Tagi

Lato, lato, lato nastało.
W moim wypadku oznacza to, że:
a) mam znacznie mniej lekcji, a więcej wolnego czasu
b) gorące dni zatrzymują mnie w domu – bardzo źle znoszę upały, nawet ciepełko rzędu 24’… Czasem więc sporym wyzwaniem okazuje się spacer w środku nocy.

Naturalną konsekwencją tych dwóch punktów jest więc znacznie zwiększona ilość mojej pisaniny i innej działalności artystycznej (bidusie, jakoś musicie to znieść) ale także i to, że na okres wakacyjny odkładam to, co zapewne większość tzw „normalsów” robi przed świętami.
Szeroko rozumiane porządki w szafach, szafkach, komodach i półkach… segregowanie i oddzielanie – co do wywalenia, a co jeszcze może się przydać.
Nie cierpię takich zajęć, ale, kurde, czasem trzeba, ponieważ obrastam w przedmioty równie łatwo, jak w sadełko 😉
Kiedy mój nieporządek mieści się wewnątrz opakowań, kiedy nie leży na widoku i nie potykam się o niego – jest mi łatwiej udawać, że git, wcale bałaganu nie ma i w ogóle ococho.
Kiedy jednak sterta czegoś-tam, pokryta kurzem po prostu wali po oczach (i oskrzelach, wzmagając alergiczne kasłanie) – to żadne pełne hipokryzji tłumaczenia, żadne ściemnianie samej sobie nie odnosi skutku i trza się wziąć do roboty.
Tuż obok moich wypasionych drewnianych mebli z Ikei stoi kuchenna szafka, oklejona nalepkami Radia Alfa i od lat służy jako półka na kompakty 🙂
Pomińmy litościwym milczeniem – co zalega wewnątrz, to zapewne kolejny punkt na mojej porządkowej liście (choć, skoro wewnątrz i nie widać, że zalega… no właśnie 😉 ) natomiast raczej nie uda się to z rzucającymi się w oczy kilkoma chwiejnymi kolumnami, zbudowanymi z płyt – jest tam trochę oryginałów, ale większość to pracowicie zgrywane z nich CD-ki i CDery, prezenty od uczniów, znajomych i przyjaciół.
Sporo z czasów jeszcze przedkomputerowych, a że mój odtwarzacz CD ma około 20 lat wynika z tego prosty wniosek, iż niektóre z płytek mogą być jego rówieśniczkami.
W ciągu tych 20 lat nazbierało mi się muzyki, filmów i zdjęć, jak również kurzu – nie uwierzycie, po przeprowadzce do innego pokoju i wielokrotnym przecieraniu całej kolumny z zewnątrz – kurz dostał się do wnętrza opakowań, nawet między kartki książeczek, tych oryginalnych i tych kserowanych.
Bo mam również takie okazy – nie tylko skrupulatnie opisane na specjalnych wkładkach, ale posiadające zeskanowane okładki i każdą stronę książeczki.
Ale plan porządków był twardy: zostawić wyłącznie oryginały, piraty do piachu, finito.
Łatwiej postanowić, trudniej wykonać.
Po szybkim wyłuskaniu tych z hologramami, przetarciu, uporządkowaniu (te z Lacri osobno, reszta wg nazw kapel) nic nie zapowiadało kłopotów.
Łatwo poszło z płytami zawierającymi filmy – kopie, pamiętam, były raczej tragiczne, to już online choćby znajdę w dużo lepszej wersji.
Chwilę zawahałam się przy wyrzucaniu CD z fotkami i innymi materiałami z CP 2006 chyba, to prezent od Only M. – matko, ile razy oglądałam, przesłuchiwałam i szukałam na nich znajomych…
Ale potem się zaczęło… odnalazłam płytki z Will, z mojego okresu fascynacji tą kapelą… mnóstwo metalowych, gotyckich, progresywnych zespołów, niektórych nazwy dziś już niewiele mi mówią… ale pamiętałam, albo rozpoznawałam po opisach, że ta od Bartka, zaprzyjaźnionego ucznia… te od Kruka – jeju, ile tego, cała dyskografia Theriona, rany !!!!
Składanki marzeń od mojego dziecka – te to chyba 15-letnie, w ramach prezentów dla walniętej matki… ileż musiał się natrudzić, by osobno, po 1 utworze wgrywać – a to Styx, a to Barclay James Harvest czy Paul Mauriat„Lights in the night”„Heartfeeder” – podejrzewam, że wykonawcy czy tytuły są Wam raczej obce, ale dla mnie to kult i kawałek mojego życia, poza tym najdroższa pamiątka.
Tak jak kilka płyt Avy Inferi, Tiamatu czy Moonspella, przegranych z oryginałów i do tych oryginałów upodobnionych z niezwykłym pietyzmem: kolorowe ksero czy skan okładki na kredowej tekturce, przycięte równiusio, jak z matrycy… każda strona książeczki skserowana, pracowicie i dokładnie wycięta, wszystkie poskładane w całość, czasem nawet sklejone niezadrukowanymi stronami w jedno.
Jednak taka konstrukcja replik skutkowała zwiększoną grubością, nie mieściły się więc do plastikowych pudełek CD, o włożeniu do środka, jak w płycie oryginalnej, nie było mowy – utrudniało to umieszczenie ich w eleganckiej kolumnie no i zwiększało zakurzenie.
Potem płyty z Lacri, nie uwierzycie, divixy czy jakoś tak – czyli przegrywane z kaset video na płytę kompaktową. Ok, super, ale przegrywane nie z taśmy-matki, a z kopii kopii, jeżeli rozumiecie… a więc kaseta koncertowa, z clipami i ta Live History – już video było ledwo akceptowalne, a CD, nagrywane ręką i sprzętem Mojego Dziecka – no wiadomo, jakość bliska zera bezwzględnego.
Stanęłam więc bezradna.
Ok, pomyślałam, zróbmy próbę.
Włożę którąś do odtwarzacza w kompie, odsłucham – i zobaczymy.
Zaczęłam od najdroższych mi chyba:


Mam nadzieję, że widzicie to kanciaste, drukowane pismo Mojego Dziecka, dla mnie rozpoznawalne zawsze i wszędzie, i tę oficjalną adnotację – dla kogo i z jakiej okazji, rany, no uwielbiam mojego Grześka, po prostu wzruszenie łapie mnie za gardło 🙂

A jeśli chodzi o zawartość muzyczną, to popatrzmy, CD z prawej było wcześniejsze, czyli to pierwszy porządny prezent dla matki.

„Lights in the Night” Flash and the Pan



„Again” Archive



„Mockingbird” BJH – czyli po prostu „drozd”, uparcie nazywany przez Beksę „Przedrzeźniaczem”



Air


2x Joe Dassin, „Indiańskie lato” i „Et si tu…”



P. Mauriat coveruje Moody Blues „Melancholy man”



„Podwójne życie Weroniki” Preisnera



„Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek” M.Nyman



„Trzy siostry” Nits



Styx „Boat on the river”



„Heartfeeder” String Driven Thing



Jefferson Airplane „White Rabbit” rany, z 1967 roku !!!!



„Yesterday” Grave Digger



Alchemist „Eve on the War”



a może to była ta wersja – chyba się nie dowiem, już nie – bo mój komp nie chce CD odtworzyć, ze zgraniem walczył wczoraj pół dnia i zastopował się definitywnie przy utworze nr 8, a to, co się nagrało, zawiera w tle tajemniczy i nieprzyjemny stukot, którego ilość i intensywność narasta z każdym kolejnym utworem….
No i mam teraz płytki wyrzucić?
Bo nie grają?
Dopytałam zorientowanych w temacie – może być też tak, że płytka odtworzy się na jakimś innym kompie, to zależy od „wrażliwości” odtwarzacza na jakieś mikrouszkodzenia zapisu, oczywiście to spore uproszczenie ale innego moja blondynkowatość by nie pojęła 😉
Tak czy owak – u mnie na odsłuch, czy dobry jakościowo zapis na kompie – szans niet.

Dobra więc, rozpakowałam, pieczołowicie powycierałam.
Wszystkie po kolei.
Posegregowałam i ułożyłam w równe piramidki wszystkie ocalałe.
Jakieś 200, tak mniej więcej.

Włącznie z audycjami Tomka B. – z tą jego ostatnią, i z Wigilią Wszystkich Świętych, i z Nocą Horrorów, i z Wielkim Piątkiem z Tomkiem B. – jak sama zatytułowałam tę bodajże z 1992 roku, i paroma innymi.
Nawet nie wkładam ich do odtwarzacza i nie próbuję przesłuchać czy zgrać na kompa.
Bo to nie ma znaczenia.
Niezależnie od tego – czy zawartość płytek da się odtworzyć czy nie – i tak ich nie wyrzucę.
Nie ma bola.
Chyba by mi ręka uschła i serce pękło.
Bo są jak pożółkłe zdjęcia w starym albumie, jak listy od kochanka z przeszłości, przewiązane wyblakłą wstążką…. mogę ich nie oglądać, nie muszę czytać, wystarczy, że wezmę do ręki, potrzymam chwilę w dłoni – ich treść i tak doskonale pamiętam.
Także chwilę, kiedy list otwierałam i czytałam po raz pierwszy, i tę – kiedy Tomek z anteny Trójki mówił do mnie, i tę, kiedy po prostu zabił mnie „Heartfeederem”… chwilę, w której odkryłam, fragmentem jakiego utworu jest jingiel otwierający Radio Kierowców….
Wszystkie te chwile, wbrew słowom pewnego androida nie umarły, nie do końca – bo są we mnie, są tak długo – póki je pamiętam.
A zdjęcia, listy, płytki – jedynie w tym pamiętaniu pomagają, nawet bez oglądania, czytania, przesłuchiwania po raz kolejny.
Wystarczy, że spojrzę na odkurzone i poukładane już teraz równo kolumny moich wspomnień, puzzli mojego życia.
A większość z materiału na nich zapisanego jest przecież dostępna w necie, jeśli nie dziś, to pewnie ktoś go udostępni jutro, tak to działa najczęściej.
Jeśli więc zechcę, to każdą nutę, każde zapisane na moich płytach słowo czy obraz – znajdę, wysłucham, zobaczę… na nowo, jeszcze raz, o ile się odważę.

https://drzoanna.wordpress.com/2013/11/28/fields-of-the-nephilim-czyli-powrot-do-zrodel/
https://drzoanna.wordpress.com/2013/11/28/krotko-i-na-temat/