Tagi

Taaaa, pracowity, ale chyba nie tak, jak sądzicie 😛
Rzecz w tym, że udało mi się zaliczyć 2 imprezy.
Słownie DWIE, i to mnie – słabej, wiekowej kobiecie 😛
Dziś oczywiście odczuwam skutki zabawy, głowa mnie boli zupełnie-nie-wiem-czemu, naciągnęłam sobie jakiś mięsień/ścięgno w prawej pachwinie, w tańcach i hulankach parkietowych, jak sądzę, bo innych swawoli nie pamiętam…
Opiszę więc pokrótce to, co ostało się w pamięci.
Pokrótce, bom zmęczona, no, wybaczcie plis.
Wybrałam się z Miyu i plan był taki: najpierw do PodZiemia, bo karaoke, potem do Schizofrenii, bo Żołnierz na didżejce Panterę, Metallikę i inne takie zapuszcza.
Na Miodowej zabawiłyśmy do pierwszych minut soboty, o ile pamięć mię nie myli, a w międzyczasie wzmocniłam nadwątlone siły zajebistą bułą z pieczenią, sałatą i innymi takimi, szczegóły pominę, bo zaślinię klawiaturę na samo wspomnienie…
A ile się nasłuchałam pysznych popisów karaokowych….
Królowały dziewczyny: Musza, Miyu i Magda Sz.
Duet Muszynki i Miyu „A Rose For Epona” Eluveitie zmusił mnie do wyrażenia swoich emocji i zachwytu przy pomocy gibania i machania włosami…

Matko – to było niesamowite, te dwa rewelacyjne wokale w zestawieniu – to było jak taniec, jak walka, jak seks na śmierć i życie… dwa zupełnie inne brzmienia, zupełnie różne barwy to mijały się, to splatały w śmiertelnym uścisku, niech żałuje, kto tego nie słyszał.
Potem obie dziewczyny śpiewały piosenkę z „Krainy Lodu”, Miyu po polsku a Muszynka po angielsku:

A Musza solo była rewelacyjna w „Seven Wonders” 🙂

Miyu w „All Around Me”Flyleaf:

Zaś Magda Sz. wymiatała „Łiszmasterem” – no wiecie, tą piosenką o chomiku, dentyście i o Stevenie Seagalu.

I jeszcze wykonała pięknie „Aces High” Ironów….
Podobał mi się też występ Gosi, ale faceci także zaznaczyli swoją obecność dzięki bardzo udanemu, mocno metalowemu występowi Pawła.

I wszyscy doskonale się przy tym bawili 😀

A czego nie widać na fotach, niestety? A na przykład rytualnego macania po cyckach i porównywania gładkości ud – tu walka S. z Miyu była naprawdę wyrównana, zapewniam ja, główny i jedyny arbiter oraz macant 😛

Potem…. przetruchtałyśmy z Miyu na drugi koniec Miodowej.

To była moja pierwsza wizyta w tym klubie – tym baczniej przyglądałam się wnętrzu…
http://www.beerpubs.pl/p1261,Schizofrenia
To, co zauważyłam na pierwszy rzut oka – to spora liczba schodów i schodków, rozsianych tu i ówdzie, dosyć niespodziankowych, bo nieoznakowanych jakoś specjalnie i w ciemnościach klubowych kompletnie niewidocznych.
Miyu, stała bywalczyni, zdążyła mnie ostrzec, więc na parkiet i do toalety chodziłam jak ślepiec, z ręką przy murze, a dla rozbawionych imprezowiczów to i poręcze by się przydały 😉
Niestety, nie wszystkim się udawało – jedna, zupełnie trzeźwa panna, na naszych oczach zaliczyła glebę podczas wchodzenia na dansflor, na szczęście skończyło się na strachu.
I, jak często w klubach piwnicznych – wentylacja szwankowała, czy też nie było jej wcale, na parkiecie było więc aż ślisko od potu.
Ale co tam – dla twardzieli i wymiataczy imprezowych to nie przeszkoda.
A od czego wypróbowana metoda moczenia włosów i koronkowych mitenek pod kranem?
(kibelek przyzwoity, ciasny ale przytulny i czysty, papier toaletowy obecny, lustro w kabince także.)
Spory wybór piw, lanych i butelkowych, z lodem wprost wyśmienitych.
No i dobór muzyki.
Jejku 🙂
Wszystko, co kocham w metalu: od Metalliki po Manowar, od Korna po Kontrust (tak, była „Bomba”, a jak, pierwsze takty przywitał mój dziki parkietowy wrzask, chyba trzykrotny 😛 )
I mnóstwo SOAD mmmmmm… 🙂
No po prostu super 🙂
Dlatego wraz z Miyu szalałyśmy do upadłego 😉

I, ku naszej radości – spotkałyśmy mnóstwo znajomych, gotów, metali i niezrzeszonych 😉
Dawno nie widziana Katarzyna Elsa H.D zapewniła mi porcję rozważań o naturze ludzkiej i pocieszyła w moich małych smuteczkach, dzięki, Kasieńka !!!
Zamieniłam też parę słów z Izą, Adamem, Klemposem, Krwawą Mary (wszystkiego najlepszego urodzinowego !!!) PiotremNiestrudzonym Wymiataczem Parkietowym, Ralfem, Łukaszem i samym didżejującym Żołnierzem.
Matko, to jedynie część tej znanej mi grupy… odnoszę wrażenie, że gdzie się nie ruszę, nawet w jakieś nowe, nieznane mi miejsce – zawsze trafię na znajomych… czy ze mnie taka imprezowiczka, czy raczej moi znajomi, czy po prostu znam tyle osób, że nawet w rockowym klubie na Antarktydzie wlazłabym na jakiegoś zaprzyjaźnionego metala czy gota-Eskimosa.
Na liście thr00metali jest oczywiście blondwłosy przystojniak, którego imię, z pewnością równie piękne, wyleciało mi z pamięci… poznany w Pixelu po koncercie Fieldsów, a zapamiętany z wygranej w zawodach na najkształtniejsze muskuły, walkowerem, reszta zawodników do pięt, znaczy do bicepsa, mu nie dorastała.
Prócz urody cechowało go wyczucie i wyrozumiałość – już na wstępie przypomniał mi szczegółowo tę Pixelową sytuację, rozumiejąc doskonale, że po prostu mogę go nie pamiętać. Jasne, w oceanie zachwycających długowłosiastych mógł mi po prostu umknąć 😉
Ach – i była wódeczka od Żołnierza … i od baru …. aaaaa to dlatego dziś ta głowa… ekhem, nic nic 😛
Dokładniej to „dwie czarne damy” (jak nas nazwano) zostały zaproszone za bar i sfocone.
Jak się tylko gdzieś w sieci pojawią dowody naszego upadku – dajcie znać.
Zapamiętałam też szalenie sympatyczną, wręcz wzruszającą rozmowę: zagadnięta przez A. w sprawie rzekomego bycia stałą bywalczynią, no bo skąd to zaproszenie za bar i foty zaczęłam wyjaśniać żartobliwie, że nie, skądże, jestem tu po raz pierwszy, ale widocznie moja zajebista zajebistość, widoczna z daleka i błyszcząca jak gwiazda na nocnym niebie – przyciąga do mnie ludzi od pierwszego rzutu okiem. Że po prostu wszyscy mnie kochają od pierwszego wejrzenia.
I – nadal się wygłupiając – poprosiłam Miyu: „weź i wyjaśnij koledze plis, za co mnie lubisz? jak to się stało, że pokochałyśmy się od pierwszego wejrzenia?”
Ale ona odpowiedziała najpoważniej na świecie. To, co usłyszałam, wzruszyło mnie tak bardzo, że łzy stanęły mi w oczach a wrażliwe serduszko stopiło się jak lody w lipcu…
Tu nastąpiła ciepła scena serdecznego ściskania się i całowania, tęcza zabłysła kolorami nad Schizofrenią, napisy końcowe… 😉
A poważniej – było koło 4, dla starszych pań time to Yuma.
Wychodziłyśmy, zabierając ze sobą niezwykle pozytywne wrażenia (nie traktujcie zbyt poważnie wstępnego narzekania na schodki i tropikalną atmosferę… im jestem starsza, tym bardziej się czepiam i marudzę, ale przynajmniej można być pewnym, że w moich relacjach nie ma cienia matactwa czy lizusostwa – jak mi coś przeszkadza, nawet maciupkiego – to zaraz to wytknę, i już 😉 )
Myślę więc, że do Schizofrenii wybiorę się jeszcze nie raz, bo polubiłam tamtejszą atmosferę i chyba ta atmosfera polubiła też mnie 😉
Odprowadziłam Miyu pod PodZiemie – ona, twardsza (i młodsza, co wiele wyjaśnia 😛 ) zawodniczka ode mnie koniecznie chciała jeszcze coś zaśpiewać, ja marzyłam jedynie o kołderce i wcześniejszym chłodnym prysznicu… usłyszałam jeszcze „ooo…. popatrz, jak zwykle taksówka czeka na Ciebie” i faktycznie, czekała, na rogu Starowiślnej i Miodowej pod jaśniejącym już całkiem niebiem….
Ciemny van o dość wysokiej podłodze, więc po otwarciu drzwi i upewnieniu się, że „pan jest wolny i można…” zaczęłam narzekać na wąską spódnicę i trudności manewrowe 😉
A Pan Taksówkarz roześmiał się przyjaźnie i dodał, że zawsze narzekam na tę wysokość i spódnicę.
Poważnie?
To już jechaliśmy razem?
Pan potwierdza, tak, i to nie raz.
Rany, nie pamiętam, ale skoro tak – to proszę mnie zawieźć do domu – i nie podaję adresu. 😀
Radośnie gaworzymy po drodze, ja orientuję się, że w portfelu mam jedynie nędzne 14 zeta, znam tę trasę i przeciętny koszt nocnej taksówki, proponuję więc, żeby pan spoglądał na licznik i wystawił mnie za drzwi, kiedy wyskoczy ta czternastka i już.
Ale – ku mojemu zaskoczeniu i entuzjazmowi Pan odwozi mnie pod sam dom i liczy sobie dokładnie 14zł, chyba wyłączył po drodze taksometr.
Poza tym, że mój stan dnia następnego absolutnie wykluczał udział w Digital Riot, za co wstydliwie, ale gorąco plasiam – to był naprawdę udany piątek trzynastego!!! 😀