Tagi

Oto niedzielne późne popołudnie, zajęcia z A.
On walczy z trygonometrią, ja z sennością umysłu – po dublecie imprezowym dnia poprzedniego.
Odzywa się komórka, dzwoni Lukier i pyta, czy u mnie się gdzieś nie pali.
Mój zaspany umysł każe mi zerwać się od biurka i lecieć do kuchni, może zapomłam, że coś się na kuchence smaży albo dusi… ale w pół drogi zaskakuję.
Chwila.
Przecież Lukier kurna telefonuje z Tychów.
Czując, że na nowo tracę kontakt z ziewającym rozumkiem domagam się wyjaśnień.
I Kasiulek wyjaśnia, że właśnie gadał z Lemurem, który na krakowskich Błoniach nadal świętuje swoje urodziny (nadal, bo jedna z tych imprez poprzedniego dnia to właśnie Lemurowy Jubileusz w Jazz Rocku)
Pewnie Lukier dzwonił z życzeniami czy coś, bo osobiście do Krk nie udało się dotrzeć.
No i że Lemur, polegując na trawce z napojami chłodzącymi (nadal) i w miłym (wciąż) towarzystwie wypatrzył jakąś ogromną chmurę czarnego dymu nad Podgórzem, o czym Lukra poinformował, zapewne mimochodem, tak dla для поддержания разговорa
I nie uwierzycie.
Co robi kochany Lukierek?
Ano zaraz po rozmowie z Szanownym Jubilatem, pełna troski i niepokoju „wykonuje telefon” do mnie, no bo przecież, jak Podgórze, to ja, no nie?
A ja, jak już dotarło do mnie, że to raczej nie w mojej kuchni – lete do okna.
No i – jak to mówią poeci – z mojego gardła wydobywa się okrzyk trwogi. Znaczy, z komórką przy uchu wykrzykuję „o kur… (tum się zmitygowała, bo przecież uczeń metr dalej tożsamość trygonometryczną udowadnia) rany, Lukier, faktycznie, pali się jak jasna cholera, nad Krzemionkami dym jak…(acha, uczeń) dym wielki się kłębi!!!”
A Kasiulek, serce moje jedyne, po matczynemu życzliwie się dopytuje, czy na pewno za Krzemionkami, czy nie bliżej.
Czy nie muszę się ewakuować aby.
Razem z A. (tożsamość na chwilę odstawiona na bok) podejmujemy obserwacje, i wspólnie ustalamy – na bank ZA.
Uff.
Mojemu bezpieczeństwu nic nie zagraża, obie z Lukrem oddychamy z ulgą a A. powraca w objęcia trygonometrii.

A co do sobotniego imprezowania…
Matko, Jazz Rock.
Przecież to miejscówka-tabu, dla mnie zakazana, verbotten i nemůžu.
Do Jazz Rocka chadza mój syn – i to powinno starczyć za wyjaśnienia wszelkie.
Bo kochać się można bardzo, i rozumieć nawzajem i w ogóle – ale każde z nas upadla się, ekhem, znaczy bawi – w innych klubach Krakowa, jest ich w cholerę – to po co mamy sobie w tym przeszkadzać, krępować czy coś?
Tym bardziej, iż motywem przewodnim hulanek i swawoli miało być, jak ustaliliśmy wcześniej z Lemurem – pokazywanie cycków:

cyski.jpg

Więc od wejścia aż do ewakuowania się przed 2 w nocy co chwilę rozglądałam się pełna niepokoju, czy aby mojego dziecka nie wypatrzę, albo jakichś jego znajomych, coby obciachu przed rodziną nie było.
Rozglądanie i wypatrywanie zaowocowało szczęśliwie zauważeniem wyłącznie moich, gotycko-metalowych znajomych, uff 🙂
Ale, tak po cichutku i w tajemnicy wyznam Wam – że podobało mi się w Jazzie, całkiem.
Najbardziej muzyka, zupełnie inna, niż na imprezach jakich bywam. Ucieszyła mnie spora dawka szeroko pojętego nu-metalu, choć, pewnie dla równowagi, odrobinę przynudzali starociami.
No sory i wybaczcie mi plis, ale do „Smoke on the Water” Wiadomo Kogo – to ja się gibać nie będę. Nie ciągnie mnie i tyle.
Doorsi – no ok, ok, kult i takie tam… reggae-metal też może być jak dla mnie 🙂
Ale Korn i Sepultura – jak najbardziej 🙂
Albo to:

Generalnie wyskakałam się i wymachałam włosami na parkiecie do bólu 😀
Dodajmy jeszcze do atrakcji wieczoru – uroki Lemurowego Jubileuszu (z jego osobistym na czele 😀 )

lemur.jpg

Czerwone Książęce w barze i rozrywkowe towarzystwo wokoło.

I słodkie towarzystwo także 🙂

jozmiu.jpg

Że knajpiana duchota zabijała – zmilczę, na parkiecie dmuchał wiatrak, chłodziłam się więc na parkiecie.
A jakieś 2 godziny po północy wraz z Miyu przetruchtałyśmy ze Sławkowskiej na Miodową, bo tam, w PodZiemiu, czekała na nas druga impreza – sobotnie karaoke 🙂
I jak się okazało, kobieca intuicja, pomnożona przez dwa, nie zawiodła nas: prócz stałych bywalców pojawił się gość ostatnio rzadki, więc tym bardziej wyczekiwany i radośnie witany – Olaf.

001.JPG

Obdarzony nieziemskim wokalem, charyzmą i nietuzinkową urodą lider Cemetery of Scream.

o4.JPG

Bożyszcze kobiet.

oo3.JPG

Że absolutna gwiazda karaokowych popisów rozumie się samo przez się.

ool1.JPG

Wielka szkoda, że pisząca te słowa to nieogar, jakich mało… i dupa, nie fotograf, bo wypstrykała całą pamięć w swojej cyfrówce przed główną atrakcją wieczoru, gwoździem calutkiego programu, a mianowicie „Phantom of the Opera” w wykonaniu Olafa i Miyu.
Siedziałam więc zasłuchana i absolutnie pewna, niestety, że żadne słowa nie opiszą ani mistrzostwa tego występu, ani moich emocji…
I podsłuchałam jeszcze, jak Olaf z szacunkiem i podziwem gratulował mojej kochanej Miyu, oznajmiając, iż PodZiemie było świadkiem niejednego wykonania tego duetu, wiele dziewczyn mu wtórowało, ale interpretacja Miyu nie ma sobie równych.
Całując z szacunkiem łapkę Miyu dodał jeszcze „wreszcie zyskałem tu godnego przeciwnika” 🙂

m3.JPG

Solowe występy Miyu także spotkały się z konkretnymi wyrazami typu „szacun i rispekt”.

m1.JPG

Podobały mi się interpretacje Oli Ś. – wyważone, poetyckie i delikatne.

ola2.JPG

Zachwycała Ania I.G. – choć jej wykonaniom daleko od cech tych powyżej, to powalały nie tylko siłą, zapewniam.
Pamiętam doskonale, kiedy pierwszy raz zobaczyłam, czy raczej usłyszałam Anię w akcji, kiedy swoim niesamowitym growlem ryczała coś Samaela, zdaje się.

A1.JPG

Gdzie w tej drobniutkiej, słodkiej blondyneczce miejsce na ten potężny wokal, ja się pytam 😉
W sobotę znowu zaliczyłam opad szczęki z podziwu.
Niech się schowa Masza z Arkony (szczególnie po ostatnim, grudniowym występie, gdzie ani raz nie przycisnęła głosem porządnie)
Ja po prostu wybieram wokal Ani.

mia1.JPG

I jeszcze Rafał K. w akcji:

kt1.JPG

R1.JPG

I Zbyszek także 🙂

Był też czas na trójkąty….

trzy1.JPG

… i na okolicznościowe dziubki….

pz1.JPG

I na wspólne, chóralne wykonanie hymnu „Warriors of the World” Manowar, z synchronicznym, parkietowym machaniem fryzurami włącznie:

O matko…
Nie pytajcie – kiedy dotarłam do domu – było już jaśniuteńko, a niedziela okazała się bardzo krótka i senna 🙂