Tagi

Na temat mojego stosunku do możliwości dokonywania zabiegu przerwania ciąży wypowiadałam się wielokrotnie.
Na temat, podkreślam – MOŻLIWOŚCI, DOPUSZCZALNOŚCI, EWENTUALNOŚCI. Opcji – jaką WOLNO wybrać kobiecie, jaką MOŻE ona rozważać, kiedy nie jest pewna, że dziecka pragnie, kiedy ma uzasadnione wątpliwości. Na temat alternatywy tym bardziej oczywistej – kiedy dziecko w jej łonie jest chore, kiedy płód jest uszkodzony, kiedy badania wykazują wady rozwojowe zarodka.
Celowo użyłam określeń „dziecko”, „płód”, „zarodek” – zamiennie, bo naprawdę nie mam zamiaru wdawać się w akademickie dyskusje, kiedy „zaczyna” się dziecko, a kiedy jest jeszcze płodem …. tym bardziej nie czuję potrzeby kłócić się o to, kiedy „zaczyna się” życie.
To dobre dla bezrobotnych filozofów, domorosłych wymądrzaczy z gatunku tych, którym się wydaje, że zjedli wszystkie rozumy, że wykształcenie, własne przemyślenia – a najbardziej to chyba przerośnięte ego dają im prawo do wyrokowania w tej kwestii. Do nazywania nienazwanego, do stawiania barier, granic…. do konstruowania definicji na użytek ogółu, do zmuszania tego ogółu do używania ich oraz do wszelkich tego używania konsekwencji.
Ja zadowolę się skromnym „nie wiem”.
Czasem, choć rzadko, zgadzam się z takimi definicjami, czasem buduję własne – ale czasem ich po prostu nie potrzebuję.
I tak jest w tym przypadku, choć przyznam, że jak słyszę, że aborcja to zabijanie nienarodzonych – to witki mi opadają.
A czasem nóż mi się w kieszeni otwiera.
Bo używanie takich słów – to manipulacja. (a tytuł tego artykułu, rzecz jasne, jest celową prowokacją.)
To mniej więcej tak, jakby szpitalną operację uznawać za kryminalne naruszenie nietykalności cielesnej, z zadawaniem ran, bólu i cierpienia – co przecież jest naganne i karalne, prawda?
Więc w kwestii tych opcji, o manipulacjach i o zabijaniu…

Obejrzyjcie, proszę, wywiad z Profesorem Chazanem – bo do jego słów będę się odnosić.

„Wykonanie aborcji w 23 tygodniu ciąży jest co najmniej tak niebezpieczne dla zdrowia jak poród w ciąży donoszonej.” – w życiu nie słyszałam bardziej pokrętnej, wręcz oszukańczej „logiki”. To sprytny chwyt erystyczny, trudno tego nie dostrzec. Bo postawienie sprawy w taki sposób, sprowadzenie problemu do porównania, co jest „bardziej szkodliwe medycznie” – niejako „naturalne” urodzenie dziecka czy zabieg przerwania ciąży, jak każdy zabieg medyczny obciążony ryzykiem – jest dyskutancką manipulacją, wywołuje oczywisty efekt i zamierzoną, jak sądzę – z góry zaplanowaną reakcję.
Plus szerokie i niepozbawione makabrycznych szczegółów rozwodzenie się nad samym zabiegiem i psychologicznymi następstwami „po”.
Moim zdaniem najbardziej szkodliwą, nie medycznie, ale całościowo, obejmując całokształt zagadnienia, jest zupełnie bezbożna, arbitralna, wręcz butna pewność Profesora – co dla pacjentki, tej czy innej, jest pod każdym względem lepsze i czego ona sama chce, czy też „powinna” chcieć raczej. Swoim spokojnym, cichym i wzbudzającym zaufanie głosem Pan Profesor bez cienia wątpliwości wygłasza opinie w rodzaju tej, że „donoszenie dziecka, które jest chore, które jest pod czułą opieką matki, które ma wadę rozwojową, mniejszą albo większą – chyba nie stanowi dla matki problemu” … jasne, bo przecież każda kobieta, nawet kiedy jej dziecko ma stwierdzone wady rozwojowe, mniejsze lub większe, kocha je i pragnie jego przyjścia na świat…
Matko – co za zakłamanie, bezczelność i hipokryzja.
Otóż – nie każda, Panie Profesorze, nie każda.
Dla wielu będzie to ciężar nie do zniesienia, misja, przekraczająca siły jej i jej rodziny, trauma i „śmierć psychiczna” – to właśnie życie z tak chorym dzieckiem, tygodnie i lata naznaczone cierpieniem jego i matki – a dla niej znój i golgota, beznadzieja i udręka.
Ale Pan Profesor twierdzi, że „osiąganie szczęścia w taki (aborcyjny) sposób jest chybionym pomysłem”, kiedy to matka „życzy sobie, żeby to dziecko zostało zabite, a lekarze są oddelegowani do roli katów, bo taką funkcję im się tu przydziela” i wyjeżdża z tą „atmosferą szafotu”.
(Kolejny opad witek.)
A Profesor przytacza przykład kobiety, u której płodu wykryto brak nerek.
Ta matka pragnęła donosić ciążę, chciała urodzić.
I chwała jej za to. Wierzę, że jej wielkoduszność była w pełni przemyślana, że przyszła matka świadomie i odpowiedzialnie brała na siebie cały ten morderczy wysiłek, który ją niewątpliwie czekał.
Ale rozumiałabym także bez cienia nagany, gdyby zdecydowała inaczej, gdyby postąpiła zgodnie z sugestiami innych lekarzy.
Tak rozumiem określenie „możliwość wyboru” – a nie propozycje opieki psychologicznej i wskazanie „opcji” hospicjum dla nieuleczalnie chorych dzieci.

Przejdźmy więc do opinii Profesora Chazana na temat obecnych trendów diagnostyki prenatalnej (w 1 trymestrze ciąży), które zmierzają do „wyszukiwania tych egzemplarzy, które są do eliminacji” – sory, nie stać mnie na żaden elegancki komentarz, pozwólcie więc, że posłużę się staropolskim „ja pierdolę, Profesorze – no ja pierdolę.”
A przykładowi 85letniego bardzo cierpiącego pacjenta w stanie terminalnym, który, zgodnie ze słowami profesora „mimo wszystko wciąż trzyma się życia” pozwolę sobie przeciwstawić swój własny: nie, ja wolałabym za wszelką cenę takiej sytuacji uniknąć.
Niezależnie, czy miałabym lat 85, czy, jak teraz – 58.
Nie zgodziłabym się na życie w bólu i upokorzeniu, uzależniona od opieki szpitalnej czy hospicjum, ubezwłasnowolniona, niezdolna do opuszczenia szpitalnego łóżka, sztucznie karmiona, srająca pod siebie itp itp.
Absolutnie wolałabym, nie, powiedzmy to jasno i wyraźnie: JA CHCĘ MIEĆ WYBÓR, możliwość godnej śmierci, zakończenia życia – kiedy uznam, że wypełniająca je ilość bólu i poniżenia przekroczyła dopuszczalną dla mnie granicę.
Mam nadzieję, że ktoś „zaoferuje mi ręce lekarza, które zabiją” – że użyję cytatu z fundacji pro-life.
Że znajdzie się (tym razem posłużę się własnym, uczciwszym IMO nazewnictwem) mądry, empatyczny lekarz, który zechce mi pomóc.
Jasne – ktoś może mi zarzucić, a ja uczciwie nie zaprzeczę, że przecież mogę zmienić zdanie… że piszę te słowa teraz – w pełni sił i zdrowia, a moja wypowiedź powyżej opiera się na domysłach, na hipotetycznych odczuciach wobec hipotetycznej sytuacji, która być może nigdy mnie nie dotknie.
Oczywiście.
Ale jednak, nawet w tym momencie, chciałabym mieć absolutną pewność, że gdyby, kiedyś, coś – to będę mieć ten wybór. Że będzie on możliwy. Że nie będę bezsilna, że nikt mi żadnej alternatywy nie odbierze z góry i nie narzuci z definicji „jedynie słusznej drogi”.
I cokolwiek postanowię – tak się stanie, legalnie. W powadze prawa, w spokoju sumienia.
Posiadanie tej pewności już teraz, pozwoliło by mi łatwiej i spokojniej zasypiać po zgaszeniu światła wieczorem….

PS.
Oczywiście daleka jestem od zabraniania Profesorowi, lekarzom czy komukolwiek, posiadania własnych prywatnych poglądów – religijnych, politycznych – dowolnych.
Jednak będę protestować, jeśli przeszkadzają one w wykonywaniu obowiązków wypływających z zajmowanego stanowiska, jeśli wpływają na jakość pracy, ograniczają czy wręcz uniemożliwiają służenie pacjentowi pełną pomocą.
A podpisywanie się pod „Deklaracją wiary” jakoś nasuwa mi skojarzenia z parafowaniem „lojalki” z czasów stanu wojennego, choć tu, podobno, lekarze robią to zupełnie bez nacisków i całkowicie dobrowolnie.
I przypomina jeszcze moją własną historyjkę, kiedy po zakończeniu studiów o profilu nauczycielskim w latach 70tych podjęłam pracę w szkole.
I kiedy, zgodnie z panującym wówczas „obowiązkowym zwyczajem” musiałam wziąć udział w uroczystym ślubowaniu, zawierającym jasno wyrażoną obietnicę „służenia ojczyźnie i jej socjalistycznym ideałom, wychowania dla państwa socjalistycznego itp” i przekazywaniu takich postaw, treści i ideałów uczniom.
I tu wynikła afera – bo ja się uparłam, i takiej przysięgi złożyć nie chciałam.
Pamiętam rozmowę z panią z kuratorium, którą przekonywałam, że jestem matematykiem i moim zadaniem jest uczenie tego przedmiotu, nie polityczna agitacja… a na argumenty o wychowawczej roli pedagoga odparłam, iż naturalnie, dołożę wszelkich starań, żeby swoim uczniom wpoić zasady moralne, przekonać do rzetelności i uczciwości, odwagi w głoszeniu poglądów i posiadania własnego zdania. Ale także kierowania się honorem i empatią wobec innych, do tolerancji i poszanowania poglądów oraz postaw innych ludzi, do konkretnej argumentacji – nie krzyku.
Postaram się ich wychować na obowiązkowych, dobrych i szlachetnych ludzi.
I tu pani kurator odpuściła prosząc – żebym choć udała się na ową uroczystość, bo inaczej „mogę mieć nieprzyjemności”, a ja się zgodziłam, zapewniając, że ok – ale treść tego przyrzeczenia będzie moja własna.
Tak też zrobiłam. Kiedy całe to świeżo upieczone grono pedagogiczne, zgromadzone w auli, której miejsca i nazwy już nie pamiętam, jęło powtarzać słowa ślubowania – ja wypowiadałam swoje własne, podobne do tych powyżej.
Uważałam bowiem, że zawód nauczyciela nie zmusza mnie, ani nie upoważnia do światopoglądowych nacisków, politycznych czy religijnych, obojętne… moje własne na tym polu poglądy nie mogą wpływać w najmniejszym stopniu na moją pracę, na jakość wykonywania zawodu, czy posłannictwa, za jakie niektórzy uważają bycie nauczycielem.
A lekarzem tym bardziej.