Tagi

Tak, przyznaję bez bicia – ukradłam ten tytuł.
Zwinęłam go z recki pana Popieleckiego na filmwebie, ponieważ idealnie pasuje do moich odczuć po wczorajszej projekcji i oddaje ich klimat. Tytuł – tak, recka już nie. W zasadzie to nie zgadzam się z tonem żadnej z recenzji, opisów czy głosów w dyskusji.
Powód tej niezgody jest prosty – jej uczestnicy albo jadą po filmie, stawiając mu zarzuty zaskakująco absurdalne – albo przeciwnie, dopatrują się drugiego i trzeciego dna w czysto rozrywkowej fabule, nazywają krokiem milowym w dziejach kina, nowym początkiem itepe. W zasadzie nie wiem – które z nich śmieszą mnie bardziej 🙂

Zacznę więc może od tego – co podoba mi się w filmie „Bez litości” (The Equalizer), kolejność tych plusów przypadkowa.
Po pierwsze więc – uwielbiam Chloë Grace Moretz – od jej pierwszych ról po ostatnie, od „Amityville”, „Kick Ass”, „Texas – pola śmierci”, „Hick”, „Hugo i jego wynalazek”, „Pozwól mi wejść”, „Carrie” – po „Zostań, jeśli kochasz”.
Ta dziewczyna ma coś bardzo specjalnego w wyrazie twarzy i w sposobie grania, nawet poruszania się i nie potrafię temu się oprzeć.

Tak jak pokochałam siostry Fanning od pierwszego filmowego wejrzenia – podobnie zachwyciłam się Chloë. Jej nazwisko w obsadzie jest dla mnie wystarczającym powodem do obejrzenia dramatu, kryminału czy komedii, w których występuje.
Podobnie mam z Denzelem Washingtonem. Rany – ten gość jest starszy nawet ode mnie i wygląda, ojaniemogę.

Za każdym razem, kiedy w obejrzanym wczoraj „Bez litości” jakieś małolaty zwracały się do niego „dziadku”, wątpiły w męskość itepe – myślałam sobie, że chyba ich pojebało.
Kiedy sprawdziłam potem na filmwebie – ile ma lat i wyszło, że 60, to byłam pewna omyłki. No jak kurna – 60 …. kto? ten zgrabny, przystojny i gładziutki Denzel? Bez jaj.
Lubię też jego grę, ten zdystansowany, nieco ascetyczny sposób budowania roli.

W „Bez litości” podobało mi się, krytykowane przez wielu, także pana Popieleckiego – powolne tempo. Kompletnie nie przeszkadzał mi ten długi wstęp, drobiazgowe wprowadzenie w życie głównego bohatera, z wielką przyjemnością przyglądałam się jego codziennym rytuałom, imponowała mi i wzruszała jego pedantyczna dbałość o czystość i porządek.
Podobały mi się rozmowy o książkach i w ogóle różne dialogowe smaczki typu „co widzisz patrząc na mnie?”.

Nie przeszkadzało mi także i to, że film trwał ponad 2 godziny, bo były to naprawdę fajnie spędzone 2 godziny, szkoda jedynie – że w moim przypadku projekcja dobiegła końca tak koło 6 rano – ale kurna nie byłam w stanie jej przerwać, poważnie. To były naprawdę doskonałe 172 minuty 🙂
W zasadzie nie mam też pretensji do scenarzysty ani reżysera o obdarzenie „dziadka” nieprawdopodobnymi wręcz zdolnościami czy raczej mocami…. ani o to – że jego wyczyny zalatują supermaństwem, że sam, niemal gołymi rękami jest w stanie pokonać kilku naraz po zęby uzbrojonych przeciwników. Co tu dużo mówić – ta ostatnia scena, w Moskwie, po prostu mnie rozbawiła, ale kurna – kto w podobnych temu filmach bierze takie sceny na serio? Widzowi, który podchodzi do tego typu fabuły ze śmiertelną powagą zaproponowałabym postukanie się w pustą główeńkę, bo to tak – jakby próbował udowodnić uparcie i z kamienną twarzą, że kilkulatek zostawiony na kilka dni sam w domu raczej pochoruje się z przejedzenia żelkami – niż stawi czoła szajce bandytów.
Ma rację, jasne – ale co z tego?
Ja traktuję ten obraz z przymrużeniem oka, nie on jest co prawda komedią – ale nie oczekujmy od niego realizmu czy dosłowności.
Dla mnie istotne jest – że tę ponad 2-godzinną fabułę naprawdę świetnie się ogląda.
Naprawdę straaasznie się jaram, że staruszkowi-Denzelowi tak się wszystko super udaje, że po mistrzowsku sobie radzi i wychodzi z kolejnych opresji… jarają mnie jego szlachetne pobudki i precyzyjna realizacja sprytnych planów. Nie doszukuję się w filmie natchnionego przesłania – raczej rozrywki, a te rolę spełnia on całkiem nieźle.
A co mnie drażni albo na co choć trochę się krzywię?
Sceny walki są tak mocno udawane – że nawet moje niewprawne i przyślepe oko to dostrzega, choć z drugiej strony – przecież zakładałam, że należy je przymrużać 😉

I lekko wkurwia mnie ten łopatologiczny sposób pokazania metod „analizy sytuacji i przeciwnika” przez Kevina…. eeeee, znaczy Roberta, bohatera filmu… te przepuszczone przez filtr zbliżenia to na jego oko – to na uzbrojenie wroga, szacowanie odległości itp. Za którymś razem, wciąż tak samo dokładnie i drobiazgowo – no kurna, można to było nieco skrócić.
Ale może akurat komuś te graficzno-psychologizujące sztuczki przypadną do gustu?
Lekkie zniecierpliwienie budziły we mnie także sceny, w zamierzeniu patetyczne i podniosłe, co podkreślać miała muzyka o podobnym ładunku patosu – wszystko jednak rozegrane było z przesadą, akcentowane były zbyt mocno i ten nadmiar nieco mnie drażnił, bo jego ilość nadawała im cech groteskowych i paradoksalnie wywoływały efekt przeciwny do zamierzonego, choć tu może także należy przymrużyć oko ….

Podsumowując – filmów o podobnej fabule widziałam na pęczki, bankowo – od „Taksówkarza” zaczynając, ale nawet nie próbuję tych dwóch filmów stawiać w jednym szeregu, to zupełnie, ale to zupełnie inne kino. W moim przypadku „Bez litości” świetnie się sprawdziło w roli dość porządnie nakręconej i trzymającej w napięciu dobranocki po pracowitym dniu… i jako rozrywkę tego rodzaju film Wam serdecznie polecam 🙂

http://www.filmweb.pl/film/Bez+lito%C5%9Bci-2014-316785

Wszystkie zdjęcia z filmweb.