Tagi

Prawdy już chyba nie dojdę, (uwierzcie, mam teraz lepsze zajęcia – niż tracić czas na śledztwo) jak się stało, że na mojej fejsowej ścianie pojawił się statusowy wpis Radka Teklaka.
Pewnie któryś z moich licznych znajomych notkę udostępnił.
Przeczytałam ją – i mój świat nabrał kolorów, oczy otworzyły się szeroko a na twarzy zagościł banan.
Przeczytałam – i zrozumiałam, że coś w moim życiu zmieniło się na zawsze, bezapelacyjnie.
To, że oczywiście się zakochałam, rozumie się samo przez się, nie będę się w temacie jakoś szczególnie rozwodzić – bo to oczywiste.
Nie było bowiem szans, żeby uniknąć zachwycenia się facetem w tiszercie R+ na profilowym, który opisuje swoje szpitalne przygody w sposób absolutnie genialny i przy tym niesamowicie mi bliski.
I używa do tego jedynie właściwego słownictwa. 🙂
Coś tam nieśmiało skomentowałam, zaczęłam czytać wcześniejsze wpisy – i wsiąkłam, wpadłam po uszy.
Spokojnie dodałam profil do obserwowanych – i zaczęłam cofać się w czasie.
W ciągu niepełnych 3 dni przeczytałam wpisy od chwili obecnej do lutego 2013, czyli z ostatniego półtora roku, wpisy plus komentarze, te ostatnie ciut mniej uważnie, ale i tak.
Biorąc pod uwagę, iż autor wrzuca notki przeciętnie co kilka dni, komentarzy zdarza się ponad sto, nietrudno będzie policzyć, iż cały weekend praktycznie przesiedziałam przed kompem, z przerwami na sen, posiłki, wizyty w toalecie i gimnastykę, bo od ciągłego siedzenia kręgosłup napieprza.
I nie żałuję ani jednej minuty.
Jasne, jak na każdym blogu – zdarzają się tu pyskówki wśród komentujących, normalka – ale one też w jakiś sposób komponują się z tym, o czym Radek pisze, stanowiąc tło czy przeciwwagę i co tu dużo gadać – pokazują, jacy, w swojej masie, naprawdę jesteśmy. Czy nam się to podoba czy nie, przy takiej ilości czytających, statystycznie rzecz ujmując, wśród morza komentów mądrych i sensownych, przemyślanych, dowcipnych, błyskotliwych – jest zawsze parę pochodzących od zawodowych trolli, albo od ździebko niedouczonych czy chwilowo niedopieszczonych, albo też od takich, którzy czytać potrafią, ze zrozumieniem natomiast gorzej.
Ale dla równowagi przytoczyłabym przykład wymiatającej komciowej dygresji na temat klasycznego jazzu i bluesa oraz czym ich Radek słucha, podczas czytania oplułam klawiaturę, monitor szczęśliwie się uchował.
Te godziny z Radkiem, z jego notkami, ze specyficzną formą literacką, jaką stworzył przy pomocy swoich fejsowych statusów – nie żałuję ani chwili.
Ze względu na, choćby, wpis o rocznicy śmierci Kaczmarskiego. Z przekierowaniem na notkę w blogu, która jest tak „moja”, że nigdy już chyba nie napiszę o swojej nienasyconej fascynacji twórczością Jacka, bo nie zrobię tego ani lepiej ani piękniej.
I te wpisy o Warszawie, plus wpis blogowy – matko, poryczałam się, ja, Krakowianka. Bo raz, że nasze miłości są porównywalne, też mam takie miejsca w Krk, takie własne, prywatne, moje, z którymi wiążą się historie i fragmenty mojego życia… Ale mam takie i w Wawie, jeszcze pamiętam, choć pamięć o nich powoli zasnuwa mgła… plac Wilsona, żoliborskie wille i Lasek Bielański… i wszystkie te miejsca, których nazwy zaświeciły mi się w głowie na nowo – kiedy czytałam notki Radka… Stadion i handlarze ze Stadionu – a ja pamiętam Saszę, przesympatycznego młodziaka, którego J. uwielbiał i zwykł mawiać, że chciałby mieć go na własność…
Notki o dzieciństwie i Krasnymstawie przywiodły mi na myśl moje, te o Tarnowie….
I notki około-rowerowe, że tak uproszczę temat, a szerzej – o bezpieczeństwie na jezdni. I o durnocie tamże.
O magii Woodstock.
O s/f i książkach w ogóle, w tym o ebookach.
Opisy przygód, mistrzowskie opowiastki o przeróżnych wydarzeniach. I te z praskim folklorem w tle.
Wspomnienia, czarujące dygresje, anegdotki, felietony i eseje.
Wszystko tym cudownym, niezwykle plastycznym językiem, dowcipnie, czasem ironicznie i z wulgaryzmami, które uwielbiam w takim wymiarze i w bogactwie różnorodności.
Mądrze, błyskotliwie, wnikliwie.
No, kurde, co ja Wam będę…. – to się po prostu zajebiście czyta, i pisze to osoba, która niedawno przerwała „Pod kopułą” Kinga po jakichś 40 stronicach męki.
I która przestała czytać bloga I10, (blogera roku 2013, zdaje się) który, jej zdaniem, wyczerpał formułę do cna, a szalę przeważył brzydki styl, w jakim dojeżdżał swojej byłej w kilku „epizodach” – po przeczytaniu których zrobiło mi się smutno i niefajnie….
Potem dotarłam do opisu rejsu po oceanie opisany na blogu, matko…
Właśnie, bo jest jeszcze blog Radkahttp://radkowiecki.blox.pl/html/
Pojawiał się w komentach na fb, były też linki do wpisów blogowych – ale odkryłam je dopiero po zmianie techniki czytania, kiedy naszła mnie myśl, że może byłoby wygodniej robić to chronologicznie, a nie tak od dupy strony.
I westchnąwszy „boziu, życia mi nie starczy” plus „może sama sobie przyznam jakiś urlop czy coś, zaszyję się z kompem na parę dni (tygodni?) Alma będzie mi dowozić żarcie i zanim mi się skończy kasa … „ zabrałam się do czytania Radkowej linii życia, czy czasu, czy jakoś tak – od początku czyli od wpisów z 2010.
Aktualnie czytam wpisy z (sprawdza) czerwca 2012, czyli przede mną jeszcze jakieś pół roku notek, a chciałabym zauważyć, że z czasem ich częstotliwośc i ilość komentarzy rośnie. To wszystko jest zajebiste, bo cieszy mnie perspektywa czekającej mnie genialnej rozrywki, ale myślę o zawartości bloga (7 lat wpisów) i o tym, że właśnie dobiłam do półmetka swoich wakacji.
A przyjemności warto sobie dawkować, kiedy się śpieszysz – cały urok chuj strzela.
Jakiś przykład, jakiś fragmencik tych smakowitości?
Ależ prosz, kto zna mnie choć trochę – zrozumie, dlaczego wybrałam akurat te cytaty.
„To jest ten moment gdy zaczynam wątpić w nieskończoną moc technologii. Mogę zmienić status na fejsie. Mogę obejrzeć film na jutubie. Mogę sobie ściągnąć ostatni odcinek Sons of Anarchy. Dlaczego zatem nie mogę ściągnąć na pulpit dwóch butelek wódki czystej wyborowej?”
Albo „Gdy o godzinie 0118 słyszę Dextera Morgana mówiącego ‚You know who I am. You know what I am. The beast is coming for you.’, robi mi się ciut zimno.”
I jeszcze jedna złota myśl, w związku z występem jednej z gwiazd, pomińmy której, polskiego kabaretu „Polscy kabareciarze doczekają się kiedyś swojej Norymbergi.” i copiątkowe nawoływanie do rozsądku „No dobra, weekend wylądował. Pamiętajcie – kulturalnie i bez patologii.” ozdobione coraz to inną wersją przeboju Shakiry „Waka waka” – to tak spod dużego palca, losowo i bez rozglądania się – a jest takich perełek mnóstwo, krótkich celnych zdanek i dłuższych notek z wymiatającą pointą – za wszystko to kocham Radka Teklaka, i nie wkleję już niczego więcej, nie chcę Wam psuć przyjemności samodzielnego odkrywania uroków jego tekstów. 🙂
Ale jeszcze muszę, muszę, no MUSZĘ – status z 4 października 2012 o Radkowych podejściach do nowych seriali polecam nie tylko reżyserom owych seriali, nie tylko każdemu, kto chcąc opisać wrażenia po takim bliskim spotkaniu trzeciego stopnia ogranicza się do zniesmaczonego „chujowe to było” – bo tu ma przepis, jak sprecyzować ową chujowość dobitnie, jasno i rzeczowo, że barwnie i kwieciście – nawet nie wspomnę 🙂 Status ów można spokojnie potraktować jako ostrzeżenie przed owym kontaktem – ale także poczytać go sobie dla dzikiej i niczym nie skrępowanej radości, bo to wpisane jest w Teklakową terapię.
I Wam też polecam terapię Teklakiem – olejcie te pieprzone kotki na fejsie, porzućcie narzekanie, że gorąco i weźcie się do czytania jego bloga i ściany na fb, bo na zakup na http://bookrage.org/ troszkę się spóźniliście, niestety….
Terapia ta przewietrzy Wasze umysły ożywczym powiewem kpiny i ironii, rozrusza Wasze skostniałe sposoby widzenia świata, służb medycznych i rowerzystów (moje rozruszała)… podsunie nowe definicje przygody, pasji i szlachetnego serca.
Terapii, która bawiąc – uczy.
I ćwiczy myślenie, przy okazji, a to czynność szalenie fajna i dodatkowo polecana przez lekarzy. Bo nie zawsze musisz się z opiniami Radka zgadzać, ale warto prześledzić jego błyskotliwą argumentację i tak na sucho, nawet jeśli nie bierzesz w dyskusji udziału – popróbować postawić jakieś kontrtezy i popolemizować, choćby w myślach. A jak próby zawiodą – to nieco stuningować swoje własne opinie.

PS.
W powyższym tekście znalazło się parę zapożyczeń z Teklaka, te świadome zaznaczyłam kursywą, pozostałych siłą rzeczy wyróżnić nie mogłam, weszły bowiem do mojego słownictwa niezauważenie i zapewne na stałe. Jeśli więc ta notka wyda Wam się zabawniejsza czy bardziej błyskotliwa, niż zwykle – to nie moja zasługa.
To Teklak 🙂
Nie czytajcie więc mnie – czytajcie Radka Teklaka.
Przekonajcie się na własnej skórze – jak dobrze Wam to zrobi.