Tagi

, ,

Jeśli czytacie moje recenzje muzyczne, musieliście zwrócić uwagę – z jaką serdecznością, mocnym poczuciem więzów krwi i braterstwa dusz traktuję twórczość naszych wschodnich sąsiadów.
Podkreślałam wielokrotnie, jak bezradny staje się mój rozum, jak kompletnie nieprzydatna wiedza i doświadczenie – w zderzeniu z burzą emocji i wichrem namiętności, które rwą moje serce na strzępy i motają duszę.
I nawet jeśli różni tacy mądrzy, doświadczeni i biegli w temacie narzekają czasem, że prezentowana muzyka nie jest odkrywcza, że brzmienie przypomina setki innych goth-metalowych kapel z męskim growlem i damskim operowym głosem, że angielski brzmi fatalnie i co-tam-jeszcze – to ja mam to gdzieś.
Niech sobie swoje opinie wsadzą, i tyle.
Ja i tak słyszę swoje i czuję swoje, a brzmień owych będę bronić do ostatniej kropli krwi, utoczonej z mojego wzruszonego serduszka.
I nic mnie nie rozwala tak, jak ten angielski z rosyjskim/białoruskim/ukraińskim zaśpiewem, matko ❤
Ostatnio więc zabiła mnie metalowa wersja Lacrimosy z „Requiem” Mozarta.
Buty mi spadły i zapomniałam o oddychaniu, powaga.


No japierdole, no.
Od zawsze mówiłam, że ten cały Mozart to metal, prawdziwy metal – tyle, że unplugged 😉
I dokładnie te dźwięki właśnie słyszę – zawsze, słuchając „Requiem”.
Dokładnie te same, razem z tym metalowym pierdolnięciem, słyszałam na koncercie mozartowskim parę lat temu, w klasztorze w podkrakowskiej Mogile i do dziś nie rozumiem, czemu towarzyszący mi Irek.B. syczał, że mam siadać i żadnego podrygiwania, kiedy mnie aż podnosiło.
Kapela o wdzięcznej nazwie I Miss My Death zagrała ten cudowny utwór dokładnie tak – jak ja od zawsze go słyszę.
Czyż to nie jest wystarczający powód, żeby ich pokochać na wieki?
A dodatkowo za to, że męski chór boskich growli śpiewa łacińskie słowa

„Lacrimosa dies illa,
qua resurget ex favilla
judicandus homo reus.
Huic ergo parce, Deus,
pie Jesu Domine,
dona eis requiem. Amen.”

niemal po rosyjsku.
Po łacinie, zgadza się, ale brzmią z rosyjska – genialnie, bo nie chodzi jedynie o wymowę ale o harmonię, bardzo folkową w tym momencie.
A jakie tam są gitary, jakie solówki, matko…..
A pisałam o powalającym mezzosopranie Eleny Kriwowiaz? Kiedy używa tego swoistego „wokalnego staccato” – to jeżą mi się włoski na rękach…
Ok, spróbuję ochłonąć – więc trochę konkretów.
Formacja pochodzi z Ukrainy, z Kijowa.
http://imissmydeath.at.ua/

Skład:

Сергей Кривовяз (Siergiej Kriwowiaz) – wokale, gitara, teksty
Елена Кривовяз (Elena Kriwowiaz)– wokale
Роман Коваленко (Roman Kowalenko) – gitara prowadząca
Никита Гром (Nikita Grom)– klawisze
Сергей Рябцев (Siergiej Riabcew) – bas
Сергей Новаченко (Siergiej Nowaczenko) – perkusja


(zdjęcie pochodzi z sesji promującej album, umieszczonej na fb)

Album „In memories” jest ich pierwszym LP w dorobku – i mam nadzieję, nie ostatnim.

1. The Last Overture
2. In the Dark Garden of the Vampire
3. In Memories
4. Silence Cries
5. Thirteen Autumns of My Solitude
6. Earl Pale
7. Trail into the Past
8. Silent Existence
9. Flower that Fades
10. The One
11. While You Remember Me
12. Lacrimosa (W.A.Mozart)

http://metalscraprecords.bandcamp.com/album/i-miss-my-death-in-memories

To boskie zestawienie niskich rejestrów gitar, ponurych i przejmujących, oraz chrapliwych growli – z głosem Eleny o niesamowitej skali (może to nawet bardziej sopran dramatyczny) i głębokiej, aksamitnej, nieco przyciemnionej barwie… smyczków skrzypiec i altówek z klawiszami… dodajcie jeszcze przecudne harmonie, pięknie rozwijające się melodie i hipnotyczny rytm gitar.
Płyta „In Memories” to IMO esencja goth-doom-metalu.
Od melodyjnego, fortepianowego intro z wokalizą Eleny i odrobiną elektroniki – po zamknięcie mozartowskim bonusem.
I uwielbiam „In the Dark Garden (…)” za temat, podejmowany przez kolejne instrumenty, wreszcie wokal Eleny…. za klawesyn i za odgłosy ptaków w ogrodzie… za finałowy przejmujący dialog w tym angielsko-rosyjskim i za ledwie słyszalny mnisi chór w tle…
Uwielbiam powolny sposób, w jaki w utworze kolejnym, ponad dziesięciominutowym, buduje się konstrukcja melodii, a kiedy nadchodzi finał to nie mam wątpliwości, że to zwieńczenie, że to gwóźdź programu i wtedy gitary przyspieszają i zaraz zaczyna się „Silence Cries” a ja mam wrażenie, że utwór poprzedni rozwija się nadal, coraz mocniej hipnotyzując, ciągnąc w głębię, w toń… uderzają gitary i Elena uderza wokalem, znowu używając tego magnetyzującego staccato.
A potem znowu organy, wiolonczele i altówki…. pogrzebowy, posępny rytm i powalający rozpaczą growl…
Tak strasznie trudno wybrać mi utwory, które zrobiły na mnie największe wrażenie, po kilkukrotnym przesłuchaniu „In Memories” odnajduję wciąż nowe smaczki i wciąż nowe powody do zachwytów.
Kocham „Earl Pale” za minimalizm – za smyczki, klawisze i powalający wokal Eleny Kriwowiaz.
I „Flower that Fades” za rewelacyjny temat i hipnotyzującą konsekwencję w konstruowaniu muzycznej opowieści … za przełamanie tej konsekwencji w połowie utworu, po to – by całą konstrukcję postawić od nowa.
Ponad ośmiominutowy „While You Remember Me” jest podobną, misterną i genialnie poprowadzoną muzyczną układanką z równie interesującym motywem przewodnim i małym żarcikiem klawiszowym w finale.

I na tym miałam swoją recenzję zakończyć, ale życie, jak to życie – zgotowało mi kolejną cudną niespodziankę….

Nie wiem, jak Wy, ale ja zaczynam płakać dokładnie w dwudziestej sekundzie utworu, kiedy wchodzą te zawodzące skrzypce… od ich płaczu pęka moje serce i rozsypuje się na milion kawałków, których nie udaje mi się zebrać do kupy aż do ostatniego dźwięku. Tym bardziej, że do smyczków dołącza wokal – bardzo wysoki, o delikatnej, niesamowicie słodkiej i odurzającej barwie, która zwielokrotniona w dwugłosie staje się upajającą torturą. Dodajmy do tego subtelne, akustycznie brzmiące gitary i bardzo udaną, przejmującą półminutową solówkę w czwartej minucie.
Od samego początku wiedziałam też, że utwór „Alone” wykonuje z pewnością formacja rosyjsko-języczna, ten angielski wokalistki nie zdołał mnie oszukać 😉
Przyznam też szczerze, że nie do końca spodobał mi się clip, który odnalazłam w sieci i który zalinkowałam powyżej.
Mrok, morze melancholii i ocean romantyzmu, szafirowa kolorystyka, las, śnieg, księżyc, wilki i ta gotka w pełnym rynsztunku śpiewająca na leżąco – no nie wiem.
Mam nadzieję, że rozumiecie – utwór posiada tak ogromny ładunek emocji – bólu, żalu i rozpaczy, że podkreślanie tego obrazem, w taki sposób, czyni stylistykę nieco przesadzoną, jak dla mnie.
Dlatego szukając albumu, z którego pochodzi „Alone” byłam pełna niepokoju – szczęśliwie się nie zawiodłam.

http://ultra-music.com/news/11966 – tu link do legalnego downloadu pliku muzycznego.
http://mourning-crimson.com/
Z powyższych linków dowiedziałam się, że grupa Mourning Crimson (Mińsk, Białoruś) nagrała właśnie singla, wykorzystującego w tekstach 2 wiersze Edgara Allana Poe.

Alone

From childhood’s hour I have not been
As others were – I have not seen
As others saw – I could not bring
My passions from a common spring

Then – in my childhood, in the dawn
Of a most stormy life – was drawn
From every depth of good and ill
The mystery which binds me still –

From the torrent, or the fountain –
From the red cliff of the mountain –
From the sun that round me rolled

From the lightning in the sky
As it pass’d me flying by –
In its autumn tint of gold –

From the same source I have not taken
My sorrow – I could not awaken
My heart to joy at the same tone –
And all I loved – I loved alone –

From the thunder and the storm –
And the cloud that took the form
When the rest of Heaven was blue
Of a demon in my view.

Serenade

So sweet the hour, so calm the time,
I feel it more than half a crime,
When Nature sleeps and stars are mute,
To mar the silence ev’n with lute.
At rest on ocean’s brilliant dyes
An image of Elysium lies:
Seven Pleiades entranced in Heaven,
Form in the deep another seven:

Endymion nodding from above
Sees in the sea a second love.
Within the valleys dim and brown,
And on the spectral mountain’s crown,
The wearied light is dying down,

And earth, and stars, and sea, and sky
Are redolent of sleep, as I
Am redolent of thee and thine
Enthralling love, my Adeline.
But list, O list, – so soft and low
Thy lover’s voice tonight shall flow,
That, scarce awake, thy soul shall deem
My words the music of a dream.

Thus, while no single sound too rude
Upon thy slumber shall intrude,
Our thoughts, our souls – O God above!
In every deed shall mingle, love.

„Night Serenade” okazał się utworem o potężnym, majestatycznym brzmieniu i sporym wykopie, zupełnie różnym od nieco ckliwego „Alone”.
Mnie osobiście zachwycają mocne, dzikie i szalone smyczki, trochę jak z „Requiem dla snu”…. monumentalny chór growli po „Agathodaimonowsku” posępny… a kiedy dialog z nim podejmuje chór głosów damskich – to podczas ostatniej zwrotki czujesz ciary po plecach. I jeszcze to cudowne rytmiczne „ciach” w ostatnim wersie – genialne rozwiązanie.
Na singlu zamieszczono jeszcze 2 wersje orkiestrowe tego utworu, gdzie królują te niesamowite skrzypce i altówki, w odsłonie ostatniej – wspólnie z pełnym patosu chórem.
Jestem też bardzo ciekawa reszty twórczości formacji jak i zapowiadanego, pełnowymiarowego albumu, o roboczym tytule „Night Serenade”.

(zdjęcie z http://www.israbox.com/ )

Obie grupy rozpoczęły działalność niedawno, bo w 2007 roku – obu więc gorąco życzę dalszego owocnego rozwoju, wielu świetnych płyt i koncertów, również za zachodnią granicą 🙂