przestrzeni, w której czuję się bezpiecznie.
Uścisk dłoni to w zasadzie wszystko, na co pozwalałam sobie przez całe lata podczas rytuału zapoznawczego, także podczas kolejnych spotkań, niezależnie od płci spotkanej osoby.
Pamiętam, jaki przeżywałam szok na widok tego gotyckiego rzucania się sobie każdorazowo w objęcia, prawdziwie serdecznego i czułego uścisku, najszczerszego i przyjaznego całusa, czasem dwóch i trzech, w policzek ale czasem w usta.
Nazywam sytuację „gotycką” umownie, tak jak podobnie umownie uznaję za gotycką ś.p.Uwagę, w której z owym zwyczajem miałam okazję się zapoznać.
Mam wrażenie, że patrzyłam wtedy na Was wszystkich jak na kosmitów, usiłując ukryć totalne zaskoczenie, opad szczęki wręcz, ale równocześnie zachwycając się urokiem zjawiska i jego, nie wiem jak to nazwać, czystą i niewinną szczerością.
Sama nie wiem kiedy wsiąkłam nie tylko w Uwagowo-Popkowe towarzystwo (dzięki Kobiauy, macie w tym największy udział) ale niezauważalnie przejęłam ten uroczy zwyczaj, bez którego teraz nie wyobrażam sobie żadnej imprezy w klimacie, niezależnie czy będzie to CGN, czy EP, czy SM czy DR czy dowolne elektro-industrial party.
I szalenie, strasznie cudownie fajna jest autentyczna radość ściskającej i obcałowującej mnie osoby, radość z tego – że mnie widzi, i te okazyjne pogaduchy, czasem krótsze, czasem dłuższe, co u mnie a co u Ciebie.
Kurde, nie wiem jak to opisać, ale dałabym sobie obciąć łapę i ogolić głowę na łyso, a do swojej fryzury jestem mocno przywiązana – za absolutną, nieudawaną szczerość tych sytuacji, uścisków i pogaduch.
I nie jestem pewna, czy udałoby mi wymienić po imieniu czy ksywce, albo choćby wskazać przybliżoną liczbę tych wszystkich cudownych i kochanych sobotnich imprezowiczów, którzy złapali mnie w swoje łapy, obcałowali, wyrazili radość ze spotkania. Także nieznajomych przy „naszym VIPowskim” stoliku, którzy robili to bez cienia krępacji, przedstawiając się i swobodnie zwracając na „ty”.
Spędziłam na SM tylko 2 godziny, oko mi napierdalało a poprawiało niewyspanie i ogólne wyczerpanie, ale i tak załapałam się na, halo, uwaga, potrójne urodziny i imieniny.
Nieźle, nie?
Świętowała więc Olga, ale także Matysia, Monika B. i Michał G., był więc tort i prezenty i radość obdarowanych.
Bo jak tu nie cieszyć się z pudła ciasteczkowych ozdobników, kubeczka z ukochanym motywem czy biletu na koncert Laibach, solenizantka pozwoliła mi nawet na cielesny kontakt z tym ostatnim prezentem, więcej nawet – wyszły z tego jakieś erotyczne ekscesy z doprowadzaniem się do zmysłowej ekstazy przy pomocy owego biletu i cycków, każda własnych, żeby była jasność 😛
Belisia, zgodnie z umową, dbała o zawartość mojego zielonego talerzyka z tortem.
Z jaką umową?
A z taką, że na wieść o moim oku, i że sobotnia babska posiadówa tak – ale skakania w Carycy to już rozsądek zabrania, szybciutko zapytała mnie na fb, gdzie będziemy posiadywać, bo ona chętna jest porcję torcika zapakować i na miejsce dostarczyć.
I w taki oto sposób jej złote serduszko mnie przekonało, że chuj tam z okiem, w Carycy mam być, rozkaz.
Umówiłyśmy się tylko, że gdybym nie-daj-Szmatan na toasty się spóźniła, to pudełeczko z porcją tortu odpowiednio dla mnie zamelinuje i zabezpieczy „pułapkami na łasuchów” 😀
Beliś ❤ ❤ ❤
Pozostała część tych 2 godzin upłynęła mi na:
– podziwianiu Karmelkowej nowej fryzury, jejku, ale z niego kochany przystojniak, pozwolił się nawet pomiziać po karku i zaprezentował, jak się jego fryz zachowuje w locie, podczas elektro-hasania 😀
– podziwianiu genialnego Dev-owego tiszerta, także pozwolił macnąć, dzienks 😀
– pomizianiu Marysi po kukiełce, bo tak „fachowo” nazywa się jej sprytnie zakręcony fryzurowy koczek 😀
– wyściskaniu Heleny na parkiecie, jasne, że na parkiecie, a gdzieżby indziej mogła przebywać Helena 🙂 i Wiolki z Mateuszem 🙂 a przy „naszym” stoliku – Kamila K.
– zagrzewaniu się od parującego od hulanek Suchanka nr2 🙂
– i od P.Marysiowej także, bo och, och, zmarzłam na tej drodze z sabatu 🙂
I jejku, jak strasznie ucieszyłam się widząc Anię A. z jej przeprzystojnym Joanny’m Świętym od Chleba, pozdro dla tych, co wiedzą ococho 😉 I udało mi się skusić oboje do złego i na parkiet wyciągnąć :*
I niniejszym przepraszam Karolinę, chyba jej nie rozpoznałam w nowym makijażowym wcieleniu 🙂
A z Mikołajem to już w ogóle było niesamowicie 😀
Matko, aż się wzruszyłam.
Bo kiedy zobaczył mnie na parkiecie to, z tej radości, jak sądzę, porwał mnie w objęcia, maj ci on hiroł całe 70 kilo porwał i z impetem uniósł w górę a Drzo, parkietowa wyjadaczka i mistrzyni tańca figurowego oplotła go nogami w pasie, nastąpił zgrabny i energiczny przerzut – ej, czy ktoś to widział?
Bo o focie nawet nie marzę, ale wyglądało to mniej więcej tak:

Tak czy owak – podziw, szacun i rispekt dla bohaterskiej postawy tancerza Mikołaja i jakby co, jakaś przeciążeniowa dyskopatia czy coś, to dołożę się do kręgarza 😉
Bo ogólnie na parkiecie się działo, oj działo, i to nie tylko na parkiecie, ale… jej, zapomniałabym, w Carycy zaszły zmiany w polu mojego widzenia, i to spore: przebudowano całą prawą od wejścia część, didżejkę przeniesiono na ścianę z wejściem do Kitchu a na miejscu didżejki pojawiło się podwyższenie, w sam raz na popisowe harce (pamiętam podobne rozwiązanie z s.p.Kazamatów, rewelka )
No i na tym podwyższeniu wywijała jedna panna, ale jak wywijała, nojanioemoge, wybaczyłam jej nawet, że na parkiecie pojawiła się z papierosem, którego odrzuciła (zanotowałam, że NA PODŁOGĘ) i zaraz potem hop na to podwyższenie, z którego mistrzostwo jej wywijania było jeszcze lepiej widoczne.
I pogapiłam się na nią, i na Helenę i zaczęło mnie ściskać z żalu, że tyle pięknych akcji pójdzie w zapomnienie i mało brakowało, pojechałabym taksówką po aparat foto do domu… i wypatrzyłam Marcelinę i zwierzyłam się jej z mojego bólu – a ta kochana dziewczyna hyc do swojej torby i łaps swój aparat i daje mi i foć kobieto ❤
No to jej tłumaczę, że ja to durna baba, focić umiem ale tym swoim, czerwonym, a jej jest czarny i kompletnie inny, poza różnicą w kolorze to jakby bardziej profesjonalny 😉
A dwa, że właśnie dlatego aparatu nie brałam, żeby łatwiej mi było wyjść cichcem i z mniejszym żalem, bo z aparatem, wpadłszy w swój żywioł fociłabym do świtu i kompletnego spsucia oka.
Po chwili to samo tłumaczyłam Artosowi, zaciekawiło go – że impreza, Caryca, ja – i żadnego focenia? no jak to tak 😉

Więc trochę, choć mi nie było wolno, poskakałam na parkiecie, teraz z okiem trochę gorzej, ale co tam, po sterydach przejdzie, zawsze przechodzi.
Poza tym – warto było.
Najbardziej to chyba ze względów, jak ja je tam nazywam – pozamerytorycznych 😉
Ze względów, które są akurat zbyt osobiste, żeby je opisywać publicznie, ale powiem tak: zawsze strasznie się cieszę, widząc Wasze wszystkie kochane mordki, które podobnie radują się na mój widok.
Także i te, z których właścicielami drogi mi się trochę rozeszły, bardziej i poważniej – albo mniej poważnie, nieistotne.
Cieszę się niezależnie od mocy i powagi tego rozejścia, czasu trwania i rokowań na przyszłość.
Zresztą kurde, kto z nas zna przyszłość? 😉
Mam nadzieję tylko, że pozostanie ona niezmienna przynajmniej w materii tego, co kocham, co sprawia mi radość i co mnie rozczula.
Jak te chwile w Carycy, kiedy gibię się na parkiecie wśród bliskiej mi muzyki i bliskich mi ludzi i czuję się tak bardzo wśród swoich i na swoim miejscu.
I dzięki Wam za to.
Wam wszystkim 🙂

PS.
Zaprzeczam uroczyście i z całą powagą, jakobym miała Pewnego Pana Trochę Znajomego A Trochę Nie – łaskotać, zaczepiać czy coś.
To nie ja, na pewno nie ja, no bo skądże by, taka nobliwa i stateczna i w ogóle….


Edit:

Nieoceniona Marcelina cyknęła kilka fotek, tuning wykonały moje łapki 🙂


tu chłopaki wyglądają, jakby pobyt w Carycy umilali sobie jakąś grą 😉



Mary



🙂 🙂 🙂 🙂