Tagi

Nasza przyjaźń z Lukrem stanowi doskonały przykład na to, iż prawdziwy związek musi dojrzeć, musi mieć na to czas i okazję.
Że tak naprawdę to nie liczy się ani pierwsze wrażenie, ani zgodność zainteresowań, ani nawet urok osobisty czy inteligencja – a wzajemne zrozumienie, ze szczególnym uwzględnieniem nawyków i przyzwyczajeń, niedoskonałości charakterów, słabości i przywar.
Poznałyśmy się 8 lat temu na forum kumpla, gdzie po wymianie postów i privów zapałałyśmy do siebie głębokim uczuciem, wzajemnie zachwycone błyskotliwością i poczuciem humoru, dwustronnie urzeczone wdziękiem, czarem i pokrewieństwem dusz.
Kasiulek dostał się właśnie na studia w Krk i szukał tu mieszkania, co zdalnie niestety nie przynosiło efektów – pomieszkiwał więc u mnie, całymi dniami sprawdzając kolejne adresy studenckich miejscówek… czas upływał, kolejne mieszkania okazywały się coraz mniej kuszącymi a pomieszkiwanie zaowocowało jeszcze większym polubieniem wzajemnym.
I tak postanowiłyśmy dać szansę tej rozwijającej się sympatii – Lukier zakończył poszukiwania i zamieszkał u mnie, w pokoju na poddaszu.
No i, jak łatwo byłoby przewidzieć, po sielankowym narzeczeństwie, miesiąc miodowy upajał wzajemnymi uprzejmościami, rozmowami po świt i oczywiście, jak się zdawało, pełnym porozumieniem w sprawie praw i obowiązków obu stron oraz każdej innej. A potem przyszła szara rzeczywistość i proza małżeńskiego życia i okazało się, że jest jakby trochę inaczej, jednak 😉
Rozstanie było burzliwe i pełne wyrzutów oraz wzajemnych żalów.
Okres po rozwodzie – smutny, pełen melancholii i tęsknoty, mimo wszystko…. i powoli, powoli, po trochu, nieporozumienia zostały wyjaśnione, sprawy przemilczane postawione jasno.
Dziś już wiem, w czym zawaliłam, co powinnam zrobić inaczej – a Lukier, mam nadzieję, moją durnotę mi wybaczył.
Dziś już jesteśmy mądrzejsze i bogatsze o te kilka lat doświadczeń i przemyśleń. I o te dziesiątki szczerych rozmów – o tym, co nas (mnie 😉 ) wkurza i doprowadza do furii…
Teraz, kiedy Kasiulek mieszka poza Krk – każdy jego przyjazd, rzadki niestety, chlip, chlip – to dla mnie święto 🙂
I jeszcze to cudowne snucie planów – gdzie się tym razem będziemy szlajać i kogo gorszyć i demoralizować 😉
Tym razem nasze projekty i zamiary koncentrowały się na przechadzkach po wiosennych okolicznościach przyrody, całonocnych rozmowach z melanżem w tle.
Z pierwszego musiałyśmy z żalem zrezygnować – nędzę ośmiu stopni „na plusie” potęgowało nieprzyjemne wietrzysko i mżawka w oczy – reszta odbyła się zgodnie z konspektem 😉
I ta reszta nadrobiła niedobór włóczenia się po przyrodzie, zdecydowanie 🙂
Zanim jednak odbył się rytuał przedmelanżowego prasowania zmarszczek i przeglądu zawartości szaf – przyroda zaatakowała nas sama, pewnie w rewanżu za zmianę planów, znienacka i na terenie kompletnie niespodziewanym – na klatce schodowej mojej kamienicy.
W postaci jaskółki nas zaatakowała.
Durne bydlę uwidziało sobie uwić gniazdko na… lampie, a dokładniej na takim czymś lampowym, pod samym sufitem:

laompa44s.jpg

Więc wlatywało przez otwarte na podwórko drzwi i znosiło pracowicie w ten talerzo-podobny dinks jakieś paprochy.
Zauważone przez czujną Panią Marię – miało w głębokim poważaniu przeganianie przy pomocy machania gazetą i szczucia hałaśliwym ratlerkiem, za cholerę nie chciało opuścić zaanektowanego terenu i okopało się na z góry upatrzonych pozycjach, znaczy wśliznęło się w ten gniazdkowy fundament i choć wystawał cały jaskółkowy ogon – udawało, że go tam nie ma.
Wyszłyśmy z domu w momencie, gdy Pani Maria przegrupowywała wojska i zapewne konstruowała jakiś rewolucyjny plan taktyczny, a ponieważ upatrzona przez jaskółkę lampa jest jakiś metr od moich drzwi wejściowych – to nasze wyjście odbyło się na „raz, dwa, trzy, uwaga, otwieram drzwi, Ty najpierw, już !!!!” aby uniemożliwić zaczajonemu zwierzowi próbę przejęcia również mojego mieszkania…. Lukier, złota kobieta, ani się uśmiechnęła na moje wyznanie, że niby ptaków się nie boję, ale gdyby wleciał do mieszkania – atak histerii murowany.
Po drodze, wypomniawszy Kasiulkowi, że jednak mogłam wziąć rękawiczki, co mi odradziła – próbowałam rozgrzać się tańcząc kankana na środku ulicy Smolki, z torebeczką i parasolem w ręce… dobra, tak naprawdę to było tak:
– Matko, tak się cieszę, że wychodzimy razem, że przyjechałaś i w ogóle, mogłabym zatańczyć kankana – o, choćby tu…
– Naprawdę? To pokaż 😀
No i pokazałam 😛
Potem oczywiście nawrzucałam Lukrowi, że mógł sfocić te moje uliczne popisy taneczne, i że od tej pory ma czuwać i rejestrować moje upodlenie, co skrupulatnie wypełnił 😀
Plan miałyśmy mglisty, dwupunktowy, najpierw Decafe, tam co prawda mecz będzie leciał, ale jak dowiemy się, kto gra i którzy nasi – możemy pokibicować.
Potem na chwilę do PodZiemia, zapowiadali jakieś sztuczki barmańskie i karaoke, tak oczywiście tylko na chwilkę, kulturalnie….
W wypełnionej po brzegi Decafe powitała nas mocna ekipa kibiców ze Scarlett, Siwym, Ivanem i Lakersem na czele.
Mecz dobiegał końca, ale nasi (wiem, którzy nasi, Wisła Wisełka !!!!) wygrywali pięć do koła, więc po wzniesieniu kilku entuzjastycznych okrzyków zajęłyśmy się zamawianiem piwa.

jozpiwem.jpg

Z Siwym nie wiedzieliśmy się chyba z 6 lat, popłynęły więc wspomnienia, melancholijny nastrój potęgowało tło muzyczne – przeboje lat 80tych: Maanam, Ciechowski, TSA, Martyna Jakubowicz….
Ta niemal romantyczna atmosfera udzieliła się też chyba zgromadzonemu towarzystwu – a może to nasza zasługa, bo w końcu, wiecie, dwie młode i wielce urodziwe kobiety wśród prawdziwych facetów, którzy po emocjach sportowych zapragnęli emocji innego rodzaju…. no i stąd nasze powodzenie.
Dobra, niech będzie, tak naprawdę to do Lukra podszedł jakiś długowłosy, opowiadał o ognisku, z jakiego właśnie wrócił i smyrając jej łabędzią szyję poogniskowo okopconymi paluchami zapraszał do Café Philo, ale i o mnie zahaczył wzrokiem 😉
Ja zaś uległam urokowi Macieja Murawskiego, komentującego mecz w telewizyjnym studio, wiem, że Murawski, bo przepytałam odpowiednie osoby, dzięki za info, Scarlett 🙂
Nie wiem, co Murawski mówił, nie słyszałam, ale na pewno mądrze i
sensownie – bo tak pięknie przy tym wyglądał:

pilkarz.jpg

Już dobrze po północy postanowiłyśmy z Kasiulkiem zrealizować następny punkt programu, i żadne tam przenosimy imprezę do innego lokalu – jedno grzecznościowe piwko i do domu, jak kulturalne dziewczynki.
Jednak okrutna rzeczywistość zaskoczyła nas, i to mocno 😉

barwPZs.jpg

Za barem PodZiemia gościł bowiem Janek, nie wiem jak z tymi zapowiadanymi drinkami, bo my z Lukrem to jednak piwo, nic innego, jednak głęboki profesjonalizm Janka dał się poznać w inny sposób: otóż Janek mnie pamiętał. Widział mnie tylko raz i to wiele tygodni temu, fakt – pogadaliśmy chwilę przy barze, ale, rany, barman gada ze wszystkimi !!!!
A Janek zapamiętał i to, co pijam, i – jak pijam, znaczy, że z lodem. I pamiętał, że w PodZiemiu zawsze czekał na mnie Mój Osobisty Kufel, i jego wygląd też. I przeprosił, że kufel wziął i zaginął (już podczas poprzedniej wizyty w pubie zauważyłam to ze smutkiem, chlip) – ale że nie ma sprawy, ma tu podobny i w zastępstwie go użyjemy.
Rany, kufel był identyczny – bardzo wysoki, z grubego szkła, z uchem – tylko napis na nim inny, ale starania i profesjonalna pamięć Janka po prostu mnie rozwaliły, no naprawdę – szacun i rispekt.

dziubeks.jpg

A w PZ znajomi, jakżeby inaczej: S., Tris, Kobra prowadzący karaoke, Magda… i Ania z Kasprem udzielali się wokalnie – a to gwarantowało wysoki poziom śpiewania.
I – poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale ten wysoki poziom wypływał też z braku głosowania i konieczności wyboru najlepszych – wszystko odbywało się na luzie, bez spiny – pełen spontan.
Brak konkursowej punktacji, koniecznego do tego skupienia, brak atmosfery współzawodnictwa sprawił, że zabawa, mówiąc delikatnie – była wszechogarniająca.
A dokładniej – dzikie wspólne tańce z chóralnym śpiewaniem w tle, radosne i bez cienia krępacji wtórowanie trzymającym w łapie mikrofon… więc, proszę, nie pytajcie mnie o tytuły piosenek i o wykonawców – za dobrze się bawiłam, żeby to zapamiętać 🙂

jo1.jpg

jo2.jpg

Oczywiście – skoro Kobra, to nie obyło się bez Tajpusiów i innych hardkorowych growli 😉
Lukier śpiewał coś Maanamu, na bank….
Kasper Sinatrę, zdaje się…
Były także polsko-bałkańskie hity jak „Czerwone korale” (tu z Kasprem daliśmy pokaz wirtuozerskiego klaskania do rytmu, wybijając to niesamowicie szybkie metrum na zmianę, ona na „raz” ja na „i”, on na „dwa”, ja na „i” – w odstępach ćwierć-sekundowych…. a może to było do „Bałkaniki” Piersi?
Romantyczne przeboje o wódce, co zryje banię i o męsko-damskiej tematyce miłosnej spotkały się z uprzejmym zainteresowaniem i takimż aplauzem:

Pojawiła się też nowatorska wersja „Bani u Cygana”, przerobiona na „Banię u Kowalskiej” (wtajemniczeni wiedzą o co cho 😉 ) – odśpiewana chóralnie i z ogromnym zapałem.
Były także sceniczne tańce synchroniczne
Hmmm… teraz powinnam skupić się na temacie konsekwencji spotkania w pubie byłych uczniów, takich ulubionych mocno, a jeden były długowłosy, więc rozumiecie…. 😉

Przemilczę jednak szczegóły rozwoju wypadków, tym bardziej, że za oknem już dniało i trzeba było wracać do domu.

Rano Kasiulka radośnie oznajmiła, że zapomniałyśmy opakować wąpierza, ale była bardzo odważna i przespała dzielnie całą noc pod takim nieopakowanym 😉

uktryr.jpg

(tak wygląda opakowany, jak bez zabezpieczeń – nie pokażę, bo się boję)

Na koniec ogromny dzienks, Kasiulka, za Twoje starania i zmysł politechniczny.
I za Twój wielce kreatywny pomysł, żeby w naprawie rolety posłużyć się pincetą, względnie własnymi pazurkami, a w odkręcaniu śrubek – jedynym w domu solidnym, ostrym nożem.
Twoje odkrywcze, kompletnie pionierskie i wręcz zuchwałe podejście do problemu zaowocowało, roleta działa, hura!!!
(I ni słowem nawet nie miauknę, iż rzeczoną roletę nadpsułaś własnoręcznie jakiś rok temu ponad, podczas poprzedniej wizyty towarzyskiej na szczycie – a doprawiłaś w piątek… widzisz? to się nazywa dojrzały i mądry związek 😛 )

PS.
Foty Kasiulkowe, tuning mój.
Murawskiego, lampę i bar w PZ zhakowałam z sieci 🙂