Tagi


1.

Do napisania poniższego tekstu natchnął mnie fejsbukowy łańcuszek, tyczący dziesięciu ukochanych książek.
Łańcuszek dla zasady olałam – ale zaczęłam się zastanawiać.
Jakie książki wpłynęły na moje życie, ukształtowały, w czymś pomogły, albo popchnęły w konkretnym kierunku?
I na ile jest istotne, czy czytałam je raz – czy sto, czy pokochałam je za pierwszym czy za setnym razem… a może wcale nie polubiłam, może nawet nie udało się ich doczytać do końca – ale odmieniły mój los, czegoś nauczyły. Więc albo rzuciły na kolana, albo wywołały gromkie „no nie, nie, nigdy w życiu, kurwa!!!” – takie książki też są ważne.

Podejrzewam, że niewielu z Was przeczytało tyle książek i czasopism, co ja.
Powaga.
Jeszcze przed maturą przeczytałam WSZYSTKIE książki beletrystyczne z Tarnowskiej Biblioteki Publicznej przy ul Staszica, no może z wyjątkiem Kraszewskiego i podobnego nudziarstwa.
Pożyczałam zwykle po 3-4 pozycje na raz, nigdy nie przetrzymując ich poza wyznaczony termin i czytałam jak opętana – rodzina nazywała to „pożeraniem” książek.
I faktycznie tak było – dla dziewczyny wychowywanej „pod kloszem” z jednej, a trzymanej bardzo „krótko” z drugiej strony było to jedyną praktycznie rozrywką, całym światem.
Telewizja dopiero raczkowała, rodzice starannie selekcjonowali dozwolone programy i filmy, trochę więc włóczyłam się po mieście, trochę rysowałam – ale książki były najważniejsze.
Książki czytane nieustannie, po 22giej z latarką pod kołdrą – klasyka 😉
Jak przez mgłę pamiętam, żeby ktoś czytał mi na głos, nawet, gdy byłam naprawdę mała (jedyną zapamiętaną sytuację opiszę poniżej) – rodzice całymi dniami pracowali, a babcia i gosposia niespecjalnie miały na to czas czy ochotę i opędzały się od moich próśb jak od natrętnej muchy, a ja o czytanie nudziłam bez przerwy 🙂 Na odczepnego wręczały mi pierwszą lepszą książkę ze słowami „jak nie umiesz sama to pooglądaj obrazki i nie przeszkadzaj w kuchni”.
Gdy miałam już dość nudzenia i proszenia po książkę sięgałam sama – i tak, pomału i niezupełnie z własnej woli, dość wcześnie opanowałam i wyćwiczyłam sztukę czytania.
Kiedy wyczerpały się zasoby z mojej dziecięcej biblioteczki – wzięłam się za książki rodziców, a ich biblioteka była dosyć specyficzna.
Nie pamiętam takich prawdziwych powieści.
Były natomiast wydawnictwa geograficzno-historyczne i albumy ze zdjęciami – gór, Mazur, zabytków Krakowa… mnóstwo książek o tematyce psychologicznej i ogólnie medycznej – sięgałam po nie z wypiekami na twarzy. I to chyba ich fascynująca i tajemnicza tematyka zmobilizowała mnie do nauki czytania.
A dzięki genialnej pozycji pt „Wróg pod mikroskopem”Olgi Kuzniecowej (o życiu i osiągnięciach Ludwika Pasteura) omal nie zostałam chemikiem czy biologiem, lecz choć tak się nie stało – zachęciła mnie ona do samodzielnej pracy, analizy i badań na własną rękę, nauczyła cierpliwości, wyzwoliła pasję odkrywania.
Do dziś pamiętam rozdział o krystalografii i ile wysiłku kosztowało malucha, jakim byłam, jego zrozumienie 🙂
Później książkę tę czytałam milion razy chyba, po śmierci mamy zaginęła z wieloma innymi skarbami – ale udało mi się niedawno odnaleźć ją w Antykwariacie Barbara i przeczytać jeszcze raz, z podobną radością, podnieceniem i wzruszeniem.

Pamiętam też, z jaką rozkoszą odkrywałam smak zakazanego owocu, po kryjomu zaczytując się w „Udręce i ekstazie”, opisującej życie, rozterki i twórcze szaleństwo Michała Anioła, absolutnie przez rodziców zabronionej – co oczywiście stanowiło dla mnie wyłącznie zachętę 😉
Nie mogę też pominąć niemałych zasobów książkowych mojej babci – już nieco starsza, biedząc się nad wypracowaniami z polskiego, korzystałam wielokrotnie z jej rozsypującej się, pożółkłej, czy raczej totalnie zbrązowiałej „Literatury”. W babcinej szafie odkryłam też „Człowieka śmiechu” Victora Hugo i nigdy nie zapomnę, ile przelałam nad nią łez – lecz nie tylko.
To chyba jedna z pierwszych książek, których czytanie dostarczyło mi emocji graniczących z ekstazą, podniecenia graniczącego z gorączką, autentycznych dreszczy.
Że sięgnęłam potem po inne pozycje tego autora – wydaje się oczywistym, lecz żadna inna nie dostarczyła mi już tylu wzruszeń. Podobne, jeszcze bardziej romantyczne wrażenia przyniosła mi „Maria” Malczewskiego – jej niesamowitą historię, niemal jak z opowieści detektywistycznej opisałam tu:
https://drzoanna.wordpress.com/2013/11/17/maria/

2.

Wróćmy jednak jeszcze do czasów dzieciństwa….
Idąc do szkoły w wieku 6 lat czytałam płynnie i szybko, nawet gazetowe, trudne teksty i ogromnie zdziwiła mnie obowiązkowa nauka czytania w 1 klasie.
No jak to… to tu jeszcze nie wszyscy potrafią czytać? Nie mogłam uwierzyć, na lekcjach nudziłam się masakrycznie i pod ławką, w ukryciu – oczywiście oddawałam się lekturze 🙂
Dodajmy też, że z matematyką było podobnie, wraz z siostrą opanowałyśmy wszystkie 4 działania, ułamki i takie tam, więc po kryjomu czytałam także i na matematyce 🙂
No wybaczcie, tu jakieś durne zadania o cioci, rozdającej jabłka dzieciom i ile jej zostało, jak miała jabłek 5, dzieci troje, a każde dostało po jednym …. a my z siostrą dla zabawy liczyłyśmy (rzecz jasna w pamięci) kolejne potęgi liczby 2, podając wyniki na zmianę, albo rozmyślałyśmy nad uzasadnieniem wyniku mnożenia przez zero lub nad niewykonalnością dzielenia przezeń. Trudno się dziwić, że na pierwszych lekcjach matematyki z rumieńcami na twarzy i błyskiem w oku, cichcem – czytałam.
Więc moje pierwsze książki – bajki i baśnie… z jednych pamiętam zarys fabuły, z innych jakieś pojedyncze sceny czy imiona bohaterów – a czasem jedynie genialne ilustracje.
Z jednej – uwaga, będzie śmiesznie, do dziś pamiętam zaklęcie, które brzmiało tak: honza bonza kukaronza przyjaciół poznaje się w potrzebie.
Baśnie, takie klasyczne polskie legendy jak „Klechdy domowe”, ale i wiele rosyjskich… do dziś pamiętam dreszcze, jakich doświadczałam będąc kilkuletnią dziewczynką na skutek choćby tej o dziwożonach… nie wiem – czy sprawiły to niesamowite ilustracje czy fabuła nasycona niesamowitością, magią i mrocznym nastrojem…. pamiętam także swoje wzruszenia przy baśniach Andersena z ilustracjami J.M.Szancera.

I bajki Świrszczyńskiej z „O małej Obie” na czele.
Z przepiękną bajką „Iv i Finetta” Natalii Gałczyńskiej z czarodziejskimi ilustracjami Jerzego Wilkonia związana jest pewna historia…

Obie z siostrą czytałyśmy już doskonale, jednak bazgrałyśmy jak kura pazurem, ja nawet bardziej, nauczycielka wciąż wypisywała nam uwagi za to koszmarne pismo.
Nasza mama wpadła wtedy na genialny pomysł – kupiła tę właśnie książkę i zaczęła nam ją czytać, to jedyna tego typu sytuacja z dzieciństwa, jaką zapamiętałam. Nie dała nam jednak egzemplarza do ręki, więcej nawet – ukrywała go przed nami, a my, mocno zainteresowane rozwojem fabuły, dopominałyśmy się o to czytanie oczywiście.
Wtedy zostały nam postawione ostre warunki – każdego dnia będzie nam czytać jedną, jedyną stronę, a my – pisać pod dyktando. Tylko tak poznamy treść opowieści. Jednak, jeśli pracowicie zapisane przez nas linijki zeszytu nie okażą się wystarczająco staranne, niezależnie od tego, która z nas zawini – obie będziemy musiały przepisać swoją dzienną pracę jeszcze raz, tym razem elegancko i porządnie, a dopiero następnego dnia przekonamy się – co dalej.
Metoda okazała się skuteczna, nasze pismo trochę się poprawiło – a my zakochałyśmy się w tej bajce po uszy.
Do dziś znam ją niemal na pamięć, do dziś niezmiennie wzrusza mnie do łez. Naprawdę, jest w niej moment, zdanie czy dwa, które wywołują we mnie szloch – nawet teraz, kiedy o nich myślę. To działa jak automat, kilka słów naciska we mnie jakiś przycisk, przekręca włącznik i uruchamia mechanizm wzruszeń.
I choć zeszyty w 3 linie, zapełnione przeze mnie niepewnymi literami dawno już zaginęły – to dziś, kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że chwila, kiedy doświadczyłam tych emocji po raz pierwszy była niezwykle znaczącym, przełomowym momentem. Bo wtedy właśnie poczułam na własnej skórze magiczną moc słowa pisanego, i ta moc zapaliła we mnie światełko nieznanej do tej pory potrzeby. To dzięki niej piszę i znajduję w tym tyle radości. To te kilka zdań, tamto wzruszenie sprawiło, że teraz próbuję robić to sama, wywołać podobne uczucia i emocje. Użyć własnych słów, jak zaklęcia – i uruchomić ten mechanizm, w sobie i w innych. Tamta chwila zrodziła we mnie konieczność, wręcz przymus pisania, a potem wszystkie następne, jej podobne – tę żądzę umacniały.

3.

Kiedy próbuję popatrzeć na moje czytelnictwo z dystansu – to nabieram pewności, że każda wzbogaciła mnie na inny sposób.
Zatrzymując się jeszcze chwilę przy lekturach dzieciństwa – wspominam z uśmiechem całą szafę roczników dziecięcych i młodzieżowych czasopism.

Roczników – czyli kompletnego zbioru z całego roku, starannie oprawionego przez introligatora. Zaczynając od „Misia” dla przedszkolaków, przez „Świerszczyka”, „Płomyczek” i „Płomyk”… i „Na „Przełaj”, gdzie posyłałam swoje niewydarzone produkcje poetyckie i skąd za każdym razem otrzymywałam uprzejmą odmowę publikacji, na szczęście 🙂
To ostatnie nauczyło mnie dystansu i rzeczowej samooceny (mam nadzieję), wcześniejsze pokazywały mi świat, inny od mojego, opisywały dzieciaki także bardzo ode mnie różne – co przy mojej alienacji i niemal kompletnej izolacji od rówieśników miało ogromne znaczenie.
Muszę wspomnieć o jeszcze 2 pozycjach. Moja mama namiętnie kupowała „Przekrój” i „Amerykę”, a każde z nich dostarczyło mi odmiennych wrażeń.
Nie wiem, jak dziś, ale w latach 70tych Przekrój uważano za lekturę dla „inteligencji” i, mam wrażenie, że faktycznie trzymał poziom. Te krzyżówki nie-dla-idiotów, ostatnia strona z zabawnymi cytatami z gazet, niebanalnymi żarcikami i „Humorem zeszytów”, intrygujące artykuły, fragmenty niedostępnej literatury zachodniej, opowieści grozy, sf i fantasy… niektóre pamiętam do dziś, jak choćby scenę z opowieści o pięknej młodej kobiecie, posądzonej o czary i poddanej próbie wagi.
W wyobraźni wciąż widzę jej wątłą postać, chwiejącą się na szali i doskonale pamiętam opis ogromnego tomiszcza Biblii, które położono na drugiej.
Inkwizytorzy zezwolili skontrolować egzemplarz Świętej Księgi komuś przychylnemu dziewczynie i uczynił to, przeglądając kartę po karcie i wyjmując spomiędzy nich ciężkie płachty metalu, jedną po drugiej… w taki sposób księgę obciążono, by „pomóc” sprawiedliwości. Mężczyzna znalazł ich kilkanaście – jednak nie zmieniło to sytuacji, dziewczyna była drobniutkiej postury i jej waga nie chciała nawet zrównoważyć ciężaru wielkiego tomiska…
Niestety, w mojej pamięci nie zapisało się nic więcej.
„Amerykę” natomiast dostawałam w swoje dziecięce łapy tylko wtedy, gdy byłam chora i marudziłam, że mi się nudzi w łóżku.
Wtedy mama wkraczała z uroczystą miną, egzemplarzem „Ameryki” w ręce i upominała mnie „tylko nie pobrudź i nie pozaginaj rogów” a ja brałam ją w ręce ostrożnie i odświętnie.
I czytałam, czytałam, czytałam, czując, że obcuję z jakimś nieznanym, pięknym i eleganckim światem, z jakąś czarodziejską i kolorową krainą, jakże inną od smętnej i szarej socjalistycznej rzeczywistości, w jakiej żyłam.
I naprawdę nie miało wtedy – ani dziś znaczenia, jak bardzo obraz tej rzeczywistości był przekłamany i upiększony 🙂 Dla dzieciaka nie było istotne, czy jest to literatura faktu czy sf 🙂
Myślę, że całkiem podobnych uczuć doznawałam chwilę potem, zaczytując się w „Fantastykach” czy „Literaturze na świecie”, bez różnicy, mam jeszcze w domu sporo egzemplarzy tej ostatniej.
Wiele lat później kupowałam namiętnie miesięcznik „Film”, kilka pełnych roczników „zalega” na półkach, a w czasach przed-internetowych były bezcenne.

4.

Książki dla dzieci ciut starszych – czyli seria o Mary Poppins, u nas zwanej Agnieszką … ubóstwiałam tę magię przygód, język i styl opowiadania, a potem w każdej swojej niani, bez powodzenia raczej, usiłowałam odnaleźć cechy tej książkowej Agnieszki 😉

Pamiętam doskonale emocje i wzruszenia, towarzyszące poznawaniu losów mieszkańców bieszczadzkiej puszczy – niedźwiedzi Turula i jego syna, Grzesia w serii książek Bieniasza, emocji mających podłoże specjalne i osobiste: mój dziadek ze strony ojca był inżynierem leśnictwa i całe lata pracował na opisywanych terenach, od Sandomierza po Złoczów (obecnie Ukraina) Z jego opowieści, a także ze szczegółowych pamiętników, prowadzonych przez niego od 1907 roku aż do śmierci w 1964, poznawałam nie tylko las, jego życie i zwyczaje, ale i kulisy tego życia oraz skomplikowane, nierzadko tragiczne tło historyczne i narodowościowe konflikty nie do rozwiązania.
Szybko sięgnęłam też po książki detektywistyczne i kryminały, po Conan Doyla – przeczytałam absolutnie wszystkie opowieści o Sherlocku H. Pamiętam, ile wysiłku wkładałam w odnajdywanie tropów i wskazówek, rozwiązywanie zagadek – choć słowo „wysiłek” nie jest chyba najlepsze – mnie to prostu niesamowicie rajcowało.
Prześledzenie rozumowania wielkiego detektywa czy jego wiernego przyjaciela dr.Watsona, przeanalizowanie całej tej „metody dedukcji” i wyciąganie wniosków dostarczało mi niesamowitej uciechy, porównywalnej z tą, która nieodmiennie towarzyszy mi podczas dowodzenia twierdzeń matematycznych 🙂
„Cień dłuższego ramienia” Popławskiej dostarczył mi rozrywki podobnego charakteru.
Literatura młodzieżowa – czyli raczej Kurczab, nie Siesicka (matko, Wam te nazwiska nic nie mówią chyba) czyli odkrywanie, jaka mogłabym być, jak mogłoby wyglądać moje życie i kontakty z rówieśnikami, plus bolesna konstatacja, że taka nie jestem i nie będę.
I „Maria i Magdalena” Samozwaniec – książka bliska mi, jak nikomu chyba, ze względu na wartości pozamerytoryczne – układ rodzinny 2 sióstr szalenie mocno ze sobą związanych, żyjących trochę obok rzeczywistości… i choć życie owo, opisywane z humorem – jako dalekie i obce dzieciakom z lat 70tych, dla mnie wcale tak dalekie i obce nie było.
Ale zmiany, choć niewielkie, były blisko. Na te większe musiałam poczekać, czy raczej – wypracować je sobie sama.
Czasy liceum – czyli szuflada z s/f, fantasy i opowieściami grozy. Otworzyłam ją, pozwoliłam, żeby literatura tego rodzaju pochłonęła mnie jak ocean – i nigdy już tak naprawdę nie wypłynęłam na powierzchnię 🙂
A więc „Opowieści niesamowite” Stefana Grabińskiego, Poego ale przede wszystkim „Opowieści starego antykwariusza” M.R.Jamesa. Z tą, o tytule „Mezzotinta” i z całym zbiorem w ogóle – wiąże się niesamowita historia.
W połowie lat 90tych, na jednym z koncertów w Wawie – poznałam I., plastyczkę. Znajomość szybko przerodziła się w zażyłość a ja, przy okazji koncertowych wypadów do stolicy, zaczęłam bywać u niej w domu.
To dzięki niej zakochałam się w Irvingu i to ona projektowała tę niesamowitą okładkę do „Modlitwy za Owena” (o czym niżej, w rozdz. 6)

Przy którejś z wizyt poznałam też córkę I., mroczną duszyczkę, miłośniczkę metalu i studentkę warszawskiej ASP, która przy jakiejś okazji opowiedziała mi o swojej pracy magisterskiej, związanej z jednym z autorów opowieści grozy, ze zbiorem „Ghost stories” jego autorstwa.
Na pracę ową składał się m.in. cykl rycin, wykonanych pracochłonną techniką mezzotinty.
W tym momencie przytoczone nazwisko autora opowiadań niewiele mi mówiło, ale z chęcią wysłuchałam relacji o tej skomplikowanej metodzie druku i z wielkim zainteresowaniem zaczęłam oglądać kolejne, wykonane przy jej pomocy obrazki. Każdy nosił tytuł tożsamy z tytułem opowiadania, do którego się odnosił.
Przyglądałam się więc uważnie czarno-białym ilustracjom i ich angielskim tytułom, żeby w pewnej chwili doznać olśnienia, wręcz szoku.
Matko, ja to czytałam !!! Ja czytałam to opowiadanie !!!! – wykrzykiwałam, wskazując na obrazek zatytułowany „Mezzotinta”.

Rozumiecie?
Córka I. tak perfekcyjnie zilustrowała opowiadanie, że patrząc na jej pracę rozpoznałam je i przypomniałam sobie jego treść.
Tu nastąpiła bezładna wymiana zdań i moja chaotyczna opowieść, jak to lata temu czytałam zbiór opowiadań grozy i jak szalenie mi się podobał i jak bardzo chciałam choćby pożyczyć, żeby przeczytać jeszcze raz, ale nazwisko autora wyleciało mi z głowy i jak chodziłam po bibliotekach i bezskutecznie tłumaczyłam zafrasowanym paniom bibliotekarkom, że szukam takich strasznych opowiadań i że autor to ma jedynie inicjały zamiast imienia (akurat to udało mi się spamiętać).
Dzięki doskonałej pracy graficznej rozpoznałam opowiadanie, które tytuł zawdzięczało tajemniczej i mrocznej mezzotincie, wiszącej w jednym z pokojów pewnego zajazdu.
Odszukanie i zdobycie książki stało się możliwe 🙂

Teraz czas na Lema.
Stanisław Lem, kurna, jego „Powrót z gwiazd” to jednak z trzech, no może pięciu moich „the best” .
Fragmenty znam na pamięć, choćby niektóre dialogi i sceny wątku miłosnego czy opisy miasta przyszłości – wiele szczegółów zdumiewa trafnością przewidywania, zahaczając o jasnowidztwo.
Rozterki powracającego po latach astronauty w zetknięciu ze zmianami technologicznymi, prawnymi a także mentalnymi, niemożność przystosowania do tak odmienionego świata – ale przede wszystkim zachwycające szczegóły tego barwnego opisu… i jest też w „Powrocie z gwiazd” jakiś niesamowity romantyzm, coś niezwykle wzruszającego, delikatnego i marzycielskiego – i za to uwielbiam tę książkę.
A każdy fragment „matematyczny”, czyli rozmowy naukowców o teoretycznych podstawach naukowego postępu – znam na pamięć, bo rozkminiałam je miliony razy, szczególnie na studiach 🙂

– To są rozwinięcia metagenów w n-wymiarowym konfiguracyjnym zbiorze wyrodniejącym.
– Przecież Skriabin udowodnił, że nie ma innych metagenów poza wariacyjnymi?
– Tak. Bardzo ładny dowód. Ale to jest pozaciągłe, wie pan.

Jeju ❤
Za takie teksty kocham tę książkę także.

5.

Zanim jednak uległam bez reszty sf – odkrywałam wciąż nowe i wciąż inne źródła zachwytów 🙂
A więc – 19-wieczna literatura skandynawska, dla bohaterów, ukrywających burzę emocji pod pozorami powściągliwości i chłodu, ich dramatów rozgrywających się na tle surowej przyrody, dla mrocznego klimatu.

Potem ibero-amerykańska, „modna” w czasie, gdy studiowałam: a więc Carlos Fuentes, Mario Vargas Llosa, Jose Lezama Lima i Gabriel García Márquez.
Przede wszystkim Márguez i jego „Sto lat samotności”.
Oszalałam dla tej książki, czytałam mnóstwo razy i za którymś razem (uwaga, będzie śmiesznie) samodzielnie opracowałam i narysowałam kompletne drzewo genealogiczne rodu Buendía.

Nie wiem dokładnie, ile lat ma ta kartka, może 30, może więcej, wsunięta miedzy inne drogocenne szpargały przetrwała do dziś.
Potem przyszła kolej na „Miłość w czasach zarazy” – dzięki swoistemu testamentowi Tomka B. w „Tylko Rocku” – ale książka ta nie zdobyła mojego serca szturmem tak jak „Sto lat samotności” – niezwykła rodzinna saga, przekonująca o nieuchronności ludzkich losów, o porażającej mocy fatum, wypełniona magią i motylami.
W międzyczasie wciąż pojawiały się książki nie pasujące do żadnego nurtu czy gatunku, jak samotne gwiazdy – dla mnie niezwykle ważne.
Jeszcze w liceum – „Beatles v písních a v obrazech” Alana Aldridge’a.

Książka kultowa, będąca zbiorem tekstów piosenek formacji, w oryginale i po czesku, ilustrowanych przez czołowych brytyjskich artystów, fotografów i fanów, wzbogacona o opowieści członków kapeli o ich inspiracjach, zabawne historyjki związane z powstawaniem utworów, a dla mnie ważna z kilku powodów.
Po pierwsze – z powodu ofiarodawcy 🙂
Po drugie – dzięki temu prezentowi (wraz z całą stertą płyt-pocztówek) odkryłam The Beatles na nowo, ku swojemu zaskoczeniu odnalazłam w ich tekstach i melodiach wartości, których absolutnie nie spodziewałam się odnaleźć, a piosenka „Happiness is a warm gun” stała się moim nr 1 kapeli.

Ileż godzin spędziłam oglądając, wpatrując się, pożerając oczami te niesamowite ilustracje niczym obrazy Breugla… wczytując się w słowa utworów oraz komentarze i kompletnie nie przeszkadzało mi, że napisano je w języku czeskim.

Nie pamiętam, jak trafił w moje łapy „Łuk triumfalny” Remarque’a – czy był jedną z niewielu powieści w moim rodzinnym domu, czy odnalazłam ją w Tarnowskiej Bibliotece. Od tego czasu przeczytałam tę niesamowitą książkę dziesiątki razy, fragmenty mogę cytować z pamięci i jest kolejną pozycją na liście moich „the best”.
Opowieść o miłości niemożliwej, o miłości tragicznej, odwieczny temat na tle dramatycznych wydarzeń poprzedzających wybuch 2 wojny światowej, pisana z perspektywy uciekiniera z faszystowskich Niemiec. A więc Niemiec ukrywający się w Paryżu… i „rozpacz bezbronnego i bezsilnego wobec nadchodzącej zagłady antyfaszysty, który zachłystuje się ostatnimi, odurzającymi oddechami życia i miłości”
A więc niezwykła perspektywa i niezwykła miłość, bo w tle burdele, dziwki, skrobanki i choroby nowotworowe i weneryczne. Operacje, zakażenia, nadzieje i kłamstwa.
Wszystko to razem tworzy mieszankę o mocy piorunującej.
„Miłość (…) ma swoje rozbite okręty, zatopione miasta, ośmiornice, skrzynie złota i pereł. Ale perły leżą głęboko.” – ten cytat to akurat z wiki, ale w zasadzie na każdej ze stron można znaleźć zdanie lub kilka, którym, dzięki ładunkowi goryczy, a często i cynizmu – daleko do P.Coelho.
Lubię ten o Ravicu i carskim oficerze: „jesteśmy dwa staromodne stwory, które różnią się zapatrywaniami, a nie łamią sobie z tego powodu szczęk”….
Albo to „wiara łatwo się zmienia w fanatyzm, dlatego religie kosztowały zawsze tyle krwi. Tolerancja jest córką wątpliwości. Oto dlaczego pani z całą swoją wiarą jest bardziej napastliwa w stosunku do mnie, niż ja, zatracony bezbożnik, w stosunku do pani”.
„Nie będzie już pomyłki, złudzeń, pułapek, przebudzeń, nie będzie powrotu. Dobrze to wiedzieć, kiedy mgły fantazji raz jeszcze miałyby zaciemnić soczewki wiedzy.”
„To, czego nie można osiągnąć, wypełnia się snami. Śnimy, bo nie możemy wytrzymać prawdy”.
Uwielbiam pozbawiony złudzeń sposób, w jaki Ravic patrzy i widzi Joannę… i pacjentów… doskonale rozumiem i akceptuję tę perfekcyjnie pokazaną dwoistość – tego co myśli i tego co mówi … i podpisuję się obiema rękami pod jego kłamstwami.
I oczywiście szlocham jak pojebana podczas rozdzierającej sceny śmierci Joanny Madou.
Na „Dżumę” trafiłam, zanim stała się szkolną lekturą i chyba nie potrafię wskazać jednoznacznie, co bardziej mnie w niej porwało: czy nieustannie mnie fascynująca medyczna powierzchnia, czy wyczuwalna pod tą powierzchnią symbolika, czytelna dla osoby nawet tak młodej, jak ja wtedy.
„Raj” – czyli zbiór genialnych opowiadań o kobietach Alberto Moravii pokazała mi moja współmieszkanka na studiach i bez przesady mogę stwierdzić, że dzięki nim otworzyły się moje oczy. Bo zobaczyłam, jak różne między sobą są opisywane kobiety, od spokojnych kur domowych po wyzwolone i naprawdę nieźle porąbane, a odnosi się wrażenie, że autor lubi je wszystkie.
Opowieści, pisane w pierwszej osobie doskonale pokazują motywacje, myśli i bezmyślność, przebiegłość i naiwność bohaterek – a mimo różnorodności ich postaw i postępków, czasem totalnie pokręconych, każdą doskonale rozumiem i każda jest mi bliska. Nie uwierzycie – ale to dzięki tej książce odkryłam, że mogę być – jaka chcę, nie ma gorszych ani lepszych przekonań czy planów życiowych, ważne jednak – żeby były moimi własnymi.

6.

Pamiętam jak zafascynowała mnie literatura o tematyce więziennej. Codzienne życie pod celą, klawisze, grypsera, „pisanie” rękami… mniej więcej w tym samym czasie, dzięki jakiejś scenie w filmie czy reportażu w tv, odkryłam ze zdumieniem, że doskonale potrafię „pisać”. Że alfabet, jakim posługiwaliśmy się w szkole, żeby sobie podpowiadać, (każdą literę tworzyło się osobno, poprzez odpowiednie ułożenie obu dłoni) to nic innego, jak właśnie ten „ręczny” więzienny. I to nie przypadek – sądzę, że przyczyną tej powszechnej znajomości „pisania rękami” w moim mieście był prosty fakt – obecność jednego z większych zakładów karnych w Polsce. Wyjaśnimy jeszcze, iż osadzeni najczęściej używali tej umiejętności – żeby porozumieć się z rodzinami poza systemem widzeń, na odległość z okna – na alejkę za murem.
Jeszcze większego zaskoczenia doznałam, gdy parę lat temu przekonałam się, że alfabet ten jest niemal identyczny z tzw. dwuręcznym palcowym, używany powszechnie przez niesłyszących w Anglii, w Polsce bardziej popularny jest ten jednoręczny albo używanie znaków ideograficznych, określających całe pojęcia, nie litery. Nieliczne opracowania naukowe potwierdzają i tłumaczą to podobieństwo i pokrewieństwo.
A mnie zainteresowanie tą tematyką nie opuszcza, jednak obecnie obejmuje ono raczej filmy, nie książki.

Od czasów liceum pałam miłością do pisarzy amerykańskich – zacznijmy więc klasycznie: Faulkner, Steinbeck, Artur Miller, Kurt Vonnegut, Willa Cather, ale najbardziej: Philip Roth, Erskine Caldwell, i John Irving.
Tego ostatniego – „Świat według Garpa”, ale najmocniej i do szaleństwa to „Jednoroczna wdowa” i „Modlitwa za Owena” – gdybym miała wybrać sobie jedną jedyną książkę, taką, wiecie – na bezludną wyspę i do końca życia – to byłaby jedna z nich.

Sprawia to niezwykła, cudownie precyzyjna narracja, mistrzowski i magiczny sposób, w jaki autor prowadzi Cię przez meandry fabuły… sposób budowania i opisywania postaci, które widzisz tak dokładnie, jakby siedziały z Tobą przy stole, a poznajesz je tak doskonale, jakbyś spędzał z nimi życie. Dlatego każda próba przełożenia książek Irvinga na język filmowy (a miało to miejsce w wypadku każdego z cytowanych trzech tytułów) jest nie lada wyzwaniem – bo z definicji kłóci się z wyraźnym obrazem, jaki wykreowałeś sobie w duszy. Trudno też obrazowi filmowemu osiągnąć tę niezwykłą siłę, dzięki której książkowa narracja buduje mocną i solidną konstrukcję, stawia kolejną cegiełkę w budowli – która miażdży rodzajem zwieńczenia, oczywistością i znaczeniem konkluzji.
Sposób, w jaki wszystkie wątki spotykają się, łączą i splatają w finale i co z tego wynika – po prostu rozpierdala.
W „Modlitwie za Owena” widać to najwyraźniej – ta wielopiętrowa opowieść bezbłędnie buduje w nas pewność, że nawet najdrobniejsze wydarzenia mają swój cel, że każde czemuś służy, nawet te, które wydają się omyłką natury. Scena kulminacyjna ma siłę iluminacji i nie ma opcji, żebyś nie uwierzył w nią w każdym szczególe i na 100%.
Jeśli o istnieniu Boga nie przekonała Cię Biblia czy inne nauki kościoła – to uczyni to „Modlitwa za Owena”.
Jeśli zaś po przeczytaniu jej nie uwierzysz w Boga – to przekona Cię ona do tezy, że wszystko na tym świecie ma swój sens i ku czemuś zmierza, i jeśli nie Bóg, to naszym światem kieruje jakaś Moc, jakaś Siła sprawcza… cały ten chaos porządkuje jakaś Idea, nadaje kierunek i prowadzi.
Jeśli nie wierzysz w fatum, lekceważysz moc przeznaczenia i gloryfikujesz siłę przypadku – książka ta zburzy doszczętnie Twoją wiarę, zdepcze i rozpirzy w proch jej strukturę.

7.

O sf wspominałam już parę razy – ale te z czołowych miejsc listy „the best” zajmują matematyk i wizjoner Artur.C.Clarke ze swoimi opowiadaniami, Orson Scott Card – ze szczególnym wskazaniem na Sagę Endera z „Mówcą umarłych” na czele – ależ mi namieszała w głowie, matko. Pamiętam totalne oszołomienie, gdy odkryłam, że nie tylko dobro, sens i racja są pojęciami względnymi, ale i takie słowa jak „śmierć” i „życie” … jak wielkie ograniczenia w tym pojmowaniu i przekonaniu o słuszności stwarza rzeczywistość, w jakiej żyjemy.
Philip K.Dick z jego odwiecznymi filozoficznymi dylematami na temat istoty człowieczeństwa, realności i natury wszechświata. „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”, „Ubik” ,„Człowiek z wysokiego zamku”… i jego genialne opowiadania.
Jonathan Carroll i jego „Kraina Chichów”, „Kości księżyca”,„Zaślubiny patyków”, „Dziecko na niebie”.
I absolutnie – „Cieplarnia” Aldissa.
I wiele tomów „Kroków w nieznane”, „To, co najlepsze w sf”, „Księga strachu”, almanachy fantastyki, zbiory opowiadań sf autorów z całego świata.
Dobra, powoli zbliżamy się do finiszu 🙂
A więc Stephen King, światło mojego życia.
Mistrz nad mistrze.
Przeczytałam niemal wszystko, co napisał, także pod pseudonimem. Ominęłam fantasy a najbardziej zachwyciły mnie te z z małą ilością grozy, tak upraszczając.
„Zielona mila”
„Wielki marsz”
„Rose Madder”
„Desperacja” i „Regulatorzy”
„Łowca snów”
„Cztery pory roku”, „Misery”
…. dobra, bo zajmie to jeszcze stronę 😉
Zatem – clou, gwóźdź programu i mistrzostwo świata, mój królewski nr 1 i jedno z czołowych miejsc na liście najważniejszych, najbliższych sercu, przełomowych: zbiór „Serca Atlantydów” ze wskazaniem na nowelę tytułową.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Serca_Atlantyd%C3%B3w

Z jakiego powodu akurat to?
Choć akcja opowieści toczy się nieco wcześniej – to jest idealnie wprost zbieżna z wydarzeniami, w których uczestniczyłam sama.
„Opowieść o grupce studentów, którzy przegrywają swoje życie w akademickiej świetlicy grając w kierki. Kolejno popadają w nałóg, przegrywają pieniądze, opuszczają się na studiach i kolejno są z nich wyrzucani. King w ‚Sercach Antlantydów’ pokazuje w bardzo ciekawy sposób społeczeństwo studentów, w dobie wojny w Wietnamie. Jesteśmy świadkami dopiero co budzącej się świadomości i pierwszych protestów antywojennych”
http://www.stephenking.pl/ksiazki_sercaatlantydow_01.html
Studiowałam 10 lat po opisanych wypadkach – ale wszystko działo się tu podobnie, w zasadzie identycznie.
Początek pierwszego roku studiów – i ja, onieśmielona, z nabożnym uwielbieniem, strachem i triumfem równocześnie, przekraczam progi Instytutu Matematyki na Reymonta.

Zaraz na wprost wejścia widniała rozległa antresola, pod nią spora szatnia – a z lewej i prawej, symetrycznie ułożone schody: te krótsze, skierowane do wewnątrz prowadziły na tę antresolę, dłuższe, zewnętrzne – na 5 pięter z salami wykładowymi na dole i ćwiczeniowymi wyżej.
Opis zapewne nie oddaje najważniejszego – z antresoli rozciągał się doskonały widok i na wejście do budynku, także na schody, prowadzące do sal zajęć, co, jak się okaże w dalszej części opowieści – posiadało znaczenie strategiczne.
Przy zewnętrznej stronie antresoli stało kilkanaście prostych stolików i krzeseł, w głębi znajdował się barek, gdzie biedny pan student mógł za ostatnie grosze kupić herbatę czy nieśmiertelną fasolkę po bretońsku. Z łupem w ręce mógł przysiąść przy stoliku, a po jedzeniu zapalić czy pogadać ze znajomymi.
Oczekiwanie na zajęcia mógł sobie umilić w różny sposób – podyskutować o rozwiązaniach prac domowych albo pograć w karty.
Jak sądzicie – co wybierał częściej?
Na drugim, trzecim roku zaczęliśmy grać w bridża – jednak początkowo królowały kierki.
Nie takie zwykłe, w jakie grywają dzieciaki, ale odmiana, jak zwykliśmy mówić – sportowa. Czyli po prostu – znacznie bardziej hazardowa. 4 rozbójniki, 4 odgrywki, coś jeszcze? Pewnie King opisał to dokładniej 🙂
Gra oczywiście – na pieniądze. Stawek nie pamiętam, ale pechowcy przegrywali stypendia i całą kasę od rodziców – na żarcie, akademik czy stancję….
I dokładnie, jak w „Sercach Atlantydów” – hazard pochłonął niemal wszystkich.
Pamiętam niezwykle zdolnego chłopaka z Krosna, laureata olimpiad i w ogóle, który po prostu przestał chodzić na zajęcia, kompletnie, całe dnie i noce spędzał przy karcianym stoliku. O ile pamiętam, przed wywaleniem z uczelni uratowała go zmiana kierunku – ale inni nie mieli tyle szczęścia.
Stan osobowy mojej grupy zmniejszył się drastycznie, obecnych na wykładach można było policzyć na palcach, na ćwiczeniach nie było wiele lepiej.
Opracowaliśmy system unikania spotkania twarzą w twarz z prowadzącym zajęcia – jeśli wchodził na górę schodami lewymi (co mogliśmy zaobserwować z antresoli) – my przebiegaliśmy na te z prawej strony i tam się ukrywaliśmy, i odwrotnie. Kiedy nas minął, wsiadł do windy itp – spokojnie mogliśmy wrócić do gry.
Wieczorem pan szatniarz zwany pieszczotliwie Panem Cieciem przynosił nam alko, z meliny, nocnych jeszcze nie było… a rano posyłaliśmy go po bułki i zimniutkie mleko w butelce, w sam raz na kaca, także papierosowego – wszyscy paliliśmy wtedy na potęgę.
Antresola była wręcz oblegana przez grających, wynieśliśmy nawet część stolików z barku – biedacy, którzy nie ulegli nałogowi, skarżyli się cicho, że nie mają gdzie i jak wypić tej swojej herbaty czy pouczyć się przed zajęciami.
Pamiętam pary, które rozpadły się przez uzależnienie pierwszoroczniaka od kierek, były jednak i takie – które poznały się i pokochały dzięki wspólnemu „kierkowaniu” – potem razem, zgodnie, wylatywały z uczelni…
Wszystko, wszyściutko działo się – jak w tej noweli Stephena Kinga.
Czytając „Serca Atlantydów” odnosiłam wrażenie, że ich autor musiał siedzieć z nami na antresoli instytutu, widział, jak po całej nocy gry wysyłamy szatniarza po mleko i bułki na śniadanie … i jak powoli, powoli się zmieniamy.
Jak doroślejemy.
Jak nagle uderza w nas wir wydarzeń, musimy podejmować dorosłe i poważne decyzje, odłożyć grę w rozbójnika. Odnosiłam wrażenie, że był też z nami, kiedy zamiast bawić się na juvenaliach szliśmy w „Czarnym Marszu” w związku ze śmiercią Staszka Pyjasa.
I potem – kiedy zaczynamy chadzać na nielegalne wykłady, bierzemy udział w debatach, niektórzy zapisują się do SKSu, potem Niezależnego Zrzeszenia Studentów.
A potem wierzymy w Solidarność.
Kiedy przychodzi stan wojenny – jesteśmy gotowi.
Czytamy i kolportujemy bibułę, ganiamy się z milicją i uciekamy przed gazem łzawiącym.
Tak wiem, to wszystko później, parę lat później, ale ta analogia sytuacji i wydarzeń, czasów kierkowania i dojrzewania, podobieństwo wypadków poprzedzającego zmiany i samych zmian….
Ta analogia uderza we mnie za każdym razem, kiedy sięgam po tę piękną książkę, niezależnie od jej innych, stricte literackich walorów.

8.

Zatem bibuła, literatura podziemna, drugi obieg, wydawnictwa opozycyjne – czyli głównie lata 80te.
Znaczenie takiej lektury – nie do przecenienia, hartowanie się postaw i opinii, szlifowanie poglądów, zdobywanie wiedzy i budowanie stanowiska wobec faktów, przeszłych i obecnych.
Kolejny krok w budowaniu światopoglądu.
Przykłady – to jedynie pośpieszny rzut oka na biblioteczkę – biuletyny, paryska „Kultura”,„Zeszyty historyczne”.
Aleksander Wat i Ola Watowa, Kundera, Havel, Venclova, Tyrmand, Mackiewicz.
Sołżenicyn z „Archipelagiem gułag”.
I Jerofiejew z „Moskwa-Pietuszki”.
I Hłasko – przede wszystkim gorzkie, porażające „Palcie ryż każdego dnia”.

Na zakończenie – coś lżejszego kalibru, z zupełnie innej beczki, ale również dla mnie ważnego.
Wisłocka i „Sztuka kochania”.

O ile pamiętam, dostałam egzemplarz z okazji ślubu, chyba jako jedyny, trafiony i sensowny prezent, ha ha 🙂
W tamtych, zamierzchłych czasach, które mnie samej wydają się prehistoryczne, czyli czarno-białe telewizory, brak komputerów i średniowieczna obyczajowość, a przeciętna wiedza o seksie, nawet o budowaniu relacji i związków – prymitywna, wyrywkowa i konstruowana na domniemaniach, przechwałkach koleżanek i filmach puszczanych po 23ciej w tzw Kinie Nocnym – w takich właśnie czasach pani Michalina otworzyła przede mną drzwi do wiedzy tajemnej, wrota do raju, nie da się zaprzeczyć 🙂
I znowu będzie zabawnie, ponieważ dla potrzeb tego artykułu chciałam zrobić fotkę książki, szukam więc w na półkach – a tu zaskoczenie, zniknęła 😛
Nie ma 🙂
Mam nadzieję, że przydała się nowemu użytkownikowi 🙂
I jeszcze jeden poradnik, trochę związany z poprzednim 😉

„Dziecko. Pielęgnacja i wychowanie” Benjamina Spocka, również prezent (ofiarowany zaraz po tym, jak ogłosiłam znajomym, że spodziewam się dziecka) i podobnie strzał w dziesiątkę. Także bestseller w tamtych, średniowiecznych czasach, ale najważniejsze – że niesamowicie przydatny, szczególnie dla mnie, bo mój syn okazał się skomplikowanym przypadkiem 😉
Dzięki radom dr.Spocka sypiał doskonale, był pogodny i samowystarczalny: żadnego całodziennego zabawiania, noszenia na rękach, kołysania czy wielogodzinnych zabiegów usypiania.
To, że nie umarł z głodu – także zawdzięcza doktorowi Spockowi:
Od samego początku moje dziecko wykazywało absolutne zdecydowanie w kwestii tego, co lubi i co mu smakuje – a czego nie tknie, nawet po 2 dniowym poście.
I tak, jak radziła książka, wbrew uporowi kilku pediatrów: Karmić na siłę!!! Przegłodzić – wtedy rzuci się nawet na to, czego teraz nie chce. Ha ha, akurat 😛 – z potraw, które jadł chętnie, udało się ułożyć całkiem sensowny jadłospis.
Do wieku szkolnego moje dziecko żywiło się więc następującymi potrawami:
1.Kaszki na mleku, później płatki wszelkiego rodzaju z mlekiem
2.Zielenina w postaci surowej – szczypiorek, cebula, rzodkiewki, surowa marchew, seler, kalarepa, owoce papryki
3.Z owoców – jedynie gruszki, wiśnie/czereśnie z kompotu, później agrest i winogrona
5.Drożdżówki, ale chętniej chrupiące wafelki 😉
4.Czekolada 😉
5.Czasem jajecznica.
Tyle.
Czyli – obiad mój wróg.
Czasem, już o parę lat starszy, dziabnął łyżkę zupy, 3 łyżki – jeśli był to czysty rosół. Albo 2 knedle ze śliwkami, naleśnika z dżemikiem czy racucha, nie więcej.
Rodzina rozpaczała i próbowała wszystkiego – od przekupstwa do przemocy, jeśli dał się złamać, to i tak kończyło się to zamaszystym pawiem 😛
Ja byłam spokojna, dzięki lekturze powyższej książki wiedziałam, że wcześniej czy później to się zmieni, samo przyjdzie. I tak się stało, oczywiście.
I tak, jak olewam równo wszelkie poradniki społeczno-psychologiczne w rodzaju jak znaleźć pracę, kobietę i sens życia – to z tymi dwoma było zupełnie inaczej: nie zawierały bowiem żadnego pseudo-naukowego bełkotu, żadnej ściemy i mataczenia – a esencję życiowej wiedzy, na owe czasy niezwykle nowoczesnej, wręcz nowatorskiej, podanej w przystępny i często dowcipny sposób, oraz logicznie uargumentowanej.
Lektura obu pozycji przekonywała też, że autor patrzy na czytelnika ciepło, z serdecznością i życzliwością… że kibicuje mu w jego niepewnych poczynaniach na polu miłości czy macierzyństwa – i to było naprawdę fajne i budujące 🙂

9.

Teraz już nie czytam książek.
W ostatnich latach przestało mi to sprawiać przyjemność, zaczęło nużyć i męczyć, a zapał, ogień, podniecenie i gorączka, wszelkie emocje towarzyszące czytaniu – gdzieś zniknęły.
Ledwo przebrnęłam przez Kingowską „Komórkę”, wręcz przemęczyłam jakąś autorstwa jego syna, Owena, utknęłam na czterdziestej stronie „Pod kopułą”.
Kilka zakupionych z wielkim entuzjazmem książek zalega wciąż dziewiczo – a to na nocnym stoliku, a to na podręcznej półce…. ograniczyłam się do paru chwil napawania się zapachem, włącznie z przewracaniem stron i obwąchiwaniem ich jak kretynka …. do książki o historii muzyki metalowej ledwie zajrzałam, do jakiegoś super-wydawnictwa sf, reklamowanego przez Tatwę – podobnie.
Czeka też Grzebałkowska.
Tak szczerze – to jedynie co do tej ostatniej jestem pewna, że ją przeczytam, co do reszty – zero pewności.
Gdy szukam przyczyn tego mojego książkowego odrzucenia, to dostrzegam kilkoro podejrzanych.
Może jest tak, że przeczytałam już w swoim długim życiu tak wiele, że jakiś kielich się przepełnił, jakaś wielkość graniczna została przekroczona i teraz mój organizm, umysł i serce mówią „nie!!!” i „dość!!!”.
Może to dlatego – że przecież czytam, wciąż czytam i to bardzo dużo – ale w necie: artykułów, felietonów, notek, blogów, także opowiadań czy wierszy.
A może to dlatego, że sama piszę i to też sporo, jak wiecie – i ta przyjemność, ta pasja tworzenia rozmyła, zgasiła czy odebrała mi pasję i przyjemność czytania. Zastąpiła ją niemal całkowicie.
Bo pisząc doznaję podobnych uczuć – ekscytacji, wzburzenia i wzruszenia…. ogarnia mnie ten sam płomień.
I ten ogień mi wystarcza, w zupełności.
W końcu ileż pożarów duszy może wytrzymać stara kobieta? 😉
W MOIM wieku muszę je dawkować ostrożnie, z wyczuciem i umiarem
A w związku z tą ostrożnością i wyczuciem… pamiętacie jedne z pierwszych słów wstępu o znaczeniu książek, których „nie polubiłam, może nawet nie udało się ich doczytać do końca – ale odmieniły mój los, czegoś nauczyły.” Chodzi o te – które wywołały gromkie „no nie, nie, nigdy w życiu, kurwa!!!”
Zapewne już wiecie, o jakiego autora chodzi – ale powiem to wyraźnie.
Coelho.
Mistrz słownej manipulacji i pozorant.
Kiepski czarodziej.
Wyciągający z cylindra kupę z okrzykiem „oto królik!!!”, a ty widzisz, że owszem, może trochę lepiej pachnie, ale gównem być nie przestaje.
To jego moralizowanie, ta natrętna dydaktyka owinięta wieńcem wzruszeń, dwoma wieńcami, całym kurwa naręczem, upstrzona kwiatuszkami, serduszkami, małymi kociakami, jednorożcami i tęczą.
Najpierw próbowałam „Alchemika” i raczej się zawiodłam niż zniesmaczyłam… pomyślałam, no dobra, jakieś takie bajkowe fantasy, nie przepadasz za fantasy – może to w tym rzecz.
Ale przy „Weronice” się załamałam. Najpierw poczułam, że nie wierzę, po prostu nie wierzę autorowi… a potem dostałam furii. No po prostu się wściekłam, gdzieś tak w 1/3 książki. Poczułam się oszukana i ośmieszona. Bo autor ze mnie zakpił, potraktował jak debila, a tego nie lubię, oj nie lubię 😛
Więc – Paulo Coelho, za całokształt 🙂
I jeszcze 1 przykład.
Nie pamiętam autora, niestety – ale „Podręcznik do matematyki dyskretnej dla informatyków”.
Matematyka dyskretna – czyli dość młoda dziedzina matematyki, która została wprowadzona do programu studiów już po mojej magisterce.
Z ciekawości, dla rozrywki i, jak zwykłam mówić, z zawodowego poczucia obowiązku, postanowiłam ją sobie przybliżyć.
No i utknęłam zaraz po wstępie. Mimo, iż wysilałam umysł tak, że mało się nie rozpękł – nie był on w stanie ogarnąć już pierwszego z rozpatrywanych przykładów.
No po prostu – ściana.
Mur.
Jakby tekst był napisany po chińsku.
Męczyłam się kilka dni – w końcu zwróciłam Krukowi, który dba o moje rozrywki 😉
Od tamtego czasu sądziłam, że cóż, latka lecą a z nimi – krzywa przyswajalności wiedzy. Trochę mnie to zmartwiło, ale jakoś dałam radę z tym żyć.
Ale kiedy przed chwilą, dla potrzeb tego tekstu, grzebałam w necie szukając okładki owego nieszczęsnego podręcznika – zaczęłam również podczytywać treść kolejnych wydawnictw.
No i jaja jak berety – wszystko kumam i czaję, choć symbolika wyjebana w kosmos, co podręcznik – to bardziej.
Zerkam do wiki, lookam w odsyłacze – no kurna, wszystko jasne i do zrozumienia. Zapis szalenie sformalizowany, ale dla matematyka to nie problem (ha ha).
W książce, na której się wyłożyłam, symbole były prościutkie – ale wykład kompletnie nie trzymał się kupy (może tłumaczą ten fakt 2 ostatnie słowa tytułu 😉 )
Więc mówię jej „nie nie i jeszcze raz nie” i swoją opinię akcentuję wzniesionym środkowym palcem.
A matematyki dyskretnej to już raczej pouczę się z neta, choć, przyznaję, znam lepsze rozrywki, niż to:

ale może… kiedyś …. 🙂

Epilog.

Książki w moim życiu – to nie tylko treść i emocje.
Jedne powiedziały mi wiele o mnie samej, inne pomogły dokonać życiowych wyborów, pokazały drogę, dały wsparcie i pomoc.
Dzięki innym przeżyłam sytuacje, które mogę chyba nazwać „przygodami”, niesamowitymi zbiegami okoliczności, magicznymi dotknięciami losu.
Niektóre opisałam wyżej, ale przypomniała mi się jeszcze jedna.
To właśnie książce zawdzięczam swoją największą życiową publiczną kompromitację 😛
W wieku przedszkolnym uczęszczałam na zajęcia muzyczno-artystyczno-ruchowe, takie popisy dla maluchów, tańce, scenki, wierszyki i śpiewy.
Na zakończenie rocznego kursu przygotowano super wypasiony występ, rodzice, ich znajomi – ale chyba nawet ktoś z władz miasta, pełna sala i pełna pompa.
Ćwiczyliśmy to milion razy, wszystko szło gites.
Jednym z punktów programu był wiersz Szymańskiego„Książka”.

Witam cię kartek szelestem,
Tytułem na pierwszej stronie,
witam!
Bo po to przecież jestem,
Żebyś mnie ujął w dłonie
I czytał!

Kiedy jesz obiad – na zdrowie!
Gdy chcesz się bawić – baw się!
Ja ci nie bronię!
Ale gdy chcesz mieć opowieść
O wszystkim, co najciekawsze –
Ja ci się skłonię!

Kiedy ci smutno będzie,
Kiedyś samotny, chory;
Bez przyjaciela –
Ja z tobą pójdę wszędzie,
Poprzez zimowe wieczory,
W kraje wesela.

Będziesz wraz ze mną oglądać
Baśnie i cuda, i dziwy
Na końcu świata
Po niebie, po morzach, i lądach
jako te ptaki szczęśliwe
będziemy latać.

Nigdy ci się nie znudzi!
Wędrówki po każdej kartce
Nie są tak straszne.
Przygody innych ludzi.
Są przecież nie mniej warte
Niż twoje własne.

Ja cię bez trudu nauczę
Tego, co przydać się może
Choćby po latach paru.
Ja tobie słowem, jak kluczem,
Cudowny sposób otworzę
pałace czarów.

Wiersz ten miałyśmy deklamować razem z siostrą, każda jedną zwrotkę, na zmianę.
Taki był plan.
Oczywiście, każda z nas znała nie tylko swoją kwestię, ale i siostry, więc kiedy przyszło co do czego, po wygłoszeniu swoich 6 linijek usiłowałyśmy mówić dalej.
Nie wiem, która z nas zaczęła tę bitwę na zwrotki, ale o ile pamiętam – to moja siostra usiłowała przerwać moją rozpędzoną deklamację – po prostu zatykając mi usta.
Ja po chwili zrewanżowałam się tym samym.
Na scenie.
Mikrofon, reflektory, na widowni garnitury i pełna elegancja Francja, a my się tu nawzajem usiłujemy zakneblować.
Pierwszą potyczkę przegrałam, ale kiedy siostra powiedziała swoje, nie czekając na rozwój wydarzeń, zaczęłam kolejną zwrotkę.
Aby uniknąć ewentualnego uniemożliwienia mi wygłoszenie swojej kwestii oddaliłam się nieco, zabierając ze sobą mikrofon, razem ze statywem.
Jednak już gdzieś w połowie zwrotki siostra wykonała w moją stronę kilka kroków i złapała statyw z wojowniczą miną.
Gdy nadeszła chwila na „jej” zwrotkę – przyciągnęła statyw jeszcze mocniej do siebie.
Nawet sobie nie wyobrażacie, jak komicznie zabrzmiały słowa „będziesz wraz ze mną oglądać baśnie i cuda i dziwy” – które wydobywała z siebie zaciętym tonem, patrząc na mnie bazyliszkowym wzrokiem, ściskając statyw z całej siły.
Nie muszę chyba Was przekonywać, że już przy pierwszych próbach kneblowania na widowni rozległy się pojedyncze chichoty, wraz z rozwojem wypadków zamieniając się w salwy śmiechu.
Kiedy przyszedł czas na zwrotkę ostatnią, wygłoszoną wspólnie, zgodnie z planem i w ogóle zgodnie, publiczność chyba poczuła zawód 😉
Tak czy inaczej nagrodzono nas szalonymi brawami, jakich nie dostał żaden z występujących, co nie zmienia faktu – że nasz blamaż był całkowity i bezdyskusyjny 🙂
Zawdzięczam go – oczywiście książce 😀