Tagi

Wszystko zaczęło się, kiedy pisząc o utworze „Feniks” Quo Vadis zerknęłam na komentarze na YT i zauważyłam powtarzające się teksty w rodzaju: „chciałbym ten kawałek usłyszeć na swoim pogrzebie”…. „chciałabym, żeby to zabrzmiało nad moją trumną”.
Jestem pewna, że i mnie, i Wam, czytającym te słowa, też się to zdarzyło: wrzucić na FB link do jakiegoś melancholijnego kawałka i dopisek podobnego gatunku.
I może rzeczywiście tak myślimy.
My, ludzie młodzi.
Piszemy takie słowa, składamy podobne deklaracje, lecz na ile zdajemy sobie sprawę z ich realności?
Bo kto z nas ma tak naprawdę świadomość nieuchronności śmierci…
Co najwyżej wygląda to tak: „umrę, wiem, ale to za tysiąc lat, czyli praktycznie – nigdy”.
Kiedy ma się dwadzieścia parę lat to chwila ta wydaje się tak odległa w czasie – jak epoka lodowcowa.
Kiedy mamy dwadzieścia parę lat – to wrzucamy na fejsbukowy profil zdjęcie zajebistego domu z adnotacją „ooo tu chciałabym mieszkać”…..
I fotę jakiegoś auta za 5 milionów, plus koment „ale bym chciał mieć taką brykę …”
A do zdjęcia miss Ekwadoru dodajemy „ta to mogłaby mi urodzić dzieci”.
„Chciałbym, żeby ten utwór zagrali na moim pogrzebie” wrzucamy najczęściej z podobną beztroską, jak poprzednie…
Jednak jest pewna różnica, której zdajemy się nie dostrzegać.
Tak jak w pierwszych przypadkach zdajemy sobie sprawę, że to jedynie marzenia, że ani taki pałac, ani autko nie trafi się nam raczej, a miss Ekwadoru na nas nie poleci – to chyba mało kto jest w pełni świadom faktu, że ze śmiercią jest inaczej.
Nasz własny pogrzeb jest dla nas wtedy tak samo realną perspektywą jak wypalenie się słońca i zamarznięcie piekła, więc propozycje oprawy muzycznej naszej ceremonii pogrzebowej rzucamy lekko i nie do końca serio.
A potem kończymy studia, rodzimy dzieci i nagle pewnego ranka dociera do nas fakt, że mamy 58 lat, przewlekłe zapalenie jelit, astmę, zwyrodnienie kręgosłupa, oraz jakąś jedną trzecią Encyklopedii Medycznej chorób.
Wtedy perspektywa cmentarnych uroczystości, z nami w roli głównej, nabiera znacznie realniejszych kształtów.
Tak jest też w moim przypadku, aczkolwiek, tak między nami, niespecjalnie mnie obchodzi, jak będzie wyglądała ceremonia pogrzebowa Drzo…
Chociaż…
Nie, po zastanowieniu jednak NIE, nie jest mi wszystko jedno.

Po pierwsze – na sam mój pochówek jak najmniej kasy, może więc kremacja? Jakaś prosta ziemna mogiła? Żadnych, kurwa, pomników, żadnego wyrzucania hajsu w błoto, nic z tych rzeczy – nawet, jeśli oznacza to, że miejsce spoczynku moich doczesnych szczątków szybko zarośnie trawą.
Niech sobie zarasta, spoko, zielone jest fajne, zdrowe.
No i wcale nie zależy mi, żeby w Dzień Zmarłych przy moim grobie spotykały się grupki krewnych czy znajomych i w powadze, smutku oraz zadumie stawiały na nim jakieś jebane znicze i chryzantemy.
Wolę zdecydowanie, żeby ci, co mnie lubią, w rocznicę mojej śmierci umawiali się na wspólne piwo w PodZiemiu czy w innym gustownym miejscu i sącząc trunki wspominali, jaka byłam zajebista.
I żeby świetnie się przy tym bawili.
Na przykład przy opowieściach, jak to na koncercie Arkony spierdoliłam na funty laskę, która mogłaby być moją córką, a która po chamsku odepchnęła mnie od barierek i sugerowała, że czas na emeryturę…. i jak za chwilę z inną babeczką zakładałyśmy się, która z nas jest starsza i oczywiście wygrałam, przy aplauzie pobliskiej młodzieży 🙂
Żeby Ancik przypomniał, jak po obejrzeniu kolejnej serii moich super-udanych zdjęć z imprezy uświadomił mi, zupełnie bez szydery oczywiście, konieczność założenia na fb strony „Drzoanna Photography” i jak dziko ryczałyśmy potem ze śmiechu 😉
Żeby Lukier opowiadał o tym, jak ganiał mnie po domu krzycząc „NIEEEE!!!!” i usiłując mnie zakneblować, gdy zamęczałam go zwierzeniami o moim zaświergolonym sercu i kolorowych szczegółach anatomicznych ofiary mojego zaświergolenia – i jak srogą zgotował mi zemstę 😀
A Void i inni świadkowie mojego cudownego koncertowego ozdrowienia relacjonowali historyjkę o tym, jak to magia muzyki Deathcamp Project uniosła mnie, pozwoliła odrzucić kule i skakać przy barierkach na jednej nodze, z drugą w gipsie 🙂
Nawet ci, którym stałam się bliska dzięki pisaniu o Zespole Sudecka czy o Tomku Beksińskim, dzięki wspomnieniom o domu rodzinnym, chorobach, szpitalach i tragediach, o rocznicach pełnych goryczy – mają absolutny zakaz smęcenia i zamulania.
Nie chcę, żeby ludzie płakali.
Wolę, żeby mi zazdrościli zajebistego życia.
Moich miłości, mojej pracy, moich uczniów, moich przygód i moich radości, częstych i dzikich.

Podobno ludzie marzą o tym, żeby świat po ich odejściu już nie był taki sam, sądząc zapewne, że pustka po nich będzie bolesną, głęboką i wiecznie krwawiącą wyrwą w świadomości bliskich i dalszych i takietam.
Optymiści 😉
Zmienić świat na lepszy, w sposób trwały i globalny?
Niemożliwe.
Mam jedynie taką małą, cichutką nadzieję, że do tej pory udało mi się parę osób rozśmieszyć, parę wzruszyć, kilku pomóc. Niektórych zapewne wkurwiłam i pewnie jeszcze spora grupa czeka w kolejce, sory wielkie, musicie jakoś znieść tę perspektywę 😉
Bo jeszcze trochę pożyję, i jak znam siebie – niektórych rozbawię, innym zafunduję wkurwa, cóż, życie.
Jednych i drugich pozdrawiam ciepło, choć jesiennie.
To ten koniec września, to ten chłód za oknem, zapach ognisk i wieczorne mgły – i komentarze na Youtube, to stąd ten temat.
Ale uwierzcie, większym dylematem jest dla mnie teraz, czy zmienić letni pledzik na zimową kołdrę czy jeszcze zaczekać – niż wybór utworu na mój pogrzeb.
PS.
Dokładnie w chwili, gdy piszę te słowa, moje drugie w kolejności ukochania radio, czyli Goth’N’Metal, zapuściło właśnie „Go away” Cruxów i to chyba także świetna propozycja na…. ech, nic nic 😛