Tagi

,

Tytułem wstępu 🙂

Kategoria „Bajuchy do poduchy” to coś z zupełnie innej beczki, nawet eksperyment – zawierać będzie bowiem opowiadania, tudzież wiersze Adriana Pełki, obecnie wokalisty Empheris, kultowej warszawskiej formacji black-deathmetalowej, także wydawcy „R’Lyeh’zine”, właściciela niewielkiej agencji koncertowej…. o reszcie opowie może kiedyś sam, kiedy uda mi się go namówić na wywiad, zainteresowanych odsyłam tymczasem do Encyclopaedii Metalum.
Tymczasem krótko – skąd pisanina Ada w moim blogu.
Znamy się „tylko” z neta, aczkolwiek osobiście upierałabym się przy niezbyt dosłownym rozumieniu słowa „tylko”.
Bo co z tego, że nie widzieliśmy się nigdy face to face, skoro w ciągu ostatniego roku wymieniliśmy jakieś 200 maili?
Zaczęło się od mojego głosu w ankiecie „Woman in metal !!!” dla 11 nr zina ”R’Lyeh” – a kiedy budowałam bloga wysłałam do Ada maila z zapytaniem, czy mogę opublikować tę swoją ankietową odpowiedź na jego łamach. Odpowiedź przyszła następnego dnia – a była tak przyjazna i dowcipna (i oczywiście, przyzwalająca 🙂 ), że odpisałam od razu.
Następnego dnia już miałam odzew – obszerniejszy i jeszcze sympatyczniejszy. I tak się zaczęło 🙂
Brakuje mi odpowiedniego słowa, żeby określić naszą znajomość – kumple? brzmi jak faceci od spotkań przy piwie – a my nasze pierwsze wspólne wciąż mamy przed sobą.
Znajomi? Bez jaj, tak nazwę osobę mijaną na imprezie z krótkim „cześć” i „hej” – a nie człowieka, z którym prowadzę od roku niemal codzienną dyskusję-rzekę – o muzyce, życiu, naszych życiowych przypadkach i wypadkach, swoich traumach i paranojach, o tym, co dla nas jest ważne i dlaczego akurat to; o świecie i jego popierdolonych mieszkańcach.
I oczywiście – o wyższości Lacrimosy nad death-black metalem, czy też odwrotnie, jak chce Ad 😉
Często się „kłócimy”, bo nasze opinie się różnią, i to mocno (i to nie tylko w kwestii Lacrimosy) – ale lubię te kłótnie, bo ani on się nie obrusza, ani też ja nie strzelam focha, każde z nas szuka wtedy nowych argumentów – albo jeszcze raz analizuje swoje stanowisko. I mimo tych różnic – jestem pewna, że gdybym kiedykolwiek potrzebowała pomocy, w dowolnej postaci – to mogę na niego liczyć, miałam już okazję o tym się przekonać – i mam nadzieję, że Ad wie, że w drugą stronę to działa podobnie 🙂
Do swojego pisania Ad przyznał mi się niedawno i dzięki sile argumentów, oraz urokowi osobistemu, udało mi się go przekonać, żeby wysłał choć jedno.

Spodobało mi się straszliwie, więc znów wykorzystałam ten urok i siłę – i tak otrzymałam zgodę na publikację.
Opowiadanie „Kostnica” zostało napisane 20 lat temu, przez zupełnie smarkatego jeszcze Adriana – ale ujrzało światło dzienne niedawno, dzięki numerowi 4/2011 „Trismegisty”, pisma literacko-filozoficznego.
Mam nadzieję, że zrobi na Was podobne wrażenie – jak na mnie.
Mam też nadzieję, że podobnie będzie z pozostałą twórczością Adriana Pełki, także z wierszami, na publikację których już go namawiam (tu włączam zniewalający urok i siłę argumentacji).
A na razie – miłej lektury 🙂

ads.jpg

*****

Kostnica.

Przygotowałem ciało do sekcji. Były to zwłoki młodego mężczyzny, który z niewiadomych przyczyn odebrał sobie życie, zażywając śmiertelną dawkę morfiny. Może po prostu przedawkował, choć o ile słuszne były moje podejrzenia, nigdy nie był narkomanem. Miałem sprawdzić zawartość toksyn w jego młodym i zdrowo wyglądającym ciele.
Byłem sam. Skąpany w klinicznym świetle białych, jasnych lamp, otoczonych mnóstwem narzędzi: rozwieraczy, przecinarek, skalpeli, pojemników i maści balsamujących. Obok fotela, na którym siedziałem, na blaszanym stole operacyjnym leżało przykryte płótnem ciało. Byłem zmęczony. Podczas pracy na trzeciej zmianie kostnicę opuszczali niemal wszyscy (żywi oczywiście) ludzie za wyjątkiem głuchawego portiera, przyjmującego zgłoszenia o nagłych wypadkach, dyspozytora transportu i jeśli była taka konieczność, jak dzisiaj – mnie.
Przygotowałem więc te narzędzia i nieboszczyka do sekcji, ułożywszy go w pozycji horyzontalnej na stole. Zapaliłem dodatkową lampę i przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w jego zamknięte oczy. Był martwy. To nie ulegało wątpliwości. Z całą pewnością był martwy i zimny, jak to pomieszczenie.
Chwyciłem nożyco-nóż i wprawnym ruchem wbiłem go w brzuch denata. Rozległo się ciche mlaskanie rozciąganych mięśni i ciała. Ciąłem w górę klatki piersiowej. Splot słoneczny nie poddawał się łatwo. Przyznam, iż nielicho się napociłem. Skoczywszy na wysokości dwunastego żebra, wymieniłem narzędzie na duży rozwieracz. Wcisnąłem go w rozdartą pierś i zacząłem przekręcać klucz. Klatka otwierała się powoli, a trzask pękających kości, rozrywanych na wysokości gardła drażnił me uszy. Zastygła krew, naturalnie pojawiała się bardzo rzadko. Przyznam, iż z niewiadomych względów zjawisko to w pewien sposób mnie fascynowało. Z reguły rozcinając lub kalecząc ciało, spodziewałbym się tryskających kaskad posoki, tymczasem tu i teraz widziałem wolno sunącą, oleistą maź o bardzo ciemnej barwie, gdzieniegdzie zastygłą i zakrzepłą. Widok jedyny w swoim rodzaju.
Klatka piersiowa była otwarta. Nareszcie. Przeciąłem nożycami aortę serca i wyjąłem je obracając w dłoni w świetle lampy. Wyglądało na normalne i zdrowe serce młodego mężczyzny pełnego życia. Niedługo myśląc wrzuciłem je do wyłożonego czarną folią pojemnika. Teraz przyszłą pora na wątrobę. Sięgnąłem właśnie po nią, gdy pacjent gwałtownie drgnąwszy uniósł powieki i głosem niespodziewanie obudzonego odezwał się do mnie. Właśnie tak:
– Co ty wyprawiasz człowieku? – zapytał z wyraźnym zdenerwowaniem w zachrypłym głosie. Był to chyba skutek (owa chrypka naturalnie) uszkodzonych, dość długo martwych strun głosowych. Gdy wbijał we mnie swe przenikliwie, szkliste oczy poczułem się nieswojo, jakbym był winien uszkodzenia jego ciała. Fakt byłem winien straszliwej masakry, jakiej dokonałem na jego ciele, ale przecież nie ja go zabiłem. Odchrząknąwszy, jak mogłem najgrzeczniej odpowiedziałem: przepraszam pana, ale to moja praca – mówiłem lekko zmieszany jego podejrzliwym spojrzeniem. – Pan, z całym szacunkiem, jest martwy, a ja muszę przeprowadzić sekcję, co pan stara się mi najwyraźniej utrudniać. Jeśli mogę prosić, chciałbym, aby leżał pan spokojnie. Niebawem powinienem skończyć, jeśli naturalnie nie będzie mi pan przeszkadzał.
Gdy przestałem mówić, denat wsparł się na łokciach i taksował wzrokiem jamę otwartej klatki piersiowej. Błyszczące płuca i wnętrzności tonęły w ciemniejącej masie brunatnej posoki, pomiędzy żelaznymi szczękami rozwieracza. Patrzył, co chwila zerkając na mnie.
– Ale to ohydne. – Odezwał się po dłuższej chwili mój pacjent. – Dlaczego wciąż mnie męczysz, człowieku? Cóżem ci winien, że wywracasz moje wnętrzności do góry nogami i każesz mi cierpieć ponad wszelką miarę.
Zdziwiła mnie szczerze jego uwaga, jako że nie sądziłem, iż umarli mogą czuć ból. Było to niezgodne z naukami medycznymi. Powołując się na uniwersyteckie źródła i dogmaty wyjaśniłem mu, że obumarły system nerwowy niezdolny jest do przekazywania bodźców zewnętrznych martwemu mózgowi, a co za tym idzie, nic co martwe nie ma prawa ani możliwości odczuwania bólu. W związku z powyższym głośno stwierdziłem, że leżący na stole denat najzwyczajniej w świecie kłamie, jak dziecko.
Na tą moją nieostrożną uwagę, zarzucającą mu kłamstwo, zareagował dość gwałtownym uniesieniem brwi i manipulując basowym tonem, nadającym głosowi poważną barwę, odezwał się ponownie.
– Taaak? Nie wiesz, co mówisz młodzieńcze. – Zaiste dziwna uwaga z ust kogoś niewiele starszego ode mnie. – Widziałem rzeczy, o których nie śniłeś w najbardziej nieprawdopodobnych snach. Byłem już martwy, gdy znalazłem się gdzieś w bezdennej otchłani, która wessała moje ciało. Leciałem z prądem pośród najczarniejszej czerni. Straciwszy cały swój ciężar gatunkowy, byłem tam popychany przez świetliste istoty , które kierowały mnie dalej i dalej w głąb czeluści. Ciemność stawała się coraz gęstsza , gdy leciałem z niesamowitą szybkością przez…
– Dobrze, dobrze… – przerwałem mu, na co zareagował otwierając szeroko usta. – Chcę wiedzieć jedno. Kiedy mianowicie będę mógł dokończyć sekcję pana szanownych zwłok. Widzi pan, jestem zmęczony i nieskory do żartów.
Milczał chwilę po czym patrząc na mnie z widocznym niedowierzaniem odezwał się niemal szeptem. – Człowieku, mówię ci o rzeczach , które ludzie przeżywali, lub nie… i rzeczy te fascynowały ich od początku świata. Byłem tam, widziałem. Opowiadam ci o śmierci i o tym co jest po niej, a ty mi przerywasz? To doprawdy czyn godny jedynie głupców i ignorantów.
Ta uwaga szczerze mnie poruszyła. Ja, absolwent uniwersytetu Petrogrodnowskiego, zdobywca dyplomu z wyróżnieniem, będący od trzech lat szczęśliwym, piastującym stanowisko w prosektorium i cieszącym się powszechnym szacunkiem człowieka nauki, ja – nazywany głupcem? I to przez kogo! Przez bliskiego rozkładowi trupa, którego z niezwykłą finezją i prawdziwie chirurgiczną dokładnością chciałem przygotować do pogrzebu, odsłaniając zarazem zagadkę przyczyny jego śmierci, odpowiadając na pytanie: czy był narkomanem, czy nie. Czerwony ze złości, odczekałem napięcie, które niechybnie spowodowałoby wybuch wściekłości z mojej strony. Odezwałem się stoickim spokojem:
– Dobrze. Wysłucham pana. Ale proszę mi obiecać, że gdy pan skończy, będę mógł dokończyć sekcję.
– Hm…cóż, zgoda. Wszak, nie myśl, że zależy mi na przekazaniu tobie owej historii. Będę mówił krótko, a może uda mi się wbić ci do tej pustej głowy wagę moich słów. Aha, i wyjmij z łaski swojej to żelastwo z mojej piersi.
Czerwony ze złości, przełknąłem tę “pustą głowę” i wyjąłem z głuchym trzaskiem rozwieracz z ciała denata.
– Uf…dziękuję – powiedział ulgą w głosie.
– Słucham więc – odparłem z niekrytym westchnieniem znudzenia. Denat albo udawał, albo faktycznie nie zauważał tego i jak gdyby nigdy nic kontynuował.
– Otóż ów mroczny tunel w swej gęstniejącej atmosferze wydawał się nie mieć końca. Coraz wolniej mknąłem, niby w oleistej konsystencji powietrza. Popychające mnie anielskie istoty gdzieś zniknęły. Zostałem sam w całkowitych ciemnościach i wtedy światło zeń płynące porażało mnie tak, że nawet zamknięte oczy nie były w stanie uśmierzyć bólu niesamowicie zwężonych blaskiem źrenic. Przesuwałem się powoli, prosto w snop ziejącego bezgraniczną świetlistością trójkąta, który przyciągał mnie pomimo gęstej atmosfery z niesamowitą siłą. Trudno było znieść ów blask, którego moc zdawała się prześwietlać moje ciało bez żadnych przeszkód. Byłem blisko, gdy…
– Przepraszam, że znów przerywam… nie mogę się oprzeć, by nie zapytać. Wie pan…- formułowałem naprędce pytania. – Czy popełnił pan samobójstwo świadomie, czy też był to skutek nadużywania morfiny, aż do zwykłego jej przedawkowania?
– Czego? – zapytał zdziwiony, zbijając mnie z tropu.
– No wie pan…Złoty strzał, czy pan był narkomanem? – Sam byłem zdumiony tym, co przed chwilą powiedziałem. Taki słowny dysonans zupełnie nie pasował do mojej, skądinąd reputowanej osoby.
– Och, dlaczego tak sądzisz? – Zapytał nieboszczyk.
– Nic, tak tylko pytam. Wdział pan świetliste trójkąty, wydawało się panu, że lata…
– Na miłość Boską, człowieku! Przecież ja byłem martwy, jak teraz – podniósł głos. Niedobrze. Dyspozytor mógłby usłyszeć, jak gadam z trupami, a wtedy odstawiliby mnie do czubków i żegnaj kariero. Uspokajającym gestem uniosłem obie dłonie.
– Tak, tak. Naturalnie. Niech się pan uspokoi. Proszę mówić dalej.
– Ech…- żachnął się nieboszczyk. Zatem jak mówiłem, byłem blisko świetlistego trójkąta, gdy ten z niezwykłą siłą wciągnął mnie do swojego wnętrza .Wtedy na ułamek sekundy dosłownie poczułem się tak, jakbym znalazł się we wnętrzu olbrzymiej żarówki. Jasność, jaka w owym strzępku chwili nastała, sprawiła, iż zdawało mi się, że spłonę od samego jej światła, niewypowiedzianego blasku, porażającego jak stosy gromów. Po chwili wszystko było już normalne. Znajdowałem się w cylindrycznej jamie, unoszony delikatnymi prądami. Wokół mnie i przeze mnie przepływały przepiękne istoty, anielskich kształtów i bajecznych wprost, delikatnie zarysowanych konturów. W niczym jednak nie przypominały człowieka. Ja, choć tak od nich różny, czułem się między nimi cudownie, lecąc tak w nieznanym kierunku. Piękne istoty to zatrzymywały się, przyglądając mi się z zaciekawieniem, to znów inne, nie zauważając mnie, leciały dalej.
Koniec tunelu światłości stał się widoczny, gdy minąłem coś na kształt rzeźbionego portalu i wpłynąłem do ciemniejszego korytarza. Tu spostrzegłem. że piękne istoty gdzieś zniknęły. Przemknąłem pod portalem kierując się ku wyjściu. Już z oddali słyszałem szum. Szum wody. Dotarłem do końca tunelu, kształtem przypominającego rurę odprowadzającą wodę do rzeki.Ostrożnie wychyliłem się na zewnątrz, wielce zaniepokojony. W normalnym przypadku, zapewne zakrztusiłbym się z wrażenia na widok tego, co zobaczyłem. Wtedy jednak nie zrobiło to nam nie większego wrażenia.
Przede mną rozpościerała się niekończąca tafla spienionego oceanu. Nade mną zaś, niby olbrzymie lustro odbijające widok prostopadle do poziomu oceanu, majaczyło identyczne morze. Zapewne, podporządkowane jakimś nieznanym prawom grawitacji, owe wodne “sklepienie niebieskie” trzymało się odgórnego gruntu. Co najdziwniejsze, gdy wymknąłem się z końca tunelu, ten zniknął, a przede mną, za mną i ze wszystkich stron miałem tylko spienioną wodę. U góry i na dole. Doprawdy niesamowite.
Zacząłem sunąć pomiędzy dwoma sklepieniami tak, że wkrótce straciłem orientację, gdzie jest góra, a gdzie dół. W oddali majaczył horyzont. Widziałem go ze wszystkich stron, niknące w półmroku niezwykle połączone dwóch sklepień wodnej materii…
– Muszę przerwać panu raz jeszcze. Pan wybaczy, ale jestem zmuszony ponaglić pańską opowieść, gdyż mój czas jest ograniczony, a zmęczenie i senność wkrótce uczynią mnie biernym słuchaczem.
Denat zamyślił się przez chwilkę smakując moją uwagę, po czym odrzucił głowę w tył, ukazując przy tym błyszczące ścięgna szyi i odezwał się dostojnie:
– Czy uważasz mą opowieść za nudną? – Ależ skąd – odparłem, w obawie, by znów nie podniósł głosu.
– O co więc chodzi?
– Chciałbym tylko, aby pan, o ile to możliwe, streścił swą opowieść.
– Streścił?
– No wie pan, skrócił?
Zapadła niezręczna cisza, gdy mój rozmówca ponownie taksował mnie wzrokiem. Znów poczułem się nieswojo. Słowo “zażenowany” w przypadku mojej osoby byłoby chyba na miejscu.
– Dobrze więc. Powiem ci wprost, dlaczego żywym wydaje ci się moje ciało i dlaczego mówię to wszystko. Nie co dzień się zdarza, by umarli mówili do swoich oprawców, nieprawdaż? Niewątpliwie miał rację, choć korciło mnie, by zadać mu jeszcze kilka pytań. Powstrzymałem się jednak, by nie sprowokować go ponownie do podniesienia głosu.
– Proszę powiedzieć mi zatem. Proszę powiedzieć wszystko, byle szybko. Nie chce pan chyba bym skonał ze zmęczenia. – Chrząknąłem. – Przepraszam za “skonał”. – Dodałem. Mój rozmówca był jednak nie poruszony tą skądinąd “grubiańską” w tym przypadku uwagę. Machnął tylko ręką i mówił dalej.
– Nie opowiem ci o mojej podróży przez oceany, o szklistej bramie niebios i mym, wątpliwej przyjemności, powrocie tutaj, przejdę od razu do meritum sprawy.
Odetchnąłem z ulgą, czego najwidoczniej mój pacjent nie zauważył. Grunt, że przybrawszy wystudiowany za życia wyraz twarzy zaczął wreszcie mówić.
– Otóż jestem praktykującym akolitą obrzędu ascjenistycznego i po pierwsze w ogóle nie powinno mnie tu być. Nasza religia nie dopuszcza balsamowania zwłok, ani pośmiertnej sekcji. Przekonałem się o tym będąc “tam” gdy spotkałem proroka Izohietrę. Nie dopuścił mnie do zaszczytu poznania największej prawdy wiecznego spokoju. Musiałem zrobić coś, by nie tylko wrócić, ale i poinformować stosowne organa, o nie dokonywaniu na mym ciele żadnych działań mogących je uszkodzić. W tym celu odwiedziłem tylko jedna osobę. Właściciela kostnicy. Biedak, dostał ataku serca i skonał w moich ramionach. Najpewniej jutro go tu dowiozą. Jego będziesz mógł go pokroić – był protestantem. Tymczasem, gdy byłem u niego, ty chłopcze zacząłeś już ćwiartować moje ciało. Zjawiłem się więc natychmiast pozornie je ożywiając. Chciałem ci jasno opowiedzieć przez co przeszedłem, by móc dostąpić łaski Pana. Lecz niestety nie udało mi się to. Proszę cię więc bardzo serdecznie: włóż mi serce z powrotem, poskładaj pęknięte kości, byle trzymały się kupy i zaszyj ranę, a być może wtedy dostąpię łaski. Błagam cię o to. Inaczej potępisz mnie na wieki.
Cóż mogłem mu rzec? Przez długą chwilę stałem cmokając w zamyśleniu.
– Rozumiem pański problem, ale nie mogę przerwać sekcji. Rozumie pan, to moja praca. Z tego żyję. A mój szef… był dobrym człowiekiem. Świeć Panie nad jego duszą..
– Och, co do szefa proponowałbym obsłużyć go ze stosowną zniżką cen. Miłosierdzie procentuje. Mówię to panu PROCENTUJE.
Ostatnie swoje słowa przeliterował akcentując każdą głoskę. Dopatrzyłem się w tym ukrytego kontekstu.
– Bez wątpienia sugeruje mi pan, że jeśli nie poskładam pana do kupy, mogę zostać potępiony?
– Dokładnie.
– Ale jeśli wyleją mnie z pracy, stracę tak dobrze rozpoczynającą się karierę, zostanę bez pieniędzy I zwyczajnie wyląduje na bruku.
– Niezupełnie. Możesz przecież wpisać w kartę chorób truposzy przedawkowaną morfinę, jak to poetycko nazwałeś ów “złoty strzał” i nikomu nic nie mówiąc odstawić mnie na półkę w chłodni. Ręczę, że nikt o niczym się nie dowie. Nie będą przecież kwestionować zdania takiego autorytetu.
Byłem zbity z tropu. Ów komplement wydał mi się podejrzany, choć z drugiej strony trudno było nie przyznać mu racji. Jego plan brzmiał logicznie.
– Proszę dać mi pomyśleć.
Przespacerowałem się między łóżkami kilka razy, co chwila przystając. Myślałem, mając nadzieję, że mnie nie nabiera. W końcu odezwałem się.
– W porządku. Niech będzie. Kładź się pan..
Trup opromieniał: “Dziękuję”. – rzucił i już leżał nieruchomo jak…trup.
– Hej! – Zawołałem. Żadnej reakcji. – Proszę wspomnieć o mnie Izochietrze, dobrze? Mój pacjent milczał jednak uparcie. Co więcej nie reagował na żadne bodźce. Opukałem dokładnie jego czaszkę.
Długo siedziałem nad rozłożonym ciałem, aż w końcu zasnąłem ze skalpelem w ręku. Obudziłem się o świcie na laboratoryjnym fotelu z przerażeniem przypomniawszy sobie, że o 6.30 zaczyna pracę pierwsza zmiana. Przede mną leżało ciało, na którym nie dokończyłem sekcji.
W pośpiechu rozszerzyłem klinem arterie i za pomocą specjalistycznych ssaw wypompowałem z niego krew. W międzyczasie rozpamiętywałem jak przez mgłę wydarzenia mijającej nocy, niczym pół-sen, pół-jawę. Byłem wykończony. Wymieniłem krew na balsam żywiczny, który wtłoczyłem w żyły nieboszczyka, strategiczne wnętrzności powędrowały do worka, potem naprędce zszyłem ciało. Skończyłem.
O 8.00 rano przywieziono zwłoki właściciela kostnicy i od razu położono je na stole. Gdy koroner wyszedł podszedłem bliżej i uniosłem biały całun odsłaniając twarz nieboszczyka.
– Judasz… – Wycedził przez zęby.
Puściły mi nerwy i zacząłem z zapamiętaniem tłuc trupa po głowie, tułowiu i całym ciele metalowym stołkiem. Odciągnęli mnie moi przyjaciele.
Kilka dni później nie miałem pracy, pieniędzy, a moja wspaniała kariera zakończyła się niespodziewanie szybko. Nie było dla mnie żadnych perspektyw. Skoro miałem być potępiony – dlaczego nie natychmiast. Tydzień później, nie zostawiając żadnej wiadomości, odebrałem sobie życie.

Adrian Pełka.
Warszawa 96.01.23