Tagi



Tracklist:

01. Oppression
02. The State Of Madness
03. Theatre Of Life
04. We Are Gothrockers And We Don’t Care
05. She Is The Demon
06. Terrorroom
07. Voices Of The People
08. Javia Zigenare
09. Stand Up
10. Jephanie
11. We Are Gothrockers And We Don’t Care (Chamber Mix)

Powiem szczerze – dawno nie spotkało mnie takie zaskoczenie.
Zaskoczenie? Kurde, po prostu dostałam muzyką prosto w łeb, w moją głupią, pustą czachę, w której myśl o istnieniu podobnej formacji takiej jak Madness Of The Night – nigdy się nie urodziła.
Nie mogła się urodzić, nie miała szans – albowiem mix gatunków, prezentowanych przez tę grupę jest absolutnie nieprzeciętny, niesamowity, wręcz nieprawdopodobny.
Zacytuję za profilem facebookowym zespołu: Gothic Rock, Gothic Metal, Darkwave, Punk – brzmi normalnie, bezpiecznie i niegroźnie, c’nie?
Ale tak nie jest.
Brzmienia, prezentowane przez Madness Of The Night w żadnym wypadku do takich się nie zaliczają – są niebezpieczne jak odbezpieczony granat, groźne jak tornado, są zabójcze.
Ale zacznę od romantycznej historii, idealnego tematu na filmowy scenariusz.
Bo oto szwedzki gitarzysta Daniel Dante poznaje przez internet Amir – piosenkarkę, czy raczej śpiewaczkę z Bejrutu w Libanie. On jest miłośnikiem metalu z lat 80tych – ale łączy ich uwielbienie dla gotyckich czy zimnofalowych grup, jak choćby Sisters Of Mercy, Dead Can Dance, FOTN, The Mission, The Cult, The Cure.
Początek muzycznej współpracy to rok 2011, 2 lata później powstaje debiutancki album.
Więc spróbujcie sobie wyobrazić zimnofalowe dźwięki połączone z punkową zuchwałością, a gotyckie klimaty – z zaciekłością, gniewem, mocą oraz całym potężnym i dzikim wkurwem – jaki niesie punkowa estetyka.
Udało się?
Super.
To teraz spróbujcie wyobrazić sobie – że ten krzyk, tę furię, ten huragan buntu wyrzuca z siebie przepiękna dziewczyna o orientalnych rysach, że swój wokal ubarwia wokalizami typowymi dla muzyki arabskiej, że nawet jej artykulacja, jej angielski brzmią z arabska.
Zimna fala, rok gotycki – jeszcze spoko, ale punk po arabsku?
To dopiero jest MOC.
To dopiero ma siłę.
Teksty autorstwa Amir Blackshadow opowiadają o kobiecie w czasach wojny i ucisku, która próbuje prowadzić pewne siebie życie w zamkniętej przestrzeni Arabskiej metropolii. W mieście, które na zewnątrz wydaje się nowoczesne i otwarte – ale pod powierzchnią wciąż ukrywa represyjną twarz, skłonną do przemocy, tyranii i prześladowań, szczególnie w stosunku do kobiet. Muzyczny wyraz bólu, bezradności i złości tym wywołany – nie może postawić słuchacza obojętnym – po prostu ze względu na swój autentyzm, prawdziwą naturę – jak czytamy w profilu grupy na fb.

A prawda tego przekazu, absolutna i nie do podważenia – została ubrana w dźwięki najwyższej jakości i najlepszego gatunku, sięgają one bowiem do najlepszych wzorców, do tradycji gotyku, dark i cold wave.
Dodajmy do tego wokal Amir – głos o niesamowitych, powalających możliwościach, których próbkę dostajemy już w otwierającym płytę „Opression”.
Jej wokalizy, jej krzyk, skandowany i melodyjny śpiew. Jego nerwowy, punkowy tembre w kolejnym utworze….
Zaskoczenie przynosi utwór nr 3 – niezależnie od języka, w jakim jest wykonywany, niezależnie od muzycznego tła – śpiew jest „arabski”, ma orientalną, zachwycającą stylistykę… potem znowu wracamy do rockowo-gotyckich brzmień, okraszonych jednak niezwykłymi wokalizami i niezwykłą, cudowną artykulacją…. matko, co ta Amir wyczynia swoim głosem, ja nie mogę!!!!


Mroczne „She is a demon” z porywającą wokalizą przypominającą wycie wilka i z sekundową przerwą pod koniec, podczas której przestajecie oddychać… zajadłe „Voices Of The People”… przejmujące i znowu bardzo arabskie „Stand Up” – prowadzą nas nieubłaganie do utworu, dzięki któremu odkryłam ten zespół i tę płytę, do „Jephanie” – który zaprezentowało moje drugie w kolejności ukochania radio Goth’N’Metal i mnie nim po prostu zabiło. O ile pamiętam – zastygłam z otwartą paszczęką i łzami płynącymi po policzkach aż do ostatnich dźwięków….
Zrozumiecie, jestem pewna – jeśli tylko posłuchacie, jeśli tylko Wasze serca zniosą ten ładunek wzruszeń….

To czarowne, zniewalające, rozpierdalające 5 minut 13 sekund, powoli ale konsekwentnie wbijające się w serce każdym dźwiękiem – mistrzostwo świata.

Jestem chora, boli mnie gardło i trzepią dreszcze, dzisiejsze Andrzejki spędzę w domu, w łóżku, zamiast na imprezie – ale wiecie co?
Wcale się nie martwię 🙂
Z głośników po raz dziś jedenasty dobiegają dźwięki kolejnych utworów albumu „The Asgarda” a ja jestem zachwycona i szczęśliwa 🙂

Reklamy