Tagi

W popularnym przybytku na Sławkowskiej 12 (bywalcy nazywają go swojsko „dżezem” albo „JRC”) byłam ledwo kilka razy w moim długim życiu.
Złożyło się na to wiele powodów – choćby to, że nie przepadam za miejscówkami w Rynku, wolę klimat Kazimierza, a puby mniej oblegane.
Nie do końca przekonuje mnie też profil muzyczny Jazzanumetal bardzo chętnie, Kontrust jeszcze bardziej – ale stężenie Kazika, Comy (?) i innych niezidentyfikowanych kawałków pop-rockowych odstręcza mnie od tego miejsca skutecznie. Oczywiście, nie liczę na to, że kiedyś w Krk objawi się miejscówka czy impreza, gdzie usłyszę Lacrimosę na zmianę z doom/melody metalem, ale chyba jestem bardziej otwarta na mroczną dyskotekę z Carycy niż na hard-rock lat 80tych czy Hity Radia Zet, że posłużę się cytatem z fb.
Najistotniejszą przyczyną jest jednak podział „strefy wpływów” między mną – a moim dzieckiem: żeby nie wchodzić sobie w drogę na imprezach, nie robić siary przed znajomymi i nie krepować swobodnej rozrywki – już sto lat temu ustaliliśmy, że Jazz Rock jest jego, i tyle. On nie bywał w Uwadze, Kazamatach czy Kocie Karola – moja noga postała w Jazzie parę razy jedynie – i to w szczególnie uzasadnionych przypadkach.
Muszę jednak przyznać, że dokładnie każda noc w JRC była dla mnie wyjątkowa i bardzo specjalna.
To tu świętowałam urodziny Lemura, to tu poznałam Klemposa, Monikę Sa i paru uroczych świrów – z którymi do świtu piłam potem piwo na Plantach – oni wybrali ciepłe sowietskoje igristoje.
Wybierając się więc tam ostatniej soboty – przede wszystkim dla didżejskiego seta Pawła S. mogłam być pewna, że bankowo zdarzy się coś wyjątkowego i wieczór na długo zapadnie w mojej pamięci.
No i nie stało się inaczej 😀
Już na wstępie wypatrzyłam za barem Szamana, który do samego świtu, z całą profesjonalną starannością, dbał o moje zaspokojenie piwne.
A w środku nocy wpadł na mnie Will – aleśmy się naściskali i napiszczeli, w sensie, że ja 😛
Nasza mroczna gromadka zajęła kilka połączonych stolików za didżejką – dzięki Gosi i Krzysiowi, potem kolejno dobijali następni, by w końcu zrobiło się naprawdę ciasno i przytulnie 😀














To głównie dzięki nim nie czułam się tej nocy obco.
Bo szalałam do R+, Prodigy i KORNA, razem ze zbitym tłumem na parkiecie machałam włosami i skakałam do SOAD, do „Noża” Illusion i do „Final countdown” Europe.
Także do „Vision Thing” Sistersów i hiciora Floydów „High Hopes”

I z nimi, z nimi przede wszystkim, gibałam się do przecudnego covera „Twisting my sobriety”

I wrzeszczałam od samego intro „We stand alone” Covenant.

A jeszcze bardziej – kiedy rozległy się pierwsze dźwięki kultowego dla nas „Papillon” … choć odniosłam wrażenie, że ten szalejący tłumek zastygł na parkiecie, by za moment podjąć taniec, ale tak jakby na pół gwizdka, z dystansem…

Z przyjemnością też oddawałam się rozmowie czy innym rozrywkom – kiedy słyszałam zupełnie mi obojętny heavy rock z zeszłego wieku.
Rozmawiałam więc z dziewczynami o sensie życia, związkach i o uczuciach a z chłopakami o tym, jak posiadanie dziewczyny wpływa na częstotliwość mycia się, a włosów w szczególności.
Także – o wyższości kontaktów face to face od facebookowych i o prywatności w sieci.







A w kwestii nowych doznań… po raz pierwszy w moim życiu, jak akcentowałam na wstępie – długim i bogatym w doświadczenia, po raz pierwszy całowałam się z kobietą.
Na zawsze zapamiętam miłe zaskoczenie, jak bardzo może to być przyjemne…dotyk jej ust, chłodnych i wilgotnych … eeeee, sory, to nie ta notka 😉



Pamiętam też, że demonstrowałam na Edycie, w jaki sposób wampiry wpijają się w szyję swojej ofiary, obawiam się, że zostały ślady…




I jeszcze rozmowę z pewnym Tajemniczym Nieznajomym, który cyknął te 2 foty poniżej.


Okazało się, że jest zawodowym fotografem i zapytał, czemu robię zdjęcia.
Odpowiedziałam w swoim stylu – że jestem pojebana i focę, zamiast szaleć na parkiecie. Ale tak naprawdę to po prostu lubię, to mnie cieszy i kręci. Te chwile, kiedy po powrocie do domu wrzucam foty na kompa i na zmianę klnę, że zjebałam i skaczę z radości, że będzie fajna. Będzie, bo nieustająco traktuję surowe zdjęcie jako materiał wyjściowy do zabaw graficznych, ogromnie mnie rajcuje poprawianie świata.
A ten gostek poniżej straaaasznie pchał się w obiektyw – więc OK, jest na fotce 😛

Podsumowując wrażenia pozamuzyczne: płatna szatnia ma swoje plusy, pod warunkiem, że nie jesteś zmuszony wrócić do stolika na kwadrans – bo Pan Szatniarz akurat brata się przy barze z trzema uroczymi dziewczynami….te 6 zeta za wejście – spoko, ale czemu nie można wybrać sobie koloru opaski, by pasowała do stylówy i szkoda, że je ostre brzegi haczą i zaciągają koronkowe rękawiczki…
A poważniej – te bardzo zdecydowane (eufemizując) interwencje ochrony w tym przybytku od zawsze budziły i będą budzić moje wątpliwości…. no i przestrzeganie zakazu palenia na dużej sali nad ranem staje się już niestety umowne, smród z małej o tej porze także rozprzestrzenia się z wielką mocą – co ze smutkiem i obrzydzeniem skonstatowałam po powrocie do domu, płaszcz już szczęśliwie się wywietrzył. Cieszy natomiast ogromny wybór piw i przyzwoite kibelki, matko – do rana było mydełko w płynie i papier toaletowy doniesiono natychmiast, gdy tylko się skończył.
I chyba w żadnej z „moich” knajp nie zauważyłam takiej staranności przy usuwaniu skutków różnych przystolikowych wypadków połączonych z rozbiciem butelki i rozlaniem piwa, brawa dla obsługi.
Wracałam do domu koło 5 rano, może nawet po, i znów trafiłam na taksówkarza-debila, który najpierw pytał, czy Orawska to w Łagiewnikach (chyba testował mój stan trzeźwości) a potem zafundował mi wycieczkę przez rondo Grunwaldzkie i Mateczny.
Poniosło mnie jednak dopiero wtedy, kiedy usiłował mi wmówić, że sama wybrałam taką trasę.
Kiedy w końcu rzucił lekceważąco, że ojej, to podaruję pani te 4 zł różnicy – wysyczałam, że zapłacę dokładnie tyle, ile zazwyczaj kosztuje mnie kurs na tej trasie i tyle mu wręczyłam, szczęśliwie miałam drobne.
Na pożegnanie z szyderą w głosie życzył mi kolorowych snów – odparłam, że uczciwi zawsze słodko sypiają.
Żaden matoł nie popsuje mi wrażeń tej szalonej nocy, nie ma opcji 🙂

PS. Gorące causki dla Belit, której nie mogło być z nami tamtego wieczora, ale mam nadzieję, co się odwlecze …. ❤

PS2.
W tym momencie dopiero, 3 dni po imprezie i po publikacji powyższego tekstu zajarzyłam, skąd znam Edytę.
Brawo ja 😀
Edyta – wciąż mam te trampki, tylko przyjaciółka wymalowała na nich super-czachy. I w ogóle ❤