Tagi

Znowu śniłam TEN sen.
Sen, którego różne wersje nawiedzają mnie co jakiś czas, a ja za każdym razem budzę się zawstydzona, bo każda odsłania prawdę o mnie, opowiada o moich słabościach i fascynacjach.
Kiedyś te skłonności wydawały mi się nieco dziecinne i romantyczne – dziś widzę, ile w nich zmysłowości.
Ten najwcześniejszy przyśnił mi się ponad ćwierć wieku temu, dziś opowiem Wam sen ostatni.
Odwiedzałam w nim przyjaciół, może krewnych, zamieszkujących ogromne, podniszczone gmaszysko, którego wnętrze przypominało mi te, znane z „Gry o tron”.

Był wieczór, zaprowadzono mnie do obszernej, ciemnawej kuchni i zaproszono do stołu, mieliśmy wspólnie przygotować kolację.
Para znajomych wśród luźnej pogawędki wyciągała z lodówki i spiżarni pakunki z serem, wędliną i jarzynami, kładąc je wprost na nagi blat ogromnego, drewnianego stołu, naznaczony niezliczonymi śladami cięć noża i zapewne pracowitego szorowania.
Od samego początku jednak, na samym jego środku, leżało spore zawiniątko – woreczek ze śnieżnobiałego płótna, podobny nieco do tego, w jakim 50 lat temu moja babcia przynosiła z targu mąkę.
Ten jednak był luźno związany cienkim sznurkiem i zawierał coś kanciastego.
Gospodarz zauważył moje pytające spojrzenie i pobladł lekko wołając – „nie ruszaj tego, nie dotykaj !!!!”
Jego wyjaśnienia zdumiały mnie nawet we śnie….
Przyciszonym głosem wyjaśnił, że rzeczy owe należą do potężnego, niewidzialnego Demona, który lubi pojawiać się w kuchni w porze kolacji.

Nie wiadomo, czemu wybrał akurat ten dom i tych ludzi, ale oczekuje od nich tylko jednego – towarzystwa przy wieczornym posiłku.
I żeby nie ruszać, nawet nie dotykać produktów, które sobie przygotował – mają leżeć na stole czekając, aż się zjawi.
Jest na tym punkcie szczególnie czuły i lepiej tego zakazu przestrzegać, niż narazić się na jego gniew.
Wysłuchawszy przestraszonego szeptu mężczyzny wzruszyłam ramionami – no dobra, co za problem?
Stół jest olbrzymi, bez problemu przygotujemy posiłek trzymając łapy z daleka od tego demonowego żarcia, nie ma sprawy.
Byłam tego pewna tak długo, póki w pewnym momencie nie usłyszałam okrzyku przerażenia – mężczyzny i kobiety, równocześnie.
Spojrzałam – ich wskazujące palce skierowane były na to nieszczęsne zawiniątko.
W pierwszym momencie wszystko wydawało się wyglądać tak samo, jednak starczyła chwila, żebym spostrzegła – że nie całkiem.
Odrobinę – ale wystarczająco, aby i mnie udzielił się ich niepokój: sznurek, jakim był związany lniany woreczek jakimś cudem się poluźnił i na blat stołu wypadł spory okruch chleba.
Stałam w bezruchu gapiąc się nań i nie wierząc w to, co się stało, a przez głowę przebiegały mi myśli, jedna głupsza od drugiej: szybko włożyć go do środka i zapakować, jak było – może Demon nie zauważy?
Może spróbować jakoś się wytłumaczyć, wyjaśnić….
Albo uciekać?
Tak, uciekać, wybrałam trzecią opcję – ale szybko się zorientowałam, że na próżno.
Spóźniłam się.
Demon już wiedział.

Jego nadejście zwiastowały drobne zawirowania powietrza w kątach ciemnej kuchni i pod sufitem, powoli przeradzające się w solidne podmuchy, porywające śmieci, okruchy ze stołu, serwetki… powiewom i porywom towarzyszyły syki i pomruki, w końcu grzmoty – w kuchni rozpętał się huragan, zaczęła szaleć burza.

Z trudem przeciwstawiając się wichurze i przytrzymując co cięższych sprzętów i futryn – usiłowałam wydostać się z nawiedzonego wnętrza… ale choć z oporami pokonałam kuchenne drzwi i znalazłam się na korytarzu – tam zawierucha wcale nie była słabsza: wicher gwiżdżąc i wyjąc przypierał mnie do ściany, szarpał włosami, rzucał w twarz drobne przedmioty.
Z wysiłkiem zrobiłam jeszcze jeden krok i straciłam prawie oddech, uderzona w pierś pędem powietrza, jak pięścią.

Zrozumiałam – że nie mam szans.
Nie zrobię już ani kroku więcej, nie wyjdę z gmachu, Demon mi na to nie pozwoli.
Więc nie ucieknę.
Ale olśniło mnie – że wcale nie muszę.
Że nawet tego nie chcę.
Przestałam walczyć, przestałam się szarpać, przestałam opierać.
Dyszałam ciężko, zmęczona walką….. myśli w mojej głowie też się powoli uspokajały, choć każda kolejna była dziwniejsza od poprzedniej.
Nie czułam ani strachu, ani nawet niepokoju – raczej osobliwą błogość… i im dłużej zastanawiałam się nad jej źródłem, tym mocniej zdawałam sobie sprawę z faktu – że źródłem tym był Demon, jego potęga i jego bliskość… i z każdą upływającą chwilą coraz bardziej, coraz spokojniej oswajałam się z myślą, że bliskość ta stała się najważniejszą potrzebą w moim życiu.
Wicher cichł, jedynie drobne podmuchy kręciły pyłem i małymi okruszkami w kątach korytarza….
Stałam na szczycie schodów jeszcze chwiejąc się lekko – pewna jednak, że teraz wicher byłby mi przychylny, że Demon uratowałby mnie, gdyby było trzeba, nie pozwoliłby spaść.
Byłam pewna jeszcze jednego, a myśl o tym wypełniła mnie całą i jarzyła się oślepiającym blaskiem, bo dotarło do mnie, że uwielbiam Demona, uwielbiam i kocham całą duszą, tak mocno – jak mocno potrafi kochać kobieta…. i chcę z Nim spędzić resztę życia, przy Nim, blisko – nieważne, na jakich warunkach, być z nim na zawsze.
„Wezmą Cię za pomyloną, wiesz o tym” – jego cichy głos rozległ się wprost w mojej głowie a oddech połaskotał w kark, by po chwili zmienić się w wyraźny uścisk, rozlać po szyi i ramieniu.
Roześmiałam się, nie zdziwiona ani odrobinę, że zna moje myśli.
„Już teraz nikt mnie za normalną nie uważa, więc tego akurat się nie boję” – powiedziałam zupełnie spokojnie, choć coraz mocniej czułam dotyk jego niewidzialnych palców, może macek, nie wiem, wszak dopiero się poznawaliśmy, wiedziałam jednak, że zdążymy, mamy na to całą wieczność.
Wyszliśmy razem.
Czułam, że trzyma moją dłoń, delikatnie, ale stanowczo, a jego dotyk oplata już całe moje ciało i choć serce wyrywało mi się z piersi w dzikim trzepocie – to wciąż się uśmiechałam, bo nie był to ani strach ani obrzydzenie.

Tak, to wszystko zdarzyło się naprawdę – w moim śnie.
Minęło kilka tygodni – a ja wciąż doskonale pamiętam ten głos w mojej głowie, oddech Demona na moim karku i dotyk palców, czy macek, na ramieniu.
Wciąż je czuję.