Tagi

Felieton niniejszy to tak pół-żartem, pół-serio i po części w odpowiedzi na pytanie, które rzeczywiście pada w moim kierunku.
Słyszę je w sumie rzadko, ale jednak, i charakterystyczne, że najczęściej zadają je moi rówieśnicy.
Krzywią się przy tym, zdziwieni i jakby lekko zniesmaczeni a ich mina nie zmienia się wcale, kiedy wyliczam atuty mojej pisaniny:
Punkt pierwszy – lans, popularność i sława – czyli szacun i rispekt na dzielni…. możliwość usłyszenia zachwyconego „o rany, patrzcie państwo, matematyk, umysł ścisły – i tak zajebiście pisze, tyle ma mądrego do powiedzenia, jesteś super !!!!!”
Oczywiście punkt pierwszy wiąże się z kolejnymi podpunktami, czyli dzięki owej popularności poznaję ludzi, krąg moich zajebistych znajomych rośnie, a wraz z nim – szansa na spotkanie kolejnej miłości mojego życia.
Pisanie artykułów muzycznych, recenzji płyt czy relacji z koncertów często skutkuje odkryciem kolejnych grup i gatunków, coraz więcej muzyki ląduje na moim kompie i w uszach – a wraz z tym rośnie moje poczucie szczęśliwości.
Dobra, punkt drugi – piszę, bo jest to naprawdę zajebista rozrywka.
Sporo nad tym myślałam i wymyśliłam, że pisanie wygrywa z 3569 odcinkiem Klanu, „Dlaczego ja” i co tam się teraz ogląda, wygrywa nawet z testami na fejsie, ile wynosi moje IQ albo do jakiej postaci Gry o Tron jestem podobna najbardziej.
Pisanie mnie kręci, pisanie mnie uskrzydla, pisanie jest mi potrzebne jak czekolada – mogę bez niego wytrzymać dzień, dwa – ale na trzeci rzucam się na klawiaturę jak na tiki-taki.
Czasem kogoś wkurzę, czasem wzruszę, czasem zachęcę do dyskusji…. czasem ktoś przeczyta i powie, że myśli podobnie, w zasadzie tak samo, ale do tej pory się biedził i męczył i nie udawało mu się tych myśli zamienić w słowa, a słów poukładać w zdania – dopiero ja to uczyniłam….
Czasem moja pisanina poruszy kamyk, a kamyk lawinę…. czasem lawina spowoduje, że o kimś zrobi się głośno i znajdzie wydawcę płyty albo wystąpi na CP.
Czasem jakiś felieton stanie się poradnikiem czy przewodnikiem dla jakiejś grupy ludzi, a inny, dla innych – balsamem na chorą duszę.
A więc punkt trzeci – piszę także dla Was.
Moja pisanina staje się mostem między nami, po którym poruszamy się w obie strony…. staje się rozmową, dyskusją, czasem zabawą.
Pisanie daje mi poczucie łączności z bliżej nieznaną, ale konkretną ilością osób.
Z grupą osób, której z każdą notką staję się chyba coraz bliższa, i która także staje się coraz bliższa mnie samej.
Bliższa – i liczniejsza.
Wiem, że nie piszę w próżnię, Wasze reakcje są tego mocnym, często wzruszającym dowodem.
Ale jest jeszcze coś.
Kiedy opowiadam jakąś historię czy sprzedaję swoje przemyślenia – automatycznie porządkuję je sobie w głowie, układam, a podczas tego układania przyglądam im się na nowo.
I podczas takiej czynności pojawiają się jakieś wnioski, wcześniej nieznane… to pomaga mi odkryć prawdę – o sobie i o swoim życiu.
Pisanie o czymś, szukanie słów i układanie zdań zmusza mnie do przemyśleń i posuwa o krok, dwa dalej w wiedzy o sobie i świecie, o ludziach i o tym „jak to wszystko działa”.
Bo, przykładowo, sama pamięć o tym, co było – wizja przeszłości, jako ciągu zdarzeń, to dopiero pierwszy stopień wtajemniczenia
Dopiero rozmyślanie o swoim życiu, analizowanie tych wydarzeń, nawet próba opowiedzenia sobie ich – a najlepiej zapisania, daje możliwość zauważenia zależności, przyczyn i skutków. Porównujesz, zastanawiasz się, zauważasz analogie, wyciągasz wnioski.
Dopiero wtedy powoli budujesz wiedzę o sobie samym, o bliskich, o tym, jakie masz priorytety, jak się zmieniasz, jak ewoluują Twoje poglądy.
Na przykład – początkowo pamiętam swoich facetów, swoje miłości jako niezależne historie, dopiero po wielu analizach zauważam co w moich ukochanych się powtarza, a co ich różni.
Z jednej strony mam wrażenie, że zawsze kolejny mój wybór to w jakimś sensie szukanie przeciwieństwa poprzednika…. jeśli w panu A wkurzała mnie jakaś cecha, sposób myślenia czy zespół zachowań – pan następny nie mógł jej posiadać, musiał myśleć czy zachowywać się zupełnie odwrotnie…ale z drugiej strony jednak – istniał przecież pewien wzorzec, w który i pan A i pan B i wszyscy następni i poprzedni doskonale się wpasowywali… charakterystykę tego wzorca, jak również zaprzeczenie jakiej cechy pana A miał pan B – nieustannie uzupełniam, obrazek wypełnia się szczegółami wciąż i wciąż….
Podobnie odkrywam prawdę o swojej rodzinie, o tym, co łączyło – a co rozdzielało moich rodziców, dlaczego się związali – ale dlaczego nie byli w stanie być ze sobą… i nie potrzebuję do tego nowych faktów, opieram się wciąż na tych samych, już znanych… ale rozmyślam, analizuję, wyświetlają mi się jakieś skrawki rozmów z różnych okresów czasu, zauważam związki, stawiam hipotezy i je weryfikuję.
Jasne, to nie jest tak, że każdą wolną chwilę spędzam na rozmyślaniach o przeszłości, teraźniejszości, otaczającym świecie – no bez jaj
Natomiast takie opowiedzenie komuś czy nawet sobie samej kawałka swojego życia, takie uporządkowanie faktów na nowo, często przynosi nowe odpowiedzi – nawet, jeśli nie stawiało się pytań.
I, jak zauważam, ten mechanizm działa najlepiej – kiedy robię to pisemnie.
To tak jak w matematyce – każdy dowód, każde rozumowanie najlepiej zapisać, krok po kroku. I często pomysł na następny krok rodzi się w momencie zapisania tego poprzedniego.
Patrzysz na zapisane symbole, na to, co już wiesz – i rodzą się kolejne implikacje, kolejne wnioski.
I często, kiedy zaczynam pisać – jeszcze nie znam konkluzji, nie wiem, jak wywód się zakończy – znam ogólny kierunek, ale nie mam pojęcia, jak będzie wyglądać meta.
Sam proces pisania pomaga mi ją odnaleźć.
To tak jak w matematyce, kiedy mówię uczniom: „zapiszmy to co wiemy, uporządkujmy elegancko jedno pod drugim i przyjrzyjmy się temu. Pomyślmy, jakimi dysponujemy narzędziami, wykorzystajmy pomysły, jakie nam się narzucają – choćby wydawały się kompletnie z czapy – a odpowiedź pojawi się sama”.
Każda notka przynosi mi więc wiedzę o sobie i świecie, dokłada jakiś mały kamyczek, posuwa o metr dalej w drodze do iluminacji.
Czasem żartuję, że pełną wiedzę, całkowite zrozumienie wszystkiego co mnie spotkało, działań własnych i otaczającego świata, sensu i celu wszystkiego – uzyskam dopiero w chwili śmierci.
Zdążę powiedzieć „ach, kapuję, łapię, więc o to chodziło, w tym rzecz!!!!” i zamknę oczy na zawsze.
Piękna wizja, nie?