Tagi


Recenzje płyt (i inne felietony) pisuję, jak wiecie, od paru lat – najpierw dla Altergothica, potem już tu, na swoim.
Nie wiem, jak inni netowi i nie-netowi recenzenci, ale ja zazwyczaj przeszukuję sieć pod kątem informacji o kapeli, muzykach i samym albumie. Trafiam na artykuły pisane w różnych językach, na najróżniejszych blogach i portalach. Niektóre służą mi tylko jako punkt odniesienia, podsuwają pomysły albo jakieś pojedyncze info – inne „wykorzystuję” mocniej.
Ale zawsze, kurde, zawsze podaję źródło. Ksywę recenzenta i nazwę strony, i link do niej.
ZAWSZE – kiedy cytuję, dosłownie lub pobieżnie.
ZAWSZE – kiedy wklejam jakiś fragment, nawet jego skrót.
ZAWSZE – jeśli wykorzystuję pomysł, jeśli z nim polemizuję, jeśli artykuł dostarczył mi jakichś istotnych wiadomości.

Jednak, przeglądając neta właśnie w powyższym celu, zdarza mi się trafić na artykuły niemal bliźniacze, albo i bez „niemal”. Na różnych stronach, blogach czy witrynach – podpisane inną ksywką czy nazwiskiem. I, oczywiście, żadnego info na temat źródła.
Przymknęłabym oko – jeśli chodziłoby o njusa. Na ileż sposobów można w końcu pisać, że tego i tego dnia przyjedzie taka i taka kapela i zagra w tym i tym klubie?
Ale czym innym jest jednak, przykładowo, zacytowanie notki na temat nowej płyty, wprost ze strony wydawnictwa, oczywiście prze-elegancko przetłumaczonej – i podpisanie własnym nickiem.
I żadnej wzmianki na temat pochodzenia tekstu.

Mnie takie zachowania po prostu bulwersują.
Jak to możliwe, że przedstawiciele tego samego środowiska muzycznego – robią sobie takie świństwa nawzajem?
Jak to możliwe – że „branża” sama siebie podgryza i pod sobą dołki kopie?
Dla mnie to niezrozumiałe.
A jakaś, kurde, lojalność, wobec swojaków, bratnich dusz itp to gdzie?

Niestety – opisane powyżej sytuacje nie są jedynymi tego typu.
Wyobraźcie sobie proszę taką sytuację: wydawca fanzina przekazuje kilkanaście(-dziesiąt) jego egzemplarzy koledze z innego portalu do darmowego rozdania przy jakiejś-tam okazji, w ramach promocji – a tu nagle ukazują się one na allegro, wystawione przez właśnie tego kolegę….
Albo – (to już IMO przegięcie na maksa) kserowanie całych numerów oryginalnych, ręcznie numerowanych wydawnictw – i następnie sprzedawanie w sieci, że wspomnę dla jasności – oczywiście bez wiedzy i zgody edytora.
Masakra – nie? Tym bardziej, że nie robi tego ktoś przypadkowy – a kolega po fachu, kumpel z branży.
Wyobraźcie sobie: wydajesz pisemko, mniejsze lub większe, na papierze gazetowym albo kredowym, nieistotne – ale rozdajesz je za free np na koncertach metalowych albo przy okazji imprez gotyckich – i nagle widzisz, że kumpel z innego, podobnego wydawnictwa wystawia je w necie. Za kasę oczywiście.
Oczywiście, powiem uczciwie – ja też nie jestem w tym temacie czysta i niewinna jak dziewica.
Zdarza mi się ozdabiać wpisy blogowe fotkami „wziętymi” z neta… jasne – poważniejsze felietony, relacje z koncertów, imprez czy recenzje, opatruję zdjęciami ze strony grupy albo, jeśli wklejam foty z koncertu to podaję autora zdjęć. Ale oczywiście – jakby tak solidnie przegrzebać moją pisaninę to wśród dziesiątków, czy może nawet setek „legalnych” znalazłoby się parę fotek bez opisu – skąd wzięte ….
I nie będę się tłumaczyć, że ta sytuacja jest innego kalibru czy rodzaju, zdarzało się bowiem, że potrzebowałam jedynie jakiejś ilustracji do artykułu, wycinałam niewielki fragment, przerabiałam w Paincie itp.
Ale, jednak – ta różnica jest.
Zdecydowana.
Bo ja nigdy nie pisałam – że to moje, jak nie było moje. Wręcz przeciwnie, przyznawałam się otwarcie i niedwuznacznie, jak w

Łazienkowo i nostalgicznie, czyli mieszkałam w skansenie – fotoreportaż ukradziony.

że foty są z sieci. Że innymi nie dysponuję i dysponować nie mogę, i nie będę, bo opisywane miejsca czy przedmioty już nie istnieją w takiej formie.
Może powinnam zaznaczyć – że ta fota to z jakiejś aukcji na allegro, a ta ze strony sklepu z dywanami? Może powinnam. Mój błąd.
Ale, jednak, nie posunęłabym się do przepisania recenzji i podpisania swoim nickiem.
Głupio byłoby mi sprzedawać album, który dostałam do zrecenzowania od kapeli, czy wystawić na allegro wygranego w konkursie Radia HMA zina.
A czymś takim – jak handel większą ilością wydawnictw, otrzymanych za darmo, do rozdania na koncertach, imprezach czy jako gratisowy dodatek do własnego pisemka – po prostu się brzydzę.
Wiem doskonale, że prawa autorskie w necie to dziedzina młoda i jeszcze niezbyt dokładnie obwarowana przepisami, a taki świeżak, jak ja, wciąż się uczy, wszystkiego nie wie i czasem błądzi.
Ale bez jaj – są sytuacje oczywiste, w których nie trzeba być ani mędrcem ani posiadać doktoratu z prawa – ich ocena moralna jest IMO jednoznaczna.
Nie tylko moralna zresztą – to ewidentne łamanie prawa, bez znaczenia, czy nazwę to wykroczeniem, występkiem czy przestępstwem.
I niezależnie od tego, jak szybko prawo zdoła ogarnąć swoimi przepisami te nowe dla prawa sytuacje – środowisko powinno zareagować.
Choćby bojkotem.


Fotka powyższa pochodzi ze strony: http://dusunkarafanzin.blogspot.com/2009/11/fanzinler-guzeldir-fanzinciler-degildir.html
Zdjęcie na wstępie ze strony: http://memytutaj.pl/character/babcia-i-internet