Tagi

Skończyłam 58 lat i nawet, jeśli na tyle nie wyglądam, to młodą osobą nie jestem, nie metrykalnie.
Moje ciało osiągnęło wiek średni, nawet, rzec można, strefę skrajną tego stanu. 😉
Ciało – tak, ale cała reszta – ni chuja.
Bez wysiłku, w najbardziej na świecie naturalny sposób i całkiem automatycznie, uniknęłam wszystkiego, co zwykle kojarzy się z szóstym krzyżykiem na karku.
Żadnego dziergania sweterków dla wnucząt i smażenia konfitur na zimę, popołudniowej drzemki z „Klanem” w tle, dansingów czy wczasów z panem w „stosownym” wieku… zamiast tego Danse Macabre do świtu, koncert Moonspella, na dobranoc 3 odcinki „Walking Dead” czy „Mysfits”, a z „panem” to ani dansingów, ani wczasów i ten wiek też kompletnie niestosowny 😛
Żadnych kostiumików dla starszej pani w odpowiednich, jesiennych kolorach, żadnego „będziesz miał tyle lat co ja, to zrozumiesz” ani „za moich czasów to…”.
Jakoś ominęła mnie cała ta poukładana, grzeczna i nudna dorosłość z wszystkimi atrybutami ustatkowania, jakoś nie mogę stetryczeć.
I nie ma w tym żadnej mojej zasługi, bo to nie wynik przemyśleń czy jakaś wypasiona strategia, nie – ja tak po prostu mam.
Coś w mojej psychice spsuło się chyba, mechanizm jakiegoś wewnętrznego zegara się zaciął, wskazówki znieruchomiały i od lat nie chcą ruszyć do przodu.
Mimo chorób i przeróżnych dolegliwości, mimo zmarszczek, gorszej formy czy zmniejszonej ilości fizycznych sił – w środku wciąż mam 25 lat, nie więcej.
Mimo wielu przeżytych dramatów, nieszczęść, nieustannych kłopotów i problemów, jakie stwarza codzienność – nie ma we mnie śladu goryczy, frustracji czy malkontenctwa.
Żadnego starczego rozczarowania światem i ludźmi, ani cienia ponuractwa.
Wciąż budzę się z nadzieją, że będzie fajnie 🙂
I zwykle tak właśnie jest, może dlatego, że świat mnie ciekawi, jego zmiany znacznie bardziej fascynują niż przerażają, a ludzie rzadziej wkurzają, niż bawią 😉
Moja szklanka jest w połowie pełna, nawet, biorąc pod uwagę mój popierdolony optymizm, dostrzegam w niej napełnione 2/3 😉
I najważniejsze – uwielbiam się bawić.
Bawić życiem, bawić na imprezach czy koncertach, bawić swoją pracą i zabawkami.
Kocham zabawki i wciąż chcę więcej, niezależnie, czy będzie to nowy monitor, aparat foto, pióro ze smokiem czy jakiś pluszak.
Nieustająco zdarza mi się stanąć z otwartą paszczęką przed sklepową wystawą i znieruchomieć w zachwycie.
„Łojesuuuu, ależ TO cudowne, ależ chciałabym TO mieć” – myślę wtedy, niezależnie, czy gapię się na jakąś tiulową mini czy buty – których w życiu bym nie założyła, ale są tak piękne, że aż trudno mi się powstrzymać przed zakupem.
Na ulicy obejrzę się za każdym harleyem czy innym wypasionym chopperem, także długowłosym… ekhem, nic, nic 😉
Mam pierdolca na punkcie bielizny – jeśli coś jest czarne i koronkowe to po prostu muszę to mieć i nieważne, że moja szuflada w komodzie z trudem się domyka.
MIEĆ coś, posiadać – bo jest cudne, choć całkiem niepraktyczne, albo wcale tego nie potrzebuję… móc choć popatrzeć od czasu do czasu, potrzymać w ręce… nadelektować się wyglądem, fakturą, kolorem – i odłożyć na półkę.
Z taką samą więc zachłannością patrzę na Demonie jak lalki i akcesoria Monster High, ostatnio kupiłam 2 paczki serwetek, bo akurat wypatrzyłam takie w Lewiatanie:

Zamiast nowego garnka wolę kuferek na biżuterię, a jeśli komputer, to z nietoperzymi skrzydłami…
Do pracy zeszyty w kratkę, jasne, ale najlepiej Hello Kitty 🙂
Podkolanówki w czaszki, podkładka pod myszkę w koty, różowy oczojebny kalkulator i thr00napierdoldeathmetal, przecież nie ma nic bardziej komicznego, niż THE UNHOLY AND ANTICHRISTIAN RÓŻOWE POMPONIKI … ech 😉
Czasem ogarnia mnie nostalgia, czasem, ale naprawdę rzadko – jest mi źle, ale wciąż lubię i umiem się bawić.

Wciąż jestem dzieckiem.
PS: Czego i Wam życzę 🙂