Tagi

Z jakiego powodu lubimy oglądać seriale?
Nie wiem, jak jest z Wami, ale ja, żeby śledzić jego kolejne odcinki z zapartym tchem, potrzebuję paru niezbędnych składników.
Musi on opowiadać historię, która mnie zaciekawi.
I wcale nie jest to tak trywialnie oczywista czy łatwa do sprecyzowania cecha, jakby się to mogło wydawać: może się to udać opowieści o gospodyniach domowych

“Gotowe na wszystko” – moje prywatne S/F.

o grupie stewardess z lat 60tych („Pan Am”) ale i o niecodziennych zagadkach medycznych, jakie rozwiązuje charyzmatyczny i aspołeczny lekarz…. albo o tym, jak to pewien nauczyciel chemii postanowił zarobić na „gotowaniu mety” – co zmieniło nie do poznania jego życie i jego samego. Jak widać – rozrzut tematyczny jest spory, ale i gatunkowy także, bo serial może należeć do S/F, może wypełniać cechy thrillera czy dramatu sądowego, może zahaczać o horror, obyczaj czy komedię.
Ale tak – jak zakochałam się w „Dr. Housie” tak pozostałam obojętna na „Chirurgów”… Tak jak zawładnął mną urok „Detektywa Monka” – tak nie udało się to zrobić „Dexterowi” ani „Mentaliście”
Uwielbiałam „Sześć stóp pod ziemią” – olałam „Rodzinę Soprano”… Przy 2 sezonie „Losta” poczułam się znużona, choć to przecież ukochane s/f, przygoda z intrygującą tajemnicą w tle, ale do samiutkiego końca z wypiekami na policzkach śledziłam „Breaking Bad” i nadal wypatruję kolejnych odcinków „Walking Dead”.
Nie da się więc raczej wysnuć wniosku, że bliższe mojemu sercu stają się seriale takie bardziej dla babeczek, z nikłym udziałem przemocy czy straszenia – choć ominęłam szerokim łukiem „Supernatural” i „Grimm”, ponieważ IMO ilość strachu, jaką mi fundowały, nie była równoważona urodą ani opowiadanych historii, ani postaci.
Właśnie – postacie.
Potrzebuję bohaterów, z którymi mogę się identyfikować, którzy przeżywają podobne do moich dylematy moralne, przygody czy nieszczęścia… tak wyrazistych i szczegółowo pokazanych, żeby kręciło mnie analizowanie ich postępków czy filozofii życiowej…. żebym kibicowała jednym a życzyła wszystkiego najgorszego drugim.
Ale chyba najważniejszy jest dla mnie klimat opowieści.
Atmosfera skonstruowana tak klarownie i przejrzyście, żebym odnosiła wrażenie, iż wraz z napisami początkowymi zatrzaskują się za mną drzwi do rzeczywistości – jaką znam na co dzień… że wkraczam do jakiegoś kompletnie odmiennego świata – fascynującego, cudownego albo przerażającego i żeby to codzienne otwieranie magicznych drzwi kusiło mocno – jak obsesja czy nałóg. Żebym już od rana, nawet podczas zajęć z uczniami, myślała o czekającej mnie wieczorem chwili, kiedy wreszcie po całym dniu pracy, już w piżamce i z kuflem piwa, otworzę te drzwi – i odpłynę.
Kiedyś ta trudna sztuka udała się „Miasteczku Twin Peaks”, „Przystankowi Alaska”, „Latającemu Cyrkowi M.P.”, „Allo allo”, „Cudownym latom” i „Archiwum X”, seriale bardziej współczesne wymieniłam na początku tekstu.
I łatwo można zauważyć – że w zasadzie nie ma wśród nich klasycznego serialu kryminalnego, żadnych „CSI” czy „Kości” – ten o detektywie Monku jest specyficzny ze względu na tytułowego bohatera, bo Monk jest baaardzo specyficzny, a przy okazji przypomina mi bardzo mnie samą, i to z jego powodu oglądam serial.
Nie wiem – na ile „True Detective” jest klasycznym serialem kryminalnym, ale jego mrocznemu urokowi uległam całkowicie.

Moją opinię podzielają użytkownicy filmweba, przyznając mu chyba najwyższą z ocen, jakie na tym portalu widziałam – 8,7/10, czyli „rewelacyjny”.
Taka jednomyślność to rzadkie i raczej nietypowe wydarzenie, podobieństwo uzasadnień także.
Na co więc zwrócili uwagę internauci – i ja również?
Wszyscy, jednym głosem – podkreślają klimat opowieści: mroczny, tajemniczy i ciężki, trochę jak w „Twin Peaks”… fascynujące zdjęcia Luizjany, trawiastych podmokłych obszarów delty Missisipi, z rzadka usianych domostwami, między którymi rozciągają się rozległe, niemal bezludne bagniste i gęsto zalesione tereny z licznymi jeziorami.
Ta bujna roślinność została sfotografowana w specyficzny sposób i tworzy posępne, złowrogie tło dla rozgrywających się wydarzeń.
Samej opowieści także daleko do beztroski czy pogody – okultyzm, okrutne i przerażające rytuały, tajemnicze zniknięcia kobiet i dzieci. Seryjny morderca? Sekta? Spisek?
Śledztwo, prowadzone przez dwóch upartych detektywów wciąż napotyka na przeszkody, na niechęć i opór zwierzchników, ale nie tylko. Naciski „z góry” ujawniają wzajemną sieć powiązań z kręgami politycznymi, organizacjami przeróżnej maści, potężnymi osobistościami. Wszyscy zdają się przeczyć hipotezom i odkryciom pary agentów, a ich dochodzenie zatacza coraz szersze kręgi.
Ktoś w grupie zagadkowiczów filmowych na fejsie napisał, że serial ma pretensje do opowiastki filozoficznej.
No nie wiem, może.
W filozofowaniu celuje oczytany erudyta, samotnik i pesymista, pryncypialny Rust Cohle (Matthew McConaughey). Jego teksty (ten o religii, jako wirusie, atakującym sposoby zdrowego i normalnego myślenia – to mistrzostwo świata) i dialogi z partnerującym mu Martinem Hartem (Woody Harrelson) – towarzyskim i ceniącym uroki życia, zestawienie dwóch odmiennych życiowych postaw i charakterów – wszystko to stanowi o sile i urodzie serialu.
Również wyraźne pokrewieństwo z klasycznymi filmami noir: zaburzona chronologia opowieści, narracja z offu, posępna, pesymistyczna atmosfera, wędrówki w głąb pokręconej psychiki głównych postaci i brak jednoznaczności moralnej ich postaw.
I jest jeszcze coś, czego znaczenia nie sposób przecenić – muzyka.
Przekurwazajebista.
I to piszę JA, zatwardziały metal z małą domieszką gota.
Posłuchajcie piosenki pod napisy początkowe, oblookajcie tę czołówkę:


zajebioza, nie?


tu więcej 🙂

Te melancholijne, pełne goryczy utwory idealnie, wprost idealnie wpasowują się w temat, hipnotyzują i współtworzą nastrój.
Czekam więc niecierpliwie na 2 sezon, a Wam polecam serial „Detektyw” z głębi mojego mrocznego serca 🙂

PS.
A dla malkontentów – mistrzowskie 6 minut z 4 odcinka – nakręconych jednym ujęciem kamery, bez cięć…

http://www.filmweb.pl/serial/Detektyw-2014-654010