Tagi

Lista utworów:

1.Homecoming
2.The Paragon
3.Ghost of Dawn
4.Mourning Waters
5.Silver Frontier
6.Journey for Redemption
7.Heart of the Heartless
8.Endless Oceans of Sin

Ostatnio Radio HMA wręcz zasypuje mnie utworami, które kuszą i zachęcają do poszperania w necie, a później napisania recenzji całej, odszukanej płyty.
Moja lista takich odnalezionych albumów liczy już kilkanaście pozycji, albumów wciąż przybywa a ja nie nadążam z opisywaniem wrażeń.
Dlatego bez zbędnych wstępów, zwięźle i konkretnie:

Formacja Ghost Voyage z Tempere, jednego z największych miast Finlandii, wykonuje melodic doom/death metal, myślę więc, że zgrabnie wpisuje się w mój neverending cykl „metal dla gothów”.

Obecny skład grupy:

Teppo Hyttinen – wokale
Taneli Jämsä – gitary
Panu Gavrilov – gitary
Janne Parikka – bas
Ilari Heikkilä – perkusja
Martin Hansen – klawisze

Od początków działalności, czyli od grania coverów – tak jedynie dla własnej przyjemności i zabawy, grupa wydała dwie EPki:
„Embrace of the Deep” – w 2008 i „Under the Broken Skies” – w 2010 roku.
Jesienią zeszłego roku ukazał się ich debiut pełnometrażowy: „Endless Oceans” i to na ten temat chciałabym powiedzieć parę słów.
Album zachęca przepiękną okładką – mroczny obrazek utrzymany w srebrno-zielonkawej tonacji przedstawia niespokojną, mętną, morską toń, odgrodzoną od widza łańcuchem o potężnych ogniwach. W tle, ze spienionych fal wynurzają się jakieś tajemnicze budowle, szkielety budynków, wieżowce, nie widać wyraźnie, bo wszystko tonie w ulewnym deszczu i mgle… wodę pokrywa zagadkowa pajęczyna wirów, pod przedziwną drabinowatą, pękającą właśnie konstrukcją dostrzegam chyba przepływający, niewielki stateczek…
Może to jakaś zatopiona metropolia, może świat po apokaliptycznym potopie…
Powiem Wam, że mogę na tę rycinę patrzeć godzinami, wypatrywać kształtów w deszczu i mgle, ukrytych znaczeń w liniach na tle fal, i robię to – bo ustawiłam ją sobie jako tło pulpitu.
To zdecydowanie jedna z najbardziej intrygujących i utrzymanych w niepokojącej, złowieszczej atmosferze okładek albumów, jakie widziałam ostatnio – niestety, wielkość miniatury wklejonej na początku recenzji nie pozwala na ukazanie jej urody w pełnej krasie.

http://i.recordshopx.com/cover/big/3/37/373587.jpg?cd

Dwu i pół minutowe intro rozpoczyna miarowy plusk fal, uderzających o skały, gdy dołącza melancholijna melodia grana na akordeonie, później także na fortepianie – uwierzcie, zaczynam szukać harmonisty na rycinie z okładki…. nie znajduję też fortepianu, ale upewniam się co do statku, bo oto rozlega się głos narratora, przewodnika w naszej podróży:

„Fale zakołysały moim starym statkiem, jako że moja podróż dobiegła końca.
Morze było spokojne, ale mogłem wyczuć ciemność rosnącą w głębinach.
Gdy zobaczyłem ląd na horyzoncie – ciężkie brzemię zostało zdjęte z moich ramion.
Wreszcie wróciłem do domu – po tylu latach.
Jednak nie wiedziałem jeszcze, że wszystko, co znałem – uległo zmianie.
Nie miałem pojęcia, że moja podróż dopiero się zaczyna.”


Przyznam się Wam, że nie od razu dałam się porwać oceanicznemu mrokowi, nie od razu pozwoliłam się wciągnąć w odmęty morskich głębin….
Do ponowienia prób skłoniły mnie, ekhem, foty kapeli, wyszperane w necie…. i co tu dużo mówić, sami popatrzcie:

A poważniej… najpierw uległam urokowi poszczególnych instrumentów: klawiszom, cudownym dźwiękom skrzypiec i altówek, melodyjnej elektronice, subtelnym dzwonkom czy cymbałkom, gitarowym słodkim solóweczkom i temu niesamowitemu akordeonowi… potem wokalom, szczególnie tym czystym – pełnym goryczy, tęsknoty i bólu.
Musiałam poddać się działaniu powolnego, majestatycznego rytmu. Atmosferze apokalipsy, przegranej, mroku i śmierci.
I zaczęłam słuchać melodii, i nagle zaczęły do mnie docierać harmonie, stopniowanie napięcia przy pomocy zmiennego tempa… wszystko stało się jasne, rozumiałam i czułam, przeżywałam, doznawałam, płynęłam.
Najpierw zwyciężyła mnie końcówka albumu, trzy – cztery ostatnie utwory, niepospolite perełki.
„Journey for Redemption” – pozbawiony wokali, jedynie trzyminutowy utwór, z rzewną melodią, zbudowaną przy pomocy klasycznych, śpiewnych gitar.
Posłuchajcie też, jak rozwija się „Heart of the Heartless”…. pozwólcie się poprowadzić demonicznemu szeptowi… poczujcie, jak narasta, jak wraz z uderzeniami bębnów zagęszcza się atmosfera… z jaką precyzją smyczki budują melodię i wszystkie te instrumenty razem sprawiają, że sieć staje się coraz gęstsza, i wciąga w mętną toń coraz głębiej.
Jeśli nie udało się to temu utworowi – to uczyni to z pewnością ostatnia na albumie, 15minutowa kompozycja.
To ona właśnie, od samego początku, porwała mnie, a moje serce zmusiła do kapitulacji.
Z przeszywającymi serce melodiami gitarowych solówek i instrumentalnymi wstawkami… z narastającym szumem – lasu? wody? we wstępie… ze wzruszającą melodeklamacją pod koniec… jest tak rozbudowana, tyle w niej różnych wątków i wariacji na temat – że chyba można nazwać ją suitą, a jej ostatnie minuty zachwycająco gasnącej melodii niezmiennie sprawiają, że płaczę.
Melodia rozpływa się w plusku fal, możemy naszą podróż zacząć od początku, wciąż i wciąż, poprzez mroczny bezkres oceanów.

http://ghostvoyage.bandcamp.com/
https://www.facebook.com/ghostvoyage?fref=ts
Zdjęcia umieszczone w recenzji pochodzą z profilu fb grupy/The images used in review come from the facebook’s profile Ghost Voyage.