Tagi

Tak poważnie – to nie wiem, od czego zacząć.
Nie mam nawet pojęcia, jak tę notkę zatytułować.
Bo z jednej strony strasznie chcę o tym napisać – ale z drugiej to się trochę wstydzę 🙂
Nie przywykłam się chwalić, nie sukcesami zawodowymi i w ogóle mam wrażenie, że o tym jakoś „nie wypada” mówić. Przynajmniej tak się utarło w naszej kulturze, w naszej polskiej rzeczywistości.
Jasne, jakimś Noblem czy Pulitzerem, albo jak Cię awansują na dyrektora generalnego korporacji – to tak, ale jak na zastępcę kierownika działu – to już niekoniecznie …
Jeśli zarabiasz na życie pisaniem albo uważasz się za poetę (bo to, jak wiadomo, dwie różne rzeczy) no i nagle, po latach oczekiwania, wreszcie, w antologii pt „Poezja na Ludwinowie” ukaże się drukiem Twój wiersz, 4 linijki raptem, i to wśród 164 innych autorów, to tak jakoś nie bałdzo, prawda? Nawet gdy jakiś czytelnik wiersz pochwali, że się wzruszył czy coś….
Nie opowiesz o tym rodzinie ani nie napiszesz z capsem na fejsie, raczej… niezależnie od tego – jak bardzo ten fakt Cię cieszy.
Bo bo co to za wyczyn, prawda? Jedynie mała, prywatna radość, nic więcej.
A ja właśnie mam ochotę się pochwalić – choć mój sukces jest o wiele trudniejszy do zmierzenia.
Nauczycielowi trudno się chwalić.
Od nauczyciela się oczekuje – że będzie dobrze uczył – solidnie, bezstresowo, w sposób przystępny a zarazem poprawny merytorycznie… że znajdzie drogę, zachęci, pokaże.
Jak więc go za to podziwiać, za coś – co jest jego robotą, jego psim obowiązkiem – prawda?
To tak, jakbyśmy weszli do piekarni i zachwycali się chlebem – że chrupki, świeży i pachnący…. chleb kurna MA być właśnie taki, innego nie kupimy.
Jeśli nauczyciel przynudza, kręci, miesza, jeśli się wciąż myli…. jeśli zniechęca się na sposób „no to ja już nie wiem, jak mam Ci to tłumaczyć”… jeśli nie zauważy, że jego uczeń nie łapie materiału, jeśli zadowala się wykładem a nie sprawdza – na ile został zrozumiany… jeśli nie jest na 1000% zaangażowany w to, co robi, jeśli mu nie zależy – to niech spada na drzewo, poważnie.
Poszukajmy lepiej takiego korepetytora, któremu będzie się chciało.
Któremu będzie zależało na tym – żebyś zrozumiał, zapamiętał, nauczył się i stanie kurna na głowie, żeby Ci w tym pomóc.
I będzie miał nie tylko te dobre chęci – ale i wiedzę i odpowiednie doświadczenie.
I tego, moim zdaniem, NALEŻY od nauczyciela oczekiwać, i jeśli to przyniesie rezultaty – to jest to po prostu git – i tyle.
Takie całkiem normalne, przeciętne „git” 🙂
No ale ja się chwalę, mimo wszystko.
Bo dziś usłyszałam na zajęciach słowa, które dla moich uszu są jak muzyka Lacrimosy, od których się puszę jak paw a duma unosi mnie nad ziemią.
Tera będzie enigmatycznie i skrótowo, bo nie wiem, czy autor słów życzyłby sobie szczegółów, które pomogłyby go zidentyfikować, czy generalnie chciałby zdarzenie upublicznić.
Przychodził mnie na zajęcia całe lato – po 2, 3 razy w tygodniu, nie z powodu poprawki czy coś, na świadectwie ocenę miał dobrą, czuł jednak, że nie ze wszystkim radzi sobie tak swobodnie i bezproblemowo, jak wskazywałaby ta ocena. Szczególnie nie leżała mu planimetria, często po przeczytaniu treści zadania nie wiedział w ogóle, od czego zacząć, jak ruszyć.
No i tę geometrię przede wszystkim ćwiczyliśmy – trójkąty, czworokąty, okręgi wpisane i opisane, konstrukcje, dowody twierdzeń… starałam się pokazywać nie tylko drogi – ale metody ich szukania, odróżniania tych szybszych czy wygodniejszych, z akcentem na ten start, na pierwszy krok.
I dziś, 20 sierpnia, gdzieś o godzinie 16:40 chłopak od kopa rozwiązał zadanie z dwiema gwiazdkami, czyli o mocno wyśrubowanym poziomie trudności.
Jasne, najpierw wspólnie wykonaliśmy rysunek pomocniczy (większość oczywiście ja, bo czy może być lepsza rozrywka od rysowania trójkąta i obracania go wokół jednego z wierzchołków – po prostu wyrwałam D. długopis z łapy i malowałam w natchnieniu…)
Jednak w połowie wprowadzania oznaczeń D. mi przerwał i (przy pomocy drugiego długopisu) poprowadził przecudne rozumowanie – jasno i elegancko, do końca.
I, że się tak wyrażę – wyszło 🙂
Dowód został zakończony.
Kiedy trwałam w zachwyconym osłupieniu i z opadem szczęki nie byłam w stanie wydusić z siebie niczego poza „ja pierdolę…” i „o kurwa…” dodał, chyba żeby mnie dobić jeszcze – że teraz jest inaczej, że teraz patrzy na treść zadania czy rysunek – i już widzi, już wie, jak zacząć, zauważa pewne zależności, już ma pomysł, jak ruszyć.
Że jest inaczej – niż na początku wakacji, że widzi wielką różnicę. W sensie – że po zajęciach z MUA.

No co ja Wam będę ściemniać – takie są gołe fakty 😀
Odbyły się więc rytualne gratulacje wraz ze ściskaniem prawicy D. , bo jego zwycięstwo nad zadaniem 4.154 było spektakularne.
A na wyraźne wyartykułowanie, że to dzięki mojej nieskromnej osobie – gest Kaszpirowskiego, „ręce, które leczą”, w moim wykonaniu.
Czyli – magia, panie – magia.

PS.
A ta fotka na wstępie pokazuje, jak wygląda dumny z siebie nauczyciel 😛
😀