Tagi

Tak, wiem, że w oryginale brzmiało to nieco inaczej, i wiem też, czyje to były słowa – ale chcę się Wam zwierzyć z przemyśleń, do których lepiej pasuje ta moja wersja tytułu.
Pamiętacie, mam nadzieję, mój felieton sprzed roku, w którym opisywałam walkę o opróżnianie na czas pojemników na używaną odzież, stojących parę metrów od moich okien, o regularny wywóz zawartości i utrzymanie czystości wokoło.

Akcja.

I była to nie tylko walka o mój widok z okna, o higienę psychiczną i brak pospolitego wkurwa, kiedy tylko wykonam drobny rzut oka przezeń… w tamtym momencie poczułam dobitnie zmianę, jaka we mnie zaszła, wejście na kolejny level, jak napisałam gdzie indziej, „mojej świadomości – ekologicznej i społecznej, poczucia więzi z miejscem, w którym mieszkam.
Wydatnie pogłębienie jakości kontaktów z mieszkańcami okolicy – ale przede wszystkim uświadomienie znaczenia „małych ojczyzn”, drobnych wydawałoby się idei, o które warto się bić.”

Dobra, do rzeczy.
Po naszej akcji pojawił się drugi pojemnik, potem trzeci i czwarty.
I w sumie git, może nie są szczytowym osiągnięciem wzornictwa przemysłowego, jeden ciemnozielony, pozostałe kremowe, ale przecież nie będę się strzępić o kolorystykę, nie?
Ich ilość także wydaje się wystarczająca – w ciągu tego roku od naszej interwencji ani raz się nie zdarzyło, żeby były przepełnione.
Natomiast notorycznie zdarza się, że ludzie, kompletnie nie wiedzieć czemu, zamiast do kontenerów, wszystko co powinno się w nich zmieścić – składują OBOK.
Nie wrzucają do środka – tylko oplatają pojemniki coraz okazalszym wianuszkiem, rosnącym w pokaźną górę.
No nie jestem w stanie tego zrozumieć.
Ktoś przytargał te swoje kołdry/płaszcze/pluszaki/stare buty/sukienki, swetry i inne ciuchy z domu i co? Nagle, metr od kontenera zaczynają nim targać wątpliwości, czy zawartość siatek pasuje do jego mrocznego wnętrza?
No chyba, że obserwuję z okien jakiś spontaniczny flash mob, polegający na stworzeniu instalacji artystycznej z reklamówek, worków i worów, pudeł i detalu… skoro tak, to sory, ja to się chyba na sztuce nie znam. I gdybym tylko wypatrzyła któregoś z domorosłych artystów podczas tworzenia, to, tak jak stoję, jak choćby teraz w nocnej koszulinie i kapciach, wyprułabym przed dom i przy pomocy donośnego opierdolu zakomunikowałabym światu, a przede wszystkim artyście – gdzie może sobie wsadzić swoje dzieło.
I, kurwa, do pojemnika mi z tym tałatajstwem, a nie obok.
Tam nawet instrukcję czarno na kremowym (i ciemnozielonym), w kolejnych krokach, wypisano – jak wrzucać. Jak ustrojstwo funkcjonuje, czyli położyć szmaty na półeczce, podnieść wajchę do oporu, opuścić, koniec.
Pojemniki stoją puste, nawet z okien mogę to dostrzec – więc CZEMU OBOK, do chuja pana?
A że puste to mam pewność.
Wiecie skąd?
Bo dokładnie 19 godzin temu (piszę tekst w niedzielę po 18tej) były opróżniane, a teren wokół porządkowany.
Widziałam na własne oczy, nie mam szans przegapić, bo czynność jest dość głośna i przy otwartych oknach przebija się nawet przez mój metal z głośników 🙂
A wczorajsze działania, jak również wypatrzyłam, nie były spowodowane przepełnieniem kontenerów, skądże.
Kilku panów z wielkiego tira na rejestracjach innego województwa porządkowało, segregowało i wrzucało do niemal pustych pojemników zawartość wielkiej sterty plastikowych pakunków, a także ciuchów luzem – porozrzucanych GDZIE? No, oczywiście, kurwa – OBOK.
A przez parę wcześniejszych dni miałam wątpliwą przyjemność napawać się widokiem szmat, tajemniczych konstrukcji ze słomy(?), pudeł i skrzynek, cudownie rozmokłych po licznych w tym tygodniu ulewach.
Panowie grubo po północy odjechali, pozostawiając po sobie elegancko posprzątany placyk.
I wstaję ja rano, czyli po 13tej, podchodzę do okna, coby na termometr zaokienny spojrzeć i ustalić plan działań na niedzielę… i co widzę?
No, kurwa, TO:

Po parunastu godzinach od tych generalnych porządków znowu jest pierdolnik.
Wystarczyło niedzielne przedpołudnie, żeby szlag trafił całą robotę, no i powód powstania pierdolnika jest dla mnie nie do ogarnięcia.
Może Wy macie jakieś wytłumaczenie, bo ja, niestety, nie.
Kontenery na odzież – puste.
Te na segregowane śmieci – także, pokażę to dokładniej na następnych fotach.
Więc czemuż, ach czemuż, ten lud durnowaty, te jełopy, debile i matoły jedne – nie wrzucają tych swoich łachów, klamotów i rupieci DO ŚRODKA – tylko z wdziękiem składują OBOK?
W ramach dbałości o mój widok z okna?
Mój wkurw rośnie, bo oczywiście natychmiast w takich wypadkach pojawiają się Śmietnikowi Grzebalce i ten cały majdan przepięknie rozgrzebują, na coraz to większą powierzchnię.


Raz co prawda moje wzruszone oczy dojrzały jednego, który po starannym przejrzeniu zawartości sterty i zapakowaniu na wózek tego, co mu się przyda, calutką pozostałą resztę pieczołowicie i litościwie do kontenera powrzucał, ale nie liczyłabym, że tak będzie postępował każdy, ot tak, z definicji.

Może wykaligrafować i na jednym z kontenerów powiesić gustowne info, że nie obok, ale do środka, z wyszczególnieniem przyczyn, ale naród to chyba nie czytający…
a jak nawet przeczyta, to ramionami wzruszy i robić będzie po swojemu – takie doświadczenia mamy z sąsiadami po próbach zniechęcania do karmienia gołębi, wróć, do rozrzucania wokół kontenerów pokruszonych bochenków chleba, garnków ugotowanego makaronu czy kaszy…
mimo takiej kartki informacyjnej, błyskawicznie zresztą usuwanej, karma się pojawiała – a z nią stada tych latających szczurów (nielatających także, na własne oczy widziałam).
Stada gołębi zaczęły przesiadywać na najbliższym dachu, znaczy – dachu mojej kamienicy, skutecznie niszcząc jego blaszaną powierzchnię: ptasie guano ma własności żrące, a wraz z piórami idealnie zatyka rynny.
Pominę z litości romantyczne pobudki koło 5 rano – nie macie pojęcia, jak słodko posłuchać o tej porze ich gruchania i tupania po blasze dachu, szczególnie, kiedy śpi się metr od świetlika … Nie uwierzycie pewnie też, jak skutecznie potrafi owo guano zniszczyć blaszane, zewnętrzne parapety – nawet po gruntownym czyszczeniu przez niezawodną Panią Beatkę pozostały ohydne plamy, bleee…
Rozmowa z pańcią, dokarmiającą je regularnie, przypominała typowe „gadał dziad do obrazu” i nie przyniosła żadnego skutku, poza fochem pańci i na nic godne podziwu poświęcenie mojego ex-męża, który przez kilka dni na pańcię wytrwale czatował, a skubana, wysypywała te makarony i kasze pod naszymi oknami tak koło 6 rano, więc wiecie…
Mój eks, doprowadzony do ostateczności, dogadał się jakoś z właścicielem pobliskiego pawilonu i na skutek ich wspólnej akcji (w szczegóły mnie nie wtajemniczono) pańcia przestała się pojawiać, gołębie także.
Ich metody raczej nie zastosuję, bo czuję przez skórę, że była dość drastyczna, no i chyba mało pasująca do obecnej sytuacji.
Nie wiem więc, co zrobię.
Mogę spuścić rolety, ale to problemu nie rozwiąże.
I tak sobie myślę o pięknych ideach i zajebistych pomysłach, o recyklingu, który czyni świat lepszym miejscem a ja płacę o połowę niższe rachunki za wywóz śmieci… i o genialnej w swojej prostocie możliwości pozbycia się z szaf i kufrów niepotrzebnych ubrań i butów (co dla kobiety jest fantastyczne, bo nagle rodzi się miejsce na nowe ciuchy i buty, więc nic, tylko je zapełniać, ach…)
I zastanawiam się, czemu uroda tych idei i pomysłów musi polec w nierównej walce z ludzkim lenistwem, bezmyślnością, chamstwem, prostactwem i głupotą.

EDIT.

A życie dopisało poniedziałkowe postscriptum, ech 😦
Tak oto wygląda pierdolnik dzisiaj:

Powiedzmy, że rozumiem obecność tych tekturowych wielkich pudeł po jakimś sprzęcie, upychanie ich w kontenerze jest niefajne i niewygodne…
Ale pojawiły się kolejne wory z tajemniczą zawartością, nieprzypisane na dobrą sprawę do żadnego z dzwonów czy pojemników, i zaakcentujmy – że te dzwony i pojemniki tuż obok wciąż stoją PUSTE…. przed utylizacją trzeba będzie pewnie do worków zajrzeć i posegregować zawartość, a ten obowiązek należy przecież do przynoszącego, nie wywożącego…
Te stare okna z lewej komponują się z całością bardzo udanie, nadzieja w wywożących śmieci, że się ulitują i zabiorą.
Wszystko to, plus ginący w hałasie ciężkiego sprzętu dziki ogród tuż obok sprawia, że jakoś ciężko mi dziś o uśmiech.