Tagi

Będzie krótko, bo piszę o oczywistościach.
Ale piszę, jednak, bo nawet o nich trzeba czasem powiedzieć głośno.
Piszę – bo jako jedna z niewielu tutaj (mam na myśli przede wszystkim znajomych na fb) jestem matką dorosłego dziecka, a moja własna Mama dawno już nie żyje.
Piszę – bo myślę o tym, jak spędziliście ten dzień.
Myślę o tych wszystkich Waszych telefonach z życzeniami, o kwiatach – jakie dostały, czekoladach, laurkach…
Myślę też o wszystkich samotnych kobietach, którym te dowody ciepłych uczuć muszą starczyć do następnego majowego święta…
I o tym – czego tak naprawdę oczekują, czego potrzebują i o czym marzą.
Nie bukietów, słodyczy czy zdawkowych życzeń od święta – a Waszej obecności, zrozumienia, serdeczności na co dzień.
To właśnie ta porcja banału na dziś.
Możecie zrobić z nią – co chcecie.
Olać także.
Ale może uda się Wam coś przemyśleć, coś zmienić – ja nie mam już takiej szansy.
I myślę o braku tej szansy przynajmniej raz do roku, 26 maja, od lat.
Mój przypadek, czy raczej przypadek mojej Mamy, jest bardzo szczególny, wiem, ale to tylko trochę osłabia moje poczucie winy.

Poniższy tekst ukazał się w moim blogu na Altergothicu w maju 2009.

Z okazji Dnia Matki.

Mamo – przepraszam Cię za wszystko.
Za to – że Cię nie rozumiałam i nie starałam zrozumieć.
Że wiedziałam, że pijesz, ale stać mnie było tylko na krytykę.
Że razem z ojcem i siostrą ciągle szperaliśmy po domu wyjmując z różnych zakamarków, zza pieca, z lalkowego wózka – butelki i buteleczki, prochy i opiumową nalewkę.
Że było nas stać tylko na spojrzenia pełne wyrzutu i na wysyłanie Cię na odwyk.
Nigdy nie zapytałam – dlaczego…
Ale, Mamo, byłam za młoda i za głupia… za późno dowiedziałam się, jak bardzo byłaś nieszczęśliwa.
Jak próbowałaś być dobrą żoną – ale to Cię przerosło… bo nie wyszłaś za mąż z miłości – tylko z wdzięczności za uratowanie życia…
To Ojciec i jego rodzina załatwili Ci leki na ciężką żółtaczkę, na jaką zapadłaś w trudnych powojennych czasach.
Ale życie obok człowieka, którego fascynacja wyczerpywała się równolegle do Twoich starań, by go pokochać – okazało się zbyt trudne.
I o tym też nie wiedziałam.
Ani o Twoich marzeniach… ani o Twoich miłościach do czasu wyboru drogi rozsądku.
Wszystko – co wiem o Tobie udało mi się złożyć z puzzli – jakie serwowałaś nam, swoim córkom, w mikroskopijnych kawałkach opowieści snutej latami…
I z Twoich pamiętników – odnalezionych po Twojej śmierci…zapisanych drobniusieńkim maczkiem, odcyfrowywanym mozolnie tygodniami.
Ale to już było później.
Bo wcześniej był telefon z odległego miasta – że był wypadek… że się przewróciłaś..
(w domyśle – pijana)
Że sąsiedzi zaniepokojeni brakiem odgłosów zwykłej krzątaniny wreszcie do Ciebie zajrzeli…a Ty leżałaś z rozbitą głową, nieprzytomna.
Nigdy sobie nie wybaczę – że pozwoliłam Ci mieszkać tam sama…że do tego dopuściłam.
Gdybym ściągnęła Cię do Krakowa – to by się nie zdarzyło…
Ale Ty nie chciałaś – opędzałaś się od moich nie do końca szczerych propozycji… czułaś – że byłabyś ciężarem… i że Twój nałóg/Twoja choroba rozwaliła by mi życie.
Więc się nie przeprowadziłaś – a ja uspokojona przestałam nalegać.
Aż do wypadku.
Aż wylazłaś na ten stół – po cholerę? sięgnąć po jakiś słoik na szafie?otworzyć lufcik?
Już się nie dowiem.
Nigdy.
Ale nieustannie myślę o chwilach, gdy tam leżałaś z głową we krwi.
Nie wiem, na ile przytomna.
Nie wiem, jak długo.
I może nawet widziałaś te „zaprzyjaźnione” ręce łakomie przeszukujące mieszkanie, wynoszące co drogocenniejsze przedmioty.

Nie daje mi to spokoju…
Chciałabym odbyć karę – bo czuję się winna.
Chciałabym jakoś to odpokutować.
Dlatego to opowiadam.

PS.
Czasem myślę – że wszystkie te złe rzeczy, jakie spotykają mnie w życiu – że to dlatego.
Że każdy niedoskonały uczynek będzie miał swoje echo.
I bardzo się boję – bo nie jestem doskonała.