Tagi

16 maja 2014 w krakowskim KocieKarola odbyła się impreza roku.
Wiem, że jeszcze nie dotarliśmy nawet do półmetka, mam kalendarz – ale będę się upierać, że tak genialnej atmosfery to miejsce jeszcze chyba nigdy nie zanotowało.
Przy tym – była to też impreza najdziwniejsza, ze względu na frekwencję 😉
Już tłumaczę tym, którzy nie w temacie: gdzieś tak w połowie, tuż przed północą, jak wielkie stado baśniowych Kopciuszków, znaczna część imprezowiczów opuściła ten szacowny przybytek, aby gdzieś tam, praktycznie już w Hucie, na łonie zalanej deszczem, wiatrem, zimnem i górami błota przyrody oddawać się wątpliwej przyjemności kontemplacji emerytowanych legend rocka gotyckiego.
Jeśli pojechali tam dla Braci Figo Fagot -super, podobno nawet pogo było…. jeśli dla Epiki – fantastycznie, to jest prawdziwa muzyka i brzmi zajebiście, nawet, jak wokoło krążą stada komarów, stoisz w błotnistej mazi po kolana a piwo sprzedają chrzczone ponad wszelki cień przyzwoitości. I nawet jak wstawki instrumentalne wydają się przeciągnięte i nazbyt rozbudowane.
Jeśli zaryzykowałeś tę wyprawę dla Jelonka – też fajnie, Jelonek jest zajebisty i w słońcu i w deszczu i nawet przy jesiennym +10.
Ale jeśli zrobiłeś to dla Siostrzyczek, to jesteś bogatszy nie o muzyczne orgazmy – a jedynie o wiedzę, że karmienie widzów echem przebrzmiałej sławy i stawanie na scenie, kiedy granie już najnormalniej w świecie nie wychodzi (a śpiewanie to już w ogóle) – to nie jest coś, za co warto wybulić te parędziesiąt (?) zeta. Andrzejek łysy, nawet cienia dawnej mocy czy magii – które SoM próbuje zastąpić aktorskimi popisami, jakimś show, całkiem z czapy…
Wszystkie te opinie notowałam skwapliwie, przepytując tych powracających do cywilizacji – już tak gdzieś od drugiej z hakiem. Powyższe jest więc sumą ich wypowiedzi, niejako średnią 😉
Dodam więc uczciwie, że dwóm znajomym dziewczynom występ Sióstr się podobał, że ten performance widziały już w Londynie i nazywały go profesjonalnym.
Cóż, ich ocena pozostaje jednak w olbrzymiej mniejszości.
Reszta przychylała się raczej do opinii, że „Bracia pogrzebali Siostrzyczki” (cytat z fejsa).
Cóż, powiem szczerze, mniej więcej tego się właśnie spodziewałam. Co prawda nad moim łóżkiem wisi poster, dołączany do książki, współ-tłumaczonej i redagowanej przez Tomka Beksińskiego, a obok bladoczerwony plakat z koncertu Sisters of Mercy w klubie Studio w 2006.


Jednak po tym koncercie wiedziałam, że teraz to może być już tylko gorzej.
Dlatego wczorajszą noc w całości i bez przerw spędziłam w Kocie Karola.
Przyszłam na tyle wcześnie, by zdążyć pożegnać się z fanami brodzenia w błocie i załapać na wszystkie sety.
Na didżejce urzędowali :

Paul Vunurt
Erza (wielkie i gorące brawa za udany debiut)
duet Toxik Twinz
i S..

Kiedy klub opustoszał, bo naiwniacy konfrontowali marzenia z twardą rzeczywistością – ja spędzałam czas na pogawędkach i pilnowaniu sernika, który z narażeniem życia przytargałam na imprezę jako prezent urodzinowy dla Tilla. Jednak i mnie zaskoczyła twarda rzeczywistość – moje częste wypady na parkiet owocowały tajemniczym kurczeniem się sernikowych zasobów (tu pozdro dla towarzyszących nam z Eleną przy stoliku – Miłośnika Stinga i Dziewczyny Nieustannie Gubiącej Parasolkę 😉 )
Aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie zanadto pośpieszyłam się, oddając wypożyczony do krojenia sernika nóż – do dużego baru (całusy dla Dowcipnego Pana Barmana i dla Osób Towarzyszących 😉 )
Moje wypady dansflorowe były skutkiem zajebistej muzy z didżejki – jak tu usiedzieć, jak „lecą” Depesze, Tajpusie, Moonspell, Therion czy – nawet – Lacrimosa?
Albo taki Rammstein, Samael czy Clan of Xymox… I Siostrzyczki w idealnej wersji – czyli z CD ….i sporo newromantic i zimnej fali. I lata 80-te made in Poland.
Ale i Korn i temu podobne 😉
A tu na parkiecie pojawia się nieziemsko poruszający się długowłosy blondyn, jejuniu… Korniczku, to jakiś Twój znajomy? (ślini się :P)
Próbowałam więc powierzać ciasto opiece przystolikowych towarzyszy – ale i oni ulegli pokusie, ech… 😉
Jednak moje obawy okazały się niepotrzebne: Till grzecznie sernik olał (następnym razem pomyślę o czymś w rodzaju golonki czy bigosu może ;P ) ale inni przemoczeni i ubłoceni, powracający na łono cywilizacji zajadali się nim ze smakiem. Till pojawił się w zajebistym cylinderku – który ponoć podrzucił mu pod drzwi jakiś cichy i wielce nieśmiały wielbiciel/wielbicielka w ramach prezentu urodzinowego 😉
Wśród miłośników mojego sernika znalazł się także Alkor, którego pojawienie się w Kocie Karola obwieściłam dzikim piskiem i rzucaniem się w ramiona…. ach, jak miło i wzruszająco, gdy celebryci z odległych krańców naszego pięknego kraju zaszczycają skromne progi krakowskich imprezowni 😉
Z Alkorem odbyła się jeszcze pogawędka ogólnorozwojowa i przentacja za-sistersowanego torsu, nawet podwójnie ob-sistersowanego, bo i na bluzie i na tiszercie 😀
I było jeszcze o tym – czym różni się piwo codzienne od tego na specjalne okazje i dlaczego najlepsze na świecie jest Czerwone Książęce. No ewentualnie Romper 😛
Melduję posłusznie również, iż wczoraj w KocieKarola doszło do Alterowego spotkania na szczycie: dwie gwiazdy kultowego portalu wreszcie mogły zobaczyć się na własne cudne oczęta, uścisnąć prawice, poskakać wspólnie na parkiecie i face to face pogadać o orgazmach …. Drzoanna i Myszabella poznały się na żywo.
Jednak to, co zasługuje na opisanie w szczegółach i na dobitne podkreślenie – to atmosfera, liczebność zaludnienia oraz dzika i szalona energia na parkiecie w godzinach całkiem rannych.
Od momentu, gdy cudem ocaleni z błotnej powodzi zaczęli spływać z Czyżyn na Rynek – od tej chwili zaczęło się prawdziwe parkietowe szaleństwo.
Byłam w Kocie Karola mnóstwo razy, na innych imprezach: w Carycy, Pixelu itp także – ale czegoś podobnego nie widziały jeszcze moje stare oczy.
Nie wiem czy to zasługa ekipy „wrocławskiej” , o której S. wspomina na tablicy eventu, czy zadziałały jakieś czary – może to ta magia, której zabrakło na koncercie SoM
Pozwolę sobie użyć słów S., która z wielkim szacunkiem i zachwytem wypowiada się o ludziach , którzy „bardzo ale to bardzo żywiołowo brali udział w pląsach” …także o „Panu w spodniach marki szelest – który po prostu przyszedł i bawił się w najlepsze”.
I to było właśnie niesamowite: piąta rano, a dansflor wypełniony ciasno na czarno odzianymi ludźmi płci wszelkiej, ale i w sukienusiach w kwiatuszki i w dresach wzmocnionych adidaskami… i cały ten tłumek szalał równo i zgodnie, chóralnie wyśpiewując calutkie słowa refrenu nienaganną, prawie, czeszczyzną: „Elizabeth – tvá krvavá cesta Bohu hříchem se zdá …Elizabeth – jsi hledaná, milovaná” .
Wyśpiewują, wydzierając się, no po prostu drąc mordy aż ceglane ściany piwnicy drżały… machając czym kto miał, skacząc, jesuuuniu 😀
Były też kółeczka, pary, tańce w trójkę, czwórkę i samodzielne baunsowanie w stylu klasycznym i dowolnym, z figurami i ewolucjami. Z up-down, circular swing czy side to side także 🙂
Nie dziwię się, że co rusz ktoś wyciągał komórki czy inny profesjonalny sprzęt – aby uwiecznić te magiczne chwile.
Ach, może stanę się gwiazdą jutuba, ach … 😉
Potem Kafcok z jakimś młodym interesującym kumplem namawiali mnie do utworzenie gotyckiego węża….
Pikanterii dodawał fakt, iż bez trudu można było odróżnić tych, co wrócili z Czyżynaliów od tych, co go olali.
Mianowicie po stanie obuwia 😀
Nie uwierzycie – ci pierwsi mieli glany/demonie/NewRocki do pół łydki utaplane w brązowej, na wpół zaschniętej mazi:


a tak wyglądały uciorane koncertowo buty, dzięki Lilluś za fotkę 🙂

Ale niektórzy, jak pewna Magda, o ile pamiętam, znaleźli wyjście: ciężkie od błocka butki po prostu zdjęli i popierdalali po Kocie boso, wzbudzając powszechny podziw i radość 😀
Miały też miejsce, jak zwykle, spotkania niezwykłe 🙂
Podczas zamawiania piwa, zdaje się trzeciego, zostałam zagadnięta przy barze przez jakiegoś długowłosego brodacza, jak się okazało – Łukasza. Ze kojarzy mnie z PodZiemia… jasne, skądżesz mógłby mnie znać – jak nie z knajp, zdziwiłabym się raczej, gdyby rzucił „ach, pani to ten znany matematyk…” 😉
Po ustaleniu faktów i że koniecznie po imieniu – dowiedziałam się, że ma właśnie urodziny, świętuje tu właśnie ze znajomymi i zamawia dla nich szociki… i domówił jeszcze jeden – i elegancko wypiliśmy za jego zdrowie i powodzenie 🙂

Impreza zakończyła się ok 6.30. „Piękny wynik” – jak pisze S. i zgadzam się z Nią w calutkiej rozciągłości 😀
Bo ja wyszłam niewiele wcześniej.
JA. Ostatnio kończąca imprezy koło trzeciej, starość, rozumiecie.
A wczoraj, w tej nieziemskiej duchocie na parkiecie i poza – gibałam się, skakałam, wywijałam, hulałam i machałam włosami do 6 rano.
Za dobrze się bawiłam – by to przerwać.
Zbyt pięknie było – żeby to kończyć.
Sił brakowało, robiło mi się słabo od gorąca – ale się nie poddawałam 🙂 Moczyłam włosy i dekolt pod kranem – i wracałam na parkiet.
Dziś nie mogę się ruszać. Spałam do 14tej i boli mnie wszystko, boli mnie cała ja, najbardziej kark, krzyż i chora stopa – ale co tam.
Pięknie było 😀
Warto było 😀
Tu więc ogromniaste DZIĘKI, niski pokłon, całus przyjacielski i sernik dla organizatorów i prowadzących: dla Toxików, S. i reszty didżejów płci wszelkiej.

Z dziennikarskiego obowiązku i zgodnie z obietnicą złożoną Pewnym Wielce Szanownym Osobom muszę wspomnieć iż że: mieszanie jest zdradliwe i nie róbcie tego w domu, nigdy never. Maluczcy, czujcie się ostrzeżeni. 😀 Zgodnie z ta samą obietnicą trzymam gębę na kłódkę w sprawie Las Vegas Parano 😀

I nadal się upieram, że NewRocki z czaszkami są zajebiste 😀

I pozdro gorące dla ciemnowłosej dziewczyny w kwiecistej tunice – która dotrzymywała mi kroku w headbangingu.

https://www.facebook.com/events/253385211511329/257660047750512/?notif_t=plan_mall_activity event na FB
http://www.muzyka.gildia.pl/zespoly/sisters_of_mercy/krakow_10_06_2006 relacja DeVa, z której pochodzi fotka. 🙂

PS.
Już od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie pewnego rodzaju spostrzeżenie, a w piątek zmaterializowało się ono definitywnie.
Jestem to winna organizatorom opisywanej imprezy.
Otóż wrażenia po piątkowym Danse Macabre przekonują mnie, że tak naprawdę fakt, czy impreza jest płatna, czy za free, nie ma najmniejszego wpływu na jakość zabawy.
Uiszczenie takiej czy innej kwoty na wejściu nie przekłada się w sposób jednoznaczny na intensywność starań organizatorów, tych oficjalnych i „pomocników” – na ich autentyczne zaangażowanie.
Na to – na ile im zależy.
Na poczucie – dla kogo tak naprawdę tu są i kto komu „służy”.
A myśl o tym olśniła mnie w piątek, podczas tych cudownych, magicznych chwil na dansflorze, kiedy koło 5 rano odbyło się tam czarodziejskie zjednoczenie muzyczno-taneczne, mentalne i ruchowe, wokalne i każde inne. Kiedy tłumek niekoniecznie znających się osób (w odróżnieniu od innych krakowskich imprez w klimacie tu faktycznie przekrój był prawie jak na CP, ludzie z niemal całej Polski) w ułamku sekundy pokonał nieśmiałość czy rezerwę – i było jak podczas jakiejś Nieświętej Ceremonii Zbratania.
A ja popatrzyłam w stronę didżejki… zobaczyłam całą zgromadzoną ekipę – i Toxików i S. i jeszcze kogoś…. i oni wszyscy popatrywali na siebie radośnie, to na siebie, to na parkiet, na szalejący tłum… to było takie „dobrze jest, nie? popatrz – jest pięknie… warto było, nie? No to dalej, panowie i panie, nie przestawać, dajemy czadu !!!”
Widać było – jak bardzo się cieszą, że tak się bawimy, że im na tym naprawdę zależy.
Że robią to dla NAS, i niesamowicie raduje ich nasza reakcja.
I przypomniałam sobie wszystkie te chwile, kiedy Kornik podczas swojego seta zachęcająco macha do szaleńców parkietowych – a oni odmachują.
Kiedy dyryguje tańczącymi, albo kiedy na chwilę do nich dołącza.
Kiedy podczas swojego seta szuka mnie po zakamarkach KotaKarola, żeby śpiesznie zapytać: „Drzo, a ‚Copycat’ Lacrimosy może być?”
Albo kiedy wszyscy śpiewamy Korna.
I kiedy widzę podobne, szalenie sympatyczne zachowania innych didżejów, orgów i współorgów…. kiedy dbają nie tylko o treści muzyczne ale i o wiatraki nad dansflorem na przykład. I niekoniecznie biorą za to kasę.
Myślę, że wszyscy zaangażowani w piątkowe DM mogą być z siebie dumni.
I to tyle w temacie, kto jest animatorem kultury DI w Krakowie i okolicach 😉