Tagi

„Tym, którzy z troską dopytują się o moje zdrowie odpowiem: a co ja, kurwa, jakąś pierdoloną emerytką jestem, czy jak, żeby mnie o zdrowie wypytywać? 😉
Troskę doceniam, dziękuję za nią z całą uprzejmością, na jaką mnie stać, aczkolwiek niniejszym wyjaśniam, że nie po to na imprezy chadzam, coby lodówką wypełnioną lekami się przechwalać, jak coś – to raczej radościami w zupełnie innej dziedzinie życia – a tu, thx, absolutnie git 🙂 „

Tak mniej więcej brzmiała końcówka mojej relacji z sobotniej imprezy w Carycy.

Cóż, wygląda na to, że pytana o zdrowie – chyba faktycznie dziwnie reaguję.
Na zwykłe, dyktowane życzliwością i chyba autentycznym zainteresowaniem dopytywania zaczynam się foszyć, stroszyć i obruszać.
Wiem, że tak jest, ale sprowokowana rzeczowym komentarzem Alicji zaczęłam się zastanawiać – skąd się to bierze.
Najpierw przyszło mi do głowy, że może jestem po prostu przeczulona na punkcie swojego wieku, że nerwowo reaguję na stereotypowe zachowania w rodzaju: młodziutki rozmówca z uprzejmości interesuje się zdrowiem leciwej kobiety, sądząc, iż babina, której dolegają wszystkie choroby świata – chętnie o tym poopowiada 😉
A ja akurat nienawidzę gadać o chorobach – ale nie z powodu tego przeczulenia.
Jasne – jeśli w chorobie jest coś interesującego, kosmicznego, jeśli jest niezwykle rzadka i, przykładowo, z całego świata przyjeżdżają do mnie wycieczki ciekawskich, coby poprzyglądać się jednemu z niewielu takich przypadków – to spoko.
Chętnie też relacjonuję swoje pobyty w szpitalu – bo to hardkor, survival i super przygoda 🙂 plus możliwość poznania przefajnych ludzi.
Ale co może być interesującego w tym, że kolejny zastosowany lek nie zadziałał ze spodziewaną mocą, a jego poważne skutki uboczne wpływają negatywnie na inne schorzenie… że czasem brakuje mi sił a lekarz sprawia wrażenie, jakby tracił pewność siebie…. że suma wszystkich moich chorób i dolegliwości sprawia czasem wrażenie olbrzymiej góry, pod ciężarem której uginam się coraz niżej i niżej…
Ja po prostu nie lubię narzekać.
Nienawidzę się skarżyć czy użalać nad sobą.
Kiedy jest dobrze – opowiadam o tym wszędzie i wszystkim, nawet, jeśli nie chcą słuchać.
Ale kiedy coś się pieprzy – zachowuję to dla siebie.
Gdy potrzebuję rady czy pomocy – nie mam problemu, żeby o nią poprosić, ale dostałabym chyba kurwicy albo ataku furii, gdyby ktoś zaczął mnie pocieszać.
O chorobach i innych nieszczęściach opowiadam więc rzadko i chyba tylko wtedy, gdy ich ogrom mnie przerośnie, albo zadziwi czy zaskoczy – ale nie o codziennym bólu, o małych cichych cierpieniach.
Chyba nie umiem o tym mówić.
Po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że zdecydowanie nie należę do tych, którzy lubią głaskanie po głowie, czy mają potrzebę wypłakania się w czyichś ramionach.
Raczej do takich, którzy niezależnie od tego, jak jest i co się dzieje, uparcie twierdzą, że wszystko super, dzięki za troskę… noszą głowę wysoko i wszyscy mają ich za szczęściarzy.
A także za okazy siły i energii.
Jednak, czasem, ta ściema im się nie udaje, coś w jej mechanizmie się zacina i wyartykułowanie kolejnego „jest świetnie” sprawia trudność.
Wtedy wolą, żeby nikt nie nagabywał, nie interesował się nawet, co ze zdrowiem, co z domem, jak z miłością…. no przecież nie powiedzą, że chujowo – nie?
Że wszystko się wali, że czasem mają dość i chcieliby wysiąść z tego pociągu, ale głupia nadzieja szepce fałszywie, że może wszystko się odmieni na kolejnym przystanku.
Więc zaciskają zęby, wracają do przedziału i po prostu robią swoje.

Więc nie pytajcie mnie o zdrowie, proszę… nie chce mi się o tym gadać.