Tagi

„O nie, ja nigdy, przenigdy tego nie zrobię”.
„Jeśli kiedykolwiek zdarzy mi się (…) to ja wtedy z pewnością (…)”
” Ja to zawsze będę (…)”

Znamy to wszyscy, prawda? Te wszystkie deklaracje, gwarancje i zarzekania – słowa obietnic wypowiadane tyle razy w ciągu lat życia… zapewnienia i zobowiązania, składane innym, obcym i bliskim – ale i sobie samemu.
I chyba te ostatnie są najistotniejsze, bo nikt nigdy nas z nich nie rozliczy, nikt nie zarzuci kłamstwa, nikt nie nazwie zdrajcą… Nikt – prócz nas samych, a świadomość ewentualnego wiarołomstwa, nawet skrywana przed światem, potrafi gryźć i dręczyć w długie bezsenne noce, jak sądzę.
Mam nadzieję, że sama nigdy nie będę miała okazji się o tym przekonać, bo mnie, jak na razie, jakoś udaje się ich dotrzymać 😉

Pierwszą obietnicę, jaką wyraźnie pamiętam, złożyłam sobie samej będąc jeszcze dziewczynką.
Nie jestem w stanie sprecyzować, czy miałam wtedy lat 10 czy 12, ale raczej nie więcej. Byłam smarkata, ale na tyle dorosła, by wyraźnie i boleśnie odczuć, że to mnie, z naszej dwójki, rodzice ewidentnie faworyzują. Więcej, niż siostrze, wybryków uchodziło mi płazem, to ją obarczano większą liczbą obowiązków, mnie częściej i wylewniej chwalono… odnosiłam nawet wrażenie, że to nade mną, w chorobie i zdrowiu, częściej i czulej rodzice się pochylają. To jej, mojej bliźniaczce, powierzano opiekę nade mną – jeszcze na studiach, gdy omal nie zawaliłam pierwszego roku, Mama upewniała się, czy gdybym musiała go powtarzać to siostra nadal będzie się ze mną uczyć, bo „przecież sobie nie poradzę bez jej pomocy”.
Ale ja już wiele lat wcześniej byłam pewna, że jeśli będę miała dzieci, więcej niż jedno – to nigdy, przenigdy nie będę się zachowywać w podobny sposób.
I to nie dlatego, że moja siostra przez wszystkie te lata nie pozwalała mi o tej niesprawiedliwości rodzicielskiej zapomnieć, obwiniając mnie o nią i przy każdej okazji dotkliwie wytykając.
„Bo Ciebie rodzice bardziej kochają” – nie wiem, ile razy ten zarzut słyszałam, do dziś te słowa nie straciły ani grama swojej mocy i wciąż przeszywająco kłują.
Jednak nie z tego powodu złożyłam sobie to przyrzeczenie, po prostu już będąc gówniarą doskonale wiedziałam – że ja tak nie chcę, i nie będę, na bank.
I jest to jedyna obietnica, jakiej, z powodu mojego pojedynczego rodzicielstwa, nie miałam okazji spełnić – ani zweryfikować.
Wszystkie pozostałe – jak najbardziej.

Kolejną wyartykułowałam trochę później, będąc nastolatką, i – jak teraz oceniam to na chłodno i z dystansem – chyba raczej niespecjalnie zbuntowaną. Wtedy jednak, porównując, co wolno rówieśnikom – a czego rodzice zabraniają mi surowo, dochodziłam do wniosku, słusznego zupełnie – że jestem trzymana pod jakimś cholernym kloszem, czy raczej w klatce, a długa lista zakazów i nakazów, często wzajemnie sprzecznych czy wręcz absurdalnych, obejmuje sporo pozycji uzasadnianych „Tak, bo tak. Bo ja ci każę i już”. „Nie, bo ja Ci zabraniam”.
Bywałam karana za drobiazgi, za 10 minut spóźnienia do domu (ze szkoły miałam wracać szybko i prosto do domu – bo tak.) za oceny dobre, a nie bardzo dobre.
Żeby szlaban na wyjścia z domu był respektowany – rodzice, sporo czasu spędzający w pracy, zamykali mi buty czy płaszcz na klucz, w szafie…. o słuchaniu „mojej muzyki” nie było oczywiście mowy, do dziś pamiętam, jaka szydera i obelgi sypały się na ówczesne kapele rockowe, nawet na Niemena czy Ewę Demarczyk.
Oczywiście – każdy chłopak, z którym chciałam się umówić, musiał przejść surową rodzicielską weryfikację – żeby było zabawnie, często okazywała się ona zupełnie chybiona… nie wiem, czy chodziło o kompletną nieznajomość ówczesnych realiów czy choćby odrobiny psychologii, ale rodzice przykładowo zachwycali się chłopakiem, który, jak sama się szybko zorientowałam był osobą, z którą bliższej znajomości nie radziłabym nikomu, i to nie tylko dlatego, że miał wielokrotnie do czynienia z prawem, sam brał i dilował ciężkie prochy. Okazał się dość niebezpiecznym manipulatorem – sprawiającym oczywiście doskonałe wrażenie, oczytanym i błyskotliwym.
No dobra, jestem za stara, żeby jarać się wyliczaniem rodzicom ich ewidentnych błędów, a z kolei wystarczająco dorosła, żeby przyjąć do wiadomości, że wynikały one ze szlachetnych pobudek, jednak realizowanych opacznie, aż do absurdu włącznie. Spowodowały jednak one uroczyste przyrzeczenie sobie, że ja sama, w swoim rodzicielstwie – takich błędów nie popełnię.
Ze ze swoim dzieckiem będę rozmawiać – nie przemawiać… że zawsze znajdę na to czas, zawsze uważnie wysłucham, i niczego nie będę zabraniać, bo tak.
Że nigdy nie użyję na maksa (i do dziś) wkurwiających mnie tekstów „zobaczysz, jak sam będziesz miał dzieci”, „zrozumiesz, jak dorośniesz” , „jesteś młody i nic nie rozumiesz” itp.
Obiecałam więc sobie, że swoje dzieci będę traktować tak, jak sama chciałam być traktowana.
Obiecałam sobie, że w moim domu nie będzie wrzasków i awantur, żadnych pouczeń, traktowania z góry czy z pozycji siły, żadnych kretyńskich kar itp
Zapytajcie moje dziecko – czy spełniłam tę obietnicę 😉
Na przykład, kiedy w wieku 8 lat omal nie spalił mieszkania 🙂 albo gdy, trochę wcześniej, w środku nocy, sam, wyszedł z domu 🙂
Powiem tak – moi dzisiejsi uczniowie powinni podziękować Grześkowi, bo to jemu zawdzięczam swoje dzisiejsze opanowanie 😉 Uważam, że nic tak doskonale nie wyćwiczy cierpliwości, nie wyhoduje stalowych nerwów a poziomu powściągliwości nie doprowadzi do perfekcji – jak posiadanie dziecka o niezwykłych zdolnościach do wynajdowania niebezpiecznych miejsc do szwendania się, nietypowych materiałów – do podpalania i wybuchania, czyli o skłonnościach piromańskich.
A gdy dziecku przybywa lat i wraca do domu ze szkoły „nieco” spóźnione – za to na potężnej bani, to przecież robienie awantury czy nawet wyrzutów jakichkolwiek jest w tej sytuacji mocno niepraktyczne.
Nie lepiej zaopatrzyć je w dzbanek wody, dużą miednicę i spokojnie zalecić położenie się do łóżka?
No ok, można jeszcze dołożyć do kompletu jakąś ścierkę i zapasową poszewkę na poduszkę, przezornie, gdyby tej aktualnie używanej przytrafiło się jakieś nieszczęście, z instrukcją typu „co nabrudzisz to posprzątasz, a pogadamy rano”. A rano z wredną troskliwością dopytywać się „Co? Główka boli? Ojej. Źle się czujesz? Naprawdę? Och, jakże mi przykro. A może coś zjesz? Może jajecznicy na kiełbasce? Nie? Nie możesz? Ojejku.”
Daję słowo, że to znacznie bardziej skuteczne, niż długie „kazanie” czy awanturowanie się, szczególnie, kiedy delikwent jest w stanie mało kontaktowym.

Natomiast przez cale lata obserwując małżeństwo moich rodziców, jak szarpią się z własnym słabościami i ze sobą nawzajem, jak się męczą i wzajemnie zadręczają – przysięgłam sobie, że ja – nigdy.
Że kiedy mój związek umrze śmiercią naturalną i nie pozostanie już nic do ratowania – to odejdę. Nawet jeśli będzie to niewygodne czy trudne, nawet jeśli będę mieć dzieci – dla dzieci właśnie.
I dotrzymałam tego przyrzeczenia danego sobie, choć potrzebowałam sporo czasu, żeby do podjęcia tej decyzji dojrzeć.

Obiecałam sobie zresztą coś więcej.
Nie pamiętam dokładnie, kiedy przyrzekłam sobie żyć zgodzie z sobą, tak absolutnie uczciwie.
Czyli najpierw porozmawiać sama ze sobą, ustalić listę priorytetów, a potem dołożyć wszelkich starań, żeby ją zrealizować.
Czyli żyć – jak chcę, nie jak wypada. Jeśli to dla mnie istotne – słuchać ukochanej muzyki, ubierać się, jak mi się podoba, bawić się – jak tylko mam ochotę. Wstawać wtedy – kiedy lubię, nie – kiedy robi to większość, tak sobie ustawić porządek dnia, zawód i sposób wykonywania pracy, żeby było to możliwe.
I kochać – kogo tylko przyjdzie mi ochota, oczywiście 😉

Ale także, próbując Wigilii i Świąt Wielkanocnych w domu rodzinnym, teściów, domach znajomych – przyrzekłam sobie spędzać je tak, jak lubię, jak w danym momencie będę potrzebować.
No i jakoś tak się ostatnio dzieje – że nie potrzebuję Świąt.
Jestem osobą niewierzącą – ale chyba także nie potrzebuję tradycji, przynajmniej nie teraz.
Znacznie bardziej potrzebuję odpoczynku, relaksu, wybyczenia się, nabrania sił na ostatnie tygodnie przed maturami, potem lekcje zwolnią tempa.
I tak właśnie zrobię, słodko się poopieprzam, może uda się trochę połazić po wiośnie 😉
Ale żadnych przyjęć, żadnych sztucznych uśmiechów przy suto zastawionym stole, żadnego udawania radości ze spotkania z krewnymi, których nie cierpię, albo którzy są mi przynajmniej obojętni.
I przede wszystkim – żadnego tłumionego wkurwa z powodu ich durnych pytań, jak mi się żyje samej, czy Grzesiek ma narzeczoną i kiedy ślub… i najbardziej ulubionego – kiedy zostanę babcią.
Żadnego odświętnego zainteresowania moim życiem i włażenia weń z butami, żadnych dobrych rad i napomnień.
Cisza.
Spokój.
Trochę sobie popiszę, trochę się powłóczę.
Tego chcę, to sobie obiecałam – i tak będzie, proste 🙂

I niech Wam też się spełni 🙂

PS: Ze szczególną dedykacją dla Li – niech spełni się Tobie, przede wszystkim.